Promptowy sierpień

Konkursy, pojedynki i plebiscyty organizowane przez i dla użytkowników forum.
damakarro
Zdobywca Artefaktu 2012
Posty: 530

PROMPTOWY SIERPIEŃ - 22

Post#31 » 12 sie 2012, o 20:38

Lailerosse pisze:Chciała uciec do jasnego ogrodu, schować się wśród kwiatów przerastających kilkakrotnie ją samą, czuć promienie słońca na twarzy oraz ciepły wiatr we włosach. Pragnęła słuchać świergotu ptaków i zbierać z krzaczków świeże maliny, wpychając je sobie garściami do buzi, nie zwracając uwagi na to, czy pobrudzi sukienkę. Tęskniła za tańcem i śpiewem i beztroskim bieganiem wśród grządek.


Wczoraj byłam na spacerze. Świeciło słońce, wiał przyjemny wiatr, fale jeziora rozbijały się o brzeg. I wtedy przypomniał mi się ten fragment opowiadania. Może dlatego, że najbardziej zapadł mi w pamięć gdy przeczytałam ten tekst kilka dni temu. Pomyślałam sobie, że gdybym miała trafić do raju to właśnie blisko jeziora otoczonego drzewami, między którymi biegłaby ścieżka do ogrodu pełnego owoców. A wśród nich maliny, które wręcz uwielbiam. :)) I koniecznie łąka. Łąka pełna kwiatów.

Spodobało mi się to, że pomimo świadomości nadchodzącej śmierci nie napełniłaś dziewczynki strachem, zgorzknieniem, buntem, że nie będzie jej dane dłużej żyć. Napełniłaś ją wiarą. I pozwoliłaś jej uszykować sukienkę debiutantki. Byłaś niezwykle wspaniałomyślna dla swojej dziewczynki ze słonecznikiem.
:)
,,Nie my, lecz nasza wrażliwość tu winna. Jesteśmy takimi, jakimi nas stworzono,,

damakarro
Zdobywca Artefaktu 2012
Posty: 530

PROMPTOWY SIERPIEŃ - 22

Post#32 » 14 sie 2012, o 21:56

Wybaczcie Camenne i Waldemarze, że odpowiadam Wam dopiero teraz... :)

Camenne, cieszę się, że tym promptem rozgrzałam Twoje serce. Również ukłon w stronę Giwi, bo gdy zapoznając się z listą tematów, przy chłopiec/dziewczyna ze słonecznikiem od razu widziałam chłopca dającego komuś słonecznika, tylko jeszcze wtedy nie wiedziałam komu. Padło na kobietę i to w zamierzchłych czasach. Czasach, które sama też bardzo lubię.

bo w końcu po samej końcówce szczęście bohaterki można zinterpretować jako coś więcej niż uniknięcie wypadku :)


Dokładnie o to mi chodziło i cieszę się, że to zauważyłaś. Uniknięcie wypadku miało byc tylko pomostem do prawdziwego szczęścia. ;)

Waldemarze, twoje odczucia są dla mnie równie ważne jak i odczucia Camenne. Stałeś się bowiem jednym z wielu czytelników tego opowiadanka i w jakiś sposób poruszyło Cię ono, skoro postanowiłeś wtrącić swoje trzy grosze. Za, które serdecznie Ci dziękuję. A wiesz dlaczego? Dlatego, że każdy czytelnik jest inny. I każdy ma inne odczucia. I to jest wspaniałe. :)
,,Nie my, lecz nasza wrażliwość tu winna. Jesteśmy takimi, jakimi nas stworzono,,

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1339
Wiek: 25

PROMPTOWY SIERPIEŃ - 3

Post#33 » 16 sie 2012, o 22:14

Haha, ten tekst mi złamał serce, amen. Nie powinnam pisać takich rzeczy, to źle się dla mnie kończy. Fandom: Kuroko no Basuke, znajomość fandomu nie jest wymagana.


Licząc dni

Gdy dowiaduje się, że został mu najwyżej miesiąc życia – lekarz z poważną miną mówi o możliwościach przedłużenia tego czasu do połowy roku, jeżeli zdecyduje się na leczenie, ale on odmawia – decyduje, całkowicie świadomie, że nie ma czasu na rozpaczanie. To tylko trzydzieści dni, może jeden lub dwa więcej, jeżeli mu się poszczęści, plus minus siedemset dwadzieścia godzin. Zegar tyka bezlitośnie, ale całe swoje życie spędził zerkając na malejące liczby na powieszonej nad boiskiem tablicy, więc jest to koniec, który może zrozumieć.

Trochę żałuje, że nie zobaczy nowego albumu Horikity Mai, ani nie dowie się, czym w końcu jest One Piece. Chciał wyjechać do Stanów, zobaczyć przynajmniej jeden mecz NBA na żywo. Zamierzał, planował, marzył... Teraz nie ma już na to czasu. Zamiast tego liczy pieniądze, bazgra po serwetkach szpitalnej kawiarenki i uśmiecha się pod nosem.



Kupuje mapę w sklepie z pamiątkami dla turystów, decydując się jeszcze na tanie okulary przeciwsłoneczne w jaskrawoczerwonych, plastikowych oprawkach, po czym zamawia bilety na pociąg. Zjada najbardziej szkodliwe jedzenie, jakie jest w stanie znaleźć w centrum miasta. Wraca do domu i pakuje się lekko: w torbie lądują dwie zmiany ubrań, książka, której nigdy nie miał okazji skończyć czytać i karta bankomatowa. Po chwili namysłu zabiera też drugą parę butów, wybierając pierwsze z brzegu jordanki, które wpadły mu w ręce.

Po drodze na dworzec odwiedza dom rodziców, oddając im klucze do swojego mieszkania. Nie mówi im nic, ale po namowie zostaje na kolacji. Wychodzi w pośpiechu, z torbą suszonych persymonek na drogę i obietnicą, której nie będzie w stanie dotrzymać.

Tokio nocą wygląda zupełnie inaczej niż za dnia, wydaje się pulsować jak odsłonięte na stole operacyjnym serce. Aomine wypija kawę w kawiarence naprzeciw studia, czekając na telefon, wyglądając za okno i obserwując rozmywające się w zmęczonych oczach plamy świateł. Zamiast połączenia dostaje wiadomość Właśnie skończyłem pracę!, całą okraszoną znakami, których nawet nie próbuje odszyfrować. Zostawia kelnerce za duży napiwek, wolnym krokiem wychodzi przed budynek i szybkim cmoknięciem w policzek wita rzucającego mu się na szyję blondyna.

Coś w piersi kłuje go lekko, przypominając o limicie czasu, więc mówi Kise wszystko.



Odjeżdżający ze stacji pociąg porusza się cicho, tylko niemalże niesłyszalne buczenie klimatyzatora zakłóca całkowitą ciszę. Nie mają zbyt wiele bagaży, zaledwie kilka niezbędnych rzeczy wepchniętych do prawie pustej torby i dwie reklamówki rzucone na półkę nad oknem.

Blondyn zasypia wtulony w niego, z palcami rozpaczliwie zaciśniętymi na materiale koszuli, lecz jego oddech mimo to pozostaje równy. Założone na nos okulary z przyciemnianymi szkłami wpijają się w jego skroń, ale i tak ich nie zdejmie. Zdradziłby wtedy cienie pod oczami, rozmazane resztki makijażu z ostatniej sesji zdjęciowej i swoją tożsamość, a tym razem naprawdę mogą się obejść bez tłumów śledzących ich fanek. Kiedy mijają następny przystanek, Kise porusza się we śnie niespokojnie, jeszcze ściślej oplatając go w pasie, i z cichym westchnieniem szepcze jego imię.

W chwilę później Aomine zasypia i śni mu się ich pierwsze spotkanie, pisk butów na hali oraz smak najtańszych lodów w sklepie zaraz obok szkoły.
O wschodzie słońca budzą się na przedmieściach Kioto.



Przez pierwszy tydzień po dotarciu na miejsce zwiedzają wszystko, co miasto ma do zaoferowania, narzekając na bolące nogi i spalone słońcem przedramiona. Kise ciągle ma na nosie te dziecinnie wyglądające okulary przeciwsłoneczne, które sprawiają, że na jego skórze pozostaje blady ślad. Gdy w końcu je ściąga, z białymi okolicami oczu i jaśniejszą plamką na środku twarzy wygląda śmiesznie, zwłaszcza, że czubek jego nosa jest już ciemnobrązowy. Aomine śmieje się z niego tak bardzo, że blondyn chodzi obrażony do końca dnia.

Wstają nieludzko wcześnie, albo nieprzyzwoicie późno, zjadając śniadanie w biegu, lub bez ruszania się z łóżka. Idą do świątyni przebrani w wypożyczone yukaty, robią sobie zdjęcia na Kioto Tower, przepuszczają pieniądze na zakupach w Nishiki. Kise igłą robi drugą dziurę w swoim uchu, płacząc przy tym jak dziecko, a Aomine przekłada przez nią kolczyk. Obserwują paradę z okien hotelu, komentując wszystkich zebranych w dole ludzi, po czym wypuszczają w dół samoloty zrobione z serwetek, które natychmiast opadają na ziemię, bo żaden z nich tak naprawdę nie potrafi ich składać. Jeden z nich ląduje na czubku głowy wyjątkowo nadętego mężczyzny i Kise prawie spada z parapetu, nie potrafiąc opanować szaleńczego śmiechu.

Wynajmują dla siebie szkolną salę gimnastyczną, i tak zamkniętą na okres wakacji. Grają aż do całkowitego wycieńczenia, nadwyrężając mięśnie i ledwie łapiąc oddech. Leżąc na przyjemnie chłodnym parkiecie usiłują zaplanować tę resztkę czasu, która im jeszcze została, wykorzystać ją jak najlepiej. Wieczorem, zachodzące słońce rozpala włosy blondyna, który opiera głowę na jego ramieniu. Jedwabne kosmyki pod światło wydają się złote. Aomine splata ich palce, bierze głęboki oddech i odwraca wzrok. Wystarczyłby jeden ruch, by schwytać usta blondyna w lekkim pocałunku, tylko jeden...
Gdy zapada zmrok, nagle przenika ich chłód.



Upijają się najlepszą sake na jaką ich stać, patrząc na księżyc górujący nad miastem i dzwoniąc w środku nocy do wszystkich wspólnych znajomych, tylko po to, by usłyszeć ich zaspany i wściekły głos. Czasami witają ich groźby, czasem jedynie przekleństwa, a Midorima rozłącza się bez wahania, gdy słyszy radosne zawodzenie Kise, który nagle odkrywa swoje nowe powołanie w branży muzycznej. Aomine udaje, że nie słyszy, jak śmiech nagle przeradza się w rozpaczliwy płacz, gdy Kise zamyka za sobą drzwi łazienki.

Codziennie świętują inne urodziny, inne wakacje, czy święta, na które nie starczy im czasu. Każda minuta jest rozciągnięta do granic możliwości, zamiast godzin liczą upływające lata, w miesiąc mieszcząc całe życie.
Gdy licznik dobiega do zera, nie chcą żałować niczego.

Kiedy kładzie mu głowę na piersi, Kise wciąż słyszy bicie jego serca, tak mocne i równe, jak zawsze. W panice nasłuchuje go każdego ranka, wstrzymując oddech, nie otwierając oczu. Aomine obejmuje go wtedy ściślej i szepcze coś cicho, litanię słów bez znaczenia, bez sensu.

(Ostatniego dnia Kise budzi się z krzykiem.)
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4293

PROMPTOWY SIERPIEŃ - 22

Post#34 » 17 sie 2012, o 21:23

damakarro pisze:Spodobało mi się to, że pomimo świadomości nadchodzącej śmierci nie napełniłaś dziewczynki strachem, zgorzknieniem, buntem, że nie będzie jej dane dłużej żyć. Napełniłaś ją wiarą. I pozwoliłaś jej uszykować sukienkę debiutantki. Byłaś niezwykle wspaniałomyślna dla swojej dziewczynki ze słonecznikiem.
:)
damakarro tak ładnie ubrała w słowa odczucia, które również ja miałam po przeczytaniu, że bez wahania podpisuję się pod nimi.

Tekst, mimo ciężkiego tematu, ma ciepło pewnej nadziei i spokoju i jest to przedziwny kontrast, ciężko-słodki, z którym nie spotykałam się zbyt często w opowiadaniach, i to chyba on podobał mi się najbardziej. I motyw sukni i balu debiutantek, o tak, jest super, świetnie tutaj pasuje. Dla mnie dodatkowo podkreślił tą dziecięcość, dziecinną, słodką naiwność bohaterki, która wyczekiwałaby tylko tego momentu w życiu, gdyby nie choroba.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4293

PROMPTOWY SIERPIEŃ - 3

Post#35 » 17 sie 2012, o 21:39

Lir: ;_;
Nie wiem, ta miniaturka jest nacechowana wieloma emocjami, których nie spodziewałabym się po tak krótkim tekście. Jednocześnie wzruszyła mnie i zasmuciła - wzruszyła mnie ich podróż, życie ostatnim miesiącem mimo wszystko i wykorzystywanie tego czasu, po części świadomość, że w końcu te ciepłe opisy ich relacji zakończy opis śmierci, i w końcu ostatnie zdanie w nawiasie. I nie wiem, co można tutaj więcej napisać, naprawdę, tekst rusza i jest dobrze napisany, niczego bym w nim nie zmieniła.

Pryvian
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 207
Wiek: 23

PROMPTOWY SIERPIEŃ - 15

Post#36 » 21 sie 2012, o 00:43

Tak jak Lira nie jestem do końca pewna tego tekstu, ale mam nadzieję, że nie odeszłam kompletnie od założenia. Peter Gabriel dziwnie na mnie działa i potem powstają dziwne rzeczy.

Lustro


Jean rozpada się powoli.

(Powolny rozpad ma w sobie chociaż złudzenie elegancji, pewnego czaru. Jean zawsze był eleganckim mężczyzną.)

Wpierw pojawiają się rysy. Drobne, a mimo to doskonale widoczne na dotąd idealnej, kryształowej tafli lustra, jaką były jego serce, dusza i ciało. Wcześniej przecież nigdy nic nie czuły; tylko odbijały uczucia.

[center]* * *[/center]

Blizny pojawiają się nocą.
W pierwszej chwili nie wie, co takiego wyrwało go ze snu. Potem zapala światło. Usta otwierają się w niemym krzyku, a głos zamiera mu w gardle.
Czerwień. Tyle czerwieni... Krew. I dwa cięcia na nadgarstkach, które nie wiadomo jak powstały. W łóżku nie ma szkła... Czyżby był tak pijany, że nie zauważył skaleczenia wcześniej?
Chwile zajmuje mu odzyskanie świadomości. Jak szaleniec wybiega z łóżka i pędzi do łazienki, byle szybciej, byle do wody. Przemywa rany dokładnie, woda błyszczy czerwienią, karmazyn odbija się w jego oczach. To boli, tak strasznie boli!
Drżącymi dłońmi opatruje zranienia. Bandaż co rusz wyślizguje mu się z rąk. Nie powinien tyle pić. Ale przecież nie wypada odmówić przyjaciołom, nie w swoje własne urodziny. Zresztą, czyżby był aż tak słaby, aby upić się kilkoma kieliszkami paryskiego szampana?
Serce podpowiada, że alkohol nie ma z tym nic wspólnego. Coś się musiało stać. Coś złego. Jednak rozum protestuje przeciwko takim wnioskom i myślom jak z kiepskiego horroru. Co takiego może wiedzieć serce?

(Wszystko.)

[center]* * *[/center]

Rysy przekształcają się w pęknięcia. Głębokie, nie idzie ich zignorować, czy naprawić. Na to już za późno.

(Za późno o jedną decyzję.)

[center]* * *[/center]

Telefon dzwoni w porze śniadania. Jean zerka na wyświetlacz komórki jedynie z ciekawości. Przecież nie wypada rozmawiać przy jedzeniu, nawet jeżeli jest się samemu w domu.
Mama.
Ona nigdy nie dzwoni tak wcześnie. Musi istnieć jakiś powód, dla którego to zmieniła. Ważny powód.
— Słucham?
— Jean, k-kochanie — głos jej drży. Serce podchodzi mu do gardła.
— Co się stało? Czemu płaczesz?
— Chodzi o t-twoją s-siostrę.
— Co znowu zrobiła? - Jean przewraca oczami. Kocha swoją matkę, ale jest ta zbyt przewrażliwiona na punkcie zachowań Veronici. W końcu jego siostra to dorosła kobieta, niech robi co chce.
— O-ona... o-ona – przez chwilę po drugiej stronie słychać tylko spazmatyczny szloch. W tym momencie mężczyzna zaczyna rozumieć, że sprawa jest poważna.
— Mamo, proszę spokojnie. Veronica jest pełnoletnia...
— Ona nie żyje! - Komórka wypada mu z rąk i roztrzaskuje się przy spotkaniu z kuchennymi kafelkami. Przerażony patrzy na swoje nadgarstki. Dwa cięcia. Nagle pojawiające się w nocy. Ale przecież ona nie... Mogła. Z całą pewnością mogła.
Jean wybucha płaczem. Zbyt późno zrozumiał. A przecież tyle słyszał o połączeniach między bliźniętami! Czemu brał to tylko za legendy? Czemu?!

(W końcu krew śpiewa krwi. A ich jest – była – identyczna.)

[center]* * *[/center]

Ostatecznie pęknięcia obejmują całą powierzchnię lustra. Szkło rozsypuje się gwałtownie.

(Kawałki da się jeszcze pozbierać i skleić w jedną całość. Ale nigdy już nie będą na tych samych miejscach. Dojdą też nowe.)

[center]* * *[/center]

Jean pęka nocą.
Na kilka godzin przed pogrzebem budzi się z krzykiem. Wciąż ją widzi. Wciąż widzi jej twarz. I nigdy się od niej nie uwolni, bo on i ona to jedno. Ta sama skóra, te same oczy. Kształtne usta, czarne włosy, długie rzęsy... Jego własne ciało jest jego największym przekleństwem. Odbiciem tego, o czym pragnie zapomnieć.
W szalonym transie zaczyna rozdrapywać swoje policzki. Paznokcie ranią skórę, krew miesza się z łzami. Woda, znów czerwona woda! Znów karmazyn przed oczami, w oczach, wszędzie.
Krew. Krew. Krew.
Jej? Nie, jego. Tak, na pewno jego, przecież czuje ból. Ona już nic nie czuje. Leży na marach, blada i zimna... Martwa.
Martwa. Veronica. Jego siostra. Jego odbicie. Nie żyje.
Słowa krążą w jego głowie, nie chcą, nie mogą, ułożyć się w sensowną całość. Nie ona. Każdy! Każdy tylko nie ona. Przecież... przecież wszystko było dobrze! Wyleczyli ją! Wyleczyli, prawda? Prawda?!

(Ciebie nie da się wyleczyć! Ćpunka zawsze będzie ćpunką!)

Wbija paznokcie w głowę. Nie chciał tego powiedzieć! Nie chciał! Miał osiemnaście lat, był za młody żeby zrozumieć. Ona też nie chciała, po prostu się pogubiła. Była przecież tylko dzieckiem. Tylko dzieckiem!

(Tym drugim. Niekochanym.)

Zaciska powieki najmocniej jak potrafi, a mimo to wciąż widzi szpitalną salę i jej ciało, zniszczone przez narkotyki i leki. Może nawet usłyszeć jej słaby płacz i szept.
„Ja tylko chciałam móc tańczyć, Jean. Chciałam znów być zdrowa, aby móc tańczyć. To miało pomóc... Ale przecież mnie wyleczą, prawda?”
Ta nadzieja w jej głosie! I ta rozpacz, gdy rzucił jej w twarz to, co myślał. W tamtej chwili przestali być rodzeństwem. Dlaczego ona musiała umrzeć, aby mogli stać się nim na nowo? Dlaczego go zostawiła? Dlaczego?! Przecież to ona była tą silniejszą! To ona potrafiła z wraka stać się na nowo człowiekiem. Pięknym, utalentowanym człowiekiem!

(Raczej aktorką – maskę jest przecież łatwo założyć. Trudniej ją zdjąć.)

Ojciec znajduje go klęczącego w łazience, obok leżą odłamki szkła. Lustro pękło.
— Jean — głos ojca jest kojący, tak samo jak dotyk jego dłoni. Jednak tym razem to nie wystarczy.
— Zabiłem ją — szepcze. — Zabiłem.
— Jean, twoja siostra była chora — mężczyzna przyciąga go do siebie i głaszcze po włosach. Tak samo jak kiedyś. — Nikt z nas nie myślał, że aż tak bardzo. Nie możesz obwiniać
— Powinienem wiedzieć! Mogłem... Mogłem ją ocalić! Te blizny! — Odsłania swoje nadgarstki. Ojciec jest zbyt zszokowany, aby odpowiedzieć. — Stygmaty! Bliźniacze stygmaty! Powinienem zrozumieć! Zadzwonić... Zabiłem ją moją głupotą! Znowu... Znowu.
Wtula głowę w ramię ojca i przytula się do niego. Męska duma zginęła, przestała istnieć unicestwiona przez poczucie winy i palący wstyd. Teraz jest tylko zrozpaczonym synem. Ale nie szuka pocieszenia, a rozgrzeszenia.
— Jean, nie mogłeś wiedzieć. Nigdy wcześniej coś takiego wam się nie zdarzyło.
— Byliśmy jednością. Nie chcę zostać sam! Nie chcę, tato... Boję się. Jej twarz. Wciąż widzę jej twarz! Lustra ze mnie kpią! Moje własne ciało mnie nienawidzi!
— Nie będziesz sam, Jean — słowa są ciche, delikatne. Dobierane ostrożnie, pocieszające. Wypowiadane po to, aby uleczyć. — Veronica cię kochała. I zawsze będzie z tobą. Pamiętasz „Ange de la musique”?
— Veronica nie jest aniołem, ojcze. Nawet nie wierzyła.
— Ale wierzyła w muzykę. A ona zawsze cię odnajdzie. I zawsze was połączy.
Jean kiwa głową i próbuje się uśmiechnąć, ale nie wierzy. Śmierć jest przecież końcem, bez względu na wszystko.

(A koniec zawsze jest początkiem – ale żeby to dostrzec, trzeba chcieć patrzeć.)
[center]She's my carer. She cares so I don't have to.[/center]

[center]ObrazekObrazek[/center]

Pryvian
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 207
Wiek: 23

PROMPTOWY SIERPIEŃ - 3

Post#37 » 21 sie 2012, o 01:05

Kostucho - niesamowicie podziwiam cię za styl i pomysł. Tekst jest z jednej strony straszny, a z drugiej naładowany pewnym optymizmem, pokazujący właśnie takie życie w myśl zasady "carpe diem". Jeżeli mam umrzeć - niech przynajmniej umrę spełniony. Bohater wydaje się to rozumieć i nawet jeśli jego śmierć jest potworna i sama jej wizja mnie przeraża, to przynajmniej mogę się pocieszać myślą, że raczej nie żałował swojego życia. I to jest właśnie cudowne.


Matko Noc, Lir... ;_____;
Nie wiem, co powiedzieć. Wzięło mnie i zamurowało, razem z łzami na mojej twarzy. Rozpłakałam się i to na dobre, bo ten tekst wręcz kipi emocjami, tą szukaną na siłę nadzieją, że to nie miesiąc, że to całe życie, że muszą jeszcze tyle razem zrobić... I nagle ten krzyk. Coś kompletnie przerażającego, strasznego, co przerywa całą iluzję. Jest pięknie podzielony, pięknie napisany i jest jedną z najlepszych rzeczy jakie ostatnio czytałam.
[center]She's my carer. She cares so I don't have to.[/center]

[center]ObrazekObrazek[/center]

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1996

PROMPTOWY SIERPIEŃ - 4

Post#38 » 22 sie 2012, o 00:50

Więc... Napisałam ficka. Do Pieśni Lodu i Ognia. Ajć. Więc będzie kilka uwag na początek.
1: Wiem, że GRRM nie lubi, jak się pisze ficki do PLiO, ale cóż. Lajf is brutal, George. Twoi fani wiedzą to najlepiej.
2: Trochę ich wiekowo namieszałam. Wiem, że Loras powinien być młodszy (Renly pewnie też); wiem, że Lyanna nie znała Renlyego;ale tam, whatever, jak AU to AU
3: Wiem, że nieładnie traktuję Roberta. Ale tak w sumie widzę mniej więcej całą tę jego obsesję na punkcie Lyanny. Z kilku cytatów w książce można wyłapać, że tak naprawdę jej nie znał i kochał jedynie wyidealizowany jej obraz, który nie miał w zasadzie nic wspólnego z rzeczywistością. Prawdziwa Lyanna skopałaby mu tyłek. I tyle.
4: To właściwie bardziej Bractwo Rycerskie AU niż Uni AU, ale coś o studiach też jest...
Jak coś sobie przypomnę, to dopiszę. Póki co, enjoy!


[center]Lód, Ogień i wszystko pomiędzy[/center]

- Odebrał mi ją, Ned – wybełkotał Robert, pociągając łyk wódki prosto z butelki. – Wypacykowany skurwysyn od śmiesznych studiów mi ją odebrał.
Eddard niezdarnie poklepał przyjaciela po plecach, rezygnując z prób wciągnięcia go z dywanu z powrotem na kanapę. Całe szczęście, Cat akurat wyjechała na tę swoją konferencję pedagogiczną, inaczej obaj wylądowaliby na wycieraczce. Ned nie mógłby bowiem zostawić Roberta samego w tym stanie, i to nie tylko dlatego, że zwyczajnie troszczył się o przyjaciela. Nie, Ned po prostu nie potrafił przynajmniej częściowo nie obwiniać się o zaistniałą sytuację.
Problem tkwił w tym, że Robert był dla niego jak brat, o wiele bliższy niż ciągle nieobecny Brandon, czy Benjen, który ledwie osiągnął pełnoletniość, wstąpił do zakonu, po czym wyjechał na misję. Nedem kierowała więc przesadna wręcz lojalność, która, wbrew pozorom, wcale nie czyniła z niego dobrego przyjaciela; bo gdyby był dobrym przyjacielem, przypomniałby Robertowi, jak przecież tłumaczył, że jeśli chce myśleć o jakimkolwiek związku z Lyanną, musi ją najpierw naprawdę dobrze poznać, a nie popadać w obsesję na temat ich wyimaginowanej wspólnej przyszłości. I być może wtedy zrozumiałby, iż nie może myśleć o niej w kategoriach posiadania. Powiedziałby wprost i bez owijania w bawełnę, że Rhaegar nie odebrał mu Lyanny, bo nigdy nie należała do niego. Nie należała do nikogo, oprócz siebie samej.
Dla Rhaegara wydawało się to oczywiste, dla Roberta - nie. Robert chciał mieć Lyannę, Rhaegar chciał z nią być. I, jakkolwiek Ned kochał swojego przyjaciela, nie mógł winić siostry, że go nie wybrała.
- Pamiętam… Pamiętam tą imprezę – wymamrotał Robert. – Pewien… byłem pewien, że coś wtedy zaiskrzyło, wiesz?
Ned westchnął znowu, kręcąc delikatnie głową. Oczywiście, doskonale pamiętał tę imprezę. Lyanna zaczynała swój pierwszy rok studiów na historii sztuki i, szczerze powiedziawszy, Ned nie pałał specjalnym entuzjazmem do tego, iż jego mała siostrzyczka wybierała się na przyjęcie, na którym mieli się pojawić głównie magistranci i doktoranci. Nie, żeby w ogóle miał coś do gadania, bo to nie on ją zaprosił, tylko Renly.
Ned miał czasem wrażenie, jakby przez całe swoje studia, między sesją a sesją, szukaniem pomysłu na pracę magisterską i decyzją o rozpoczęciu doktoratu, próbował zrozumieć fenomen Renly’ego. To nie tak, że go nie lubił. Dzieciaka nie dało się nie lubić, ale… no właśnie. Zwykle, gdy młodsze rodzeństwo z ogólniaka odwiedzało starsze z nadmierną częstotliwością, skreślano je jako namolnych smarkaczy. Ale nie Renly’ego, o nie. Wszyscy kochali Renly’ego, chyba nawet bardziej niż Roberta. Owszem, Roberta Baratheona lubiano na uczelni. Miał poczucie humoru, potrafił imprezować, jak nikt inny, załatwić najtańszą wódkę, czy zioło i, dopóki nie przesadził z piciem, był prawdziwą duszą towarzystwa. Renly jednak… Renly po prostu wzbudzał czystą sympatię i generalnie przyjazne uczucia. Ned przypuszczał, że miał miejsce na tych swoich stosunkach międzynarodowych zanim jeszcze zdał maturę.
Lyanna i Renly natomiast byli niczym syjamskie bliźnięta już od czasów gimnazjum. Nie zabierał jej na swoje licealne wizyty u Roberta (ich ojciec także lubił młodszego Baratheona, ale nie aż tak), więc umówili się, że kiedy już zaczną studia, dziewczyna pozwoli mu się zaciągać na wszystkie warte uwagi imprezy (jak sam ujął, nie chciał, by marnowała czas na pierwszorocznych, których wciąż jeszcze bawiło picie w krzakach w pobliskim parku).
W każdym bądź razie, Ned kojarzył ten wieczór bardzo dobrze i z jednej strony dziwił się, jakim cudem Robert pamiętał cokolwiek, zaś z drugiej zupełnie się nie dziwił, że zinterpretował go w zupełnie odwrotny sposób. Kiedy Lyanna i Renly dotarli na miejsce, był już bowiem mocno podpity, a u jego boków wisiały dwie dziewczyny, których imion nawet nie kojarzył.
- Hej, młody! – zasalutował bratu butelką piwa, po czym obrzucił Lyannę od stóp do głów powolnym, taksującym spojrzeniem. – A cóż to za śliczność się przy tobie marnuje? Wierz mi, słonko, nic tu nie wskórasz. Delikatnie mówiąc, nie jesteś w jego typie – oznajmił teatralnym szeptem, po czym objął ją ramieniem. - Chodź ze mną. Postawię ci drinka, powiesz, jak się nazywasz…
- Boże, Robert, debilu, trawa chyba na dobre przeżarła ci mózg – Renly wywrócił oczami. – To Lyanna Stark, siostra Neda. Znasz Lyannę, chodziliśmy razem do szkoły, przyprowadzałem ją do domu!
Starszy Baratheon cofnął się lekko, spoglądając na dziewczynę i marszcząc brwi.
- Mała Ly? Serio, to ty? Kupę lat cię nie widziałem… Ned, serio, to ona?
- Tak, Rob, to ona – westchnął Eddard, który przyglądał się sytuacji z trudnym do wyjaśnienia rozdrażnieniem. - Cześć, siostro.
- Ned. – Kiwnęła głową, po czym zwinnie uwolniła się spod ramienia Baratheona. - Cześć, Robert. Widzę, że się nie zmieniłeś.
Robert parsknął i przeczesał dłonią włosy.
- Cóż, zamierzam pozostać wiecznie młody! – oznajmił, wymachując rękami i niemal wylewając piwo na stojące wciąż w pobliżu dziewczyny.
- Raczej wiecznie pijany – wymamrotał znudzony Renly, ale po chwili się ożywił. – O, tam – syknął, chwytając Lyannę za łokieć i obracając ją wokół własnej osi. – Ten z włosami. Jest na politologii. – Wskazał szczupłego, przystojnego chłopaka z burzą jasnych loków, siedzącego w towarzystwie Jaime’go i Cersei Lannisterów.
- Loras Tyrell? – parsknął Robert.
- Znasz go?! – wykrzyknął Renly.
- Dołączył w tym roku do Bractwa – odparł starszy Baratheon, pociągając łyk piwa. - Selmy sika ze szczęścia, bo dzieciak jest jakimś cudownym dzieckiem miecza, czy coś.
- Przedstawisz mnie?
- Um… nie?
- Pomocny jak zawsze… - wycedził Renly. - Chodź, Lyanna, pora zmienić towarzystwo. Na razie, Robert. Pewnie się nie zobaczymy, zanim cię wyniosą.
- Spływaj, mały. Chociaż Ly może zostać, jeśli chce…
- Nie, dziękuję – odparła chłodno. – Przyszłam tu z Renlym. Na razie, Ned.
Przez resztę wieczoru unikała niezbyt subtelnych zalotów Roberta, brylując w towarzystwie i próbując zaciągnąć Renly’ego gdzieś w okolice Lorasa. Neda zadziwiała ta jego nagła nieśmiałość. Nawet spytał o to potem Lyannę, ale ona tylko wzruszyła ramionami tłumacząc, że Renly po prostu taki jest. Potrafi nawiązać znajomość właściwie z każdym, lecz gdy chodzi o coś poważniejszego, nie wie, od czego właściwie zacząć.
- Na szczęście, ma mnie – oznajmiła, sącząc drinka. - Jeśli stwierdzę, że ten Tyrell się do czegoś nadaje, już moja w tym głowa, żeby się zeszli. O mój Boże, Ashara! – wykrzyknęła, wpychając Nedowi szklankę i biegnąc przywitać się z przyjaciółką z dzieciństwa, z którą od czasów, gdy tamta poszła do liceum plastycznego, utrzymywała kontakt jedynie przez Internet.
Eddard westchnął i dopił jej drinka, po czym zerknął na Roberta drzemiącego już na kanapie.
Cóż, przynajmniej miała spokój przez resztę imprezy.
Co jednak zadziwiło Neda, to że następnego dnia Robert odnalazł Lyannę i przeprosił ją za swoje zachowanie. Z uprzejmym uśmiechem zapewniła go, iż nic takiego się nie stało, a potem równie uprzejmie odrzuciła jego zaproszenie do kina. A następnie zaproszenie na drinka. I na kawę. Oraz kilka innych.
- Może daj mu szansę – zaryzykował Ned, gdy wybrali się razem na obiad.
- Ned, przecież znamy go oboje. – Spojrzała na niego znacząco, dłubiąc pałeczkami w kartonie z chińszczyzną. - To dziwkarz i imprezowicz. Gdyby nie był twoim przyjacielem, dałbyś mu w pysk i zakazał się do mnie zbliżać.
- Nie jest taki zły, kiedy go bliżej poznać – stwierdził z ociąganiem Eddard. - Poza tym, naprawdę się stara. Myślę, że się w tobie zakochał.
- Bo jako pierwsza powiedziałam mu „nie”? – parsknęła.
- Lyanna…
- Nie, Ned – weszła mu w słowo. - Miłość to piękne uczucie, ale nie jest w stanie zmienić ludzkiej natury.
- Proszę cię, Lyanna - jęknął. - On mi już nie daje żyć. Ma jakąś obsesję na twoim punkcie.
- I uważasz, że to zdrowo tak ją dokarmiać? – uniosła brwi.
- Umów się z nim raz i wybij mu to z głowy - nalegał. - Im szybciej to zrozumie, tym lepiej dla nas wszystkich.
Westchnęła ciężko, ale w końcu kiwnęła głową i zaczęła narzekać na jakiegoś wyjątkowo męczącego ćwiczeniowca.

*

- Naprawdę dobrze nam się rozmawiało – wybełkotał Robert, przytulając niemal pustą butelkę. – Naprawdę, naprawdę dobrze. Myślałem, że mamy jakąś… więź, wiesz?

*

-I co? – zagaił Ned, gdy szli razem powoli, ślizgając się po mokrych, jesiennych liściach.
- Kiedy przestał się wreszcie przechwalać, nie było tak źle – wzruszyła ramionami. - Myślę, że moglibyśmy kiedyś zostać kumplami. Kiedyś. Kiedy trochę dojrzeje.
- Czyli nic… nic więcej?
- Nie, Ned. Nic więcej.
- Powiedziałaś mu to? – spytał po chwili.
- Tak… - Lyanna zawahała się. – Starałam się dać mu to bardzo wyraźnie do zrozumienia. Nie jestem jednak pewna, czy zrozumiał. Mam nadzieję. W końcu będziemy razem w Bractwie. Nie chcę, żeby to jego… coś psuło atmosferę.
Eddard także się tego obawiał. Na szczęście, szybko okazało się, że bezpodstawnie. Spotkania Bractwa Rycerskiego Chorągwi Westeros przyczyniły się do rozluźnienia napiętych stosunków pomiędzy ich trójką. Robert przestał nakłaniać Neda, by próbował go znów umówić z Lyanną, bo teraz mógł rozmawiać z nią bez szukania specjalnego pretekstu. Ona zaś odnosiła się do niego uprzejmie, lecz z pewną rezerwą. Niestety, Robert jak zwykle nadinterpretował jej zachowanie i zakładał, iż zakochała się w nim na zabój chociażby dlatego, że nie interesował jej Jaime Lannister, który gdy nie biegał w złotej zbroi, zajmował się modelingiem, prowadzeniem Studenckiego Samorządu oraz byciem obiektem westchnień niemal całej żeńskiej części uniwersytetu, łącznie z kadrą profesorską.
Na spotkania zabierała też oczywiście Renly’ego, który najczęściej siadał na trybunach sali gimnastycznej i stanowił ekskluzywną, jednoosobową widownię dla Lorasa Tyrella. Ned pamiętał, jak akurat rozmawiał z nim o czymś, gdy Lyanna po raz pierwszy przyciągnęła młodszego Baratheona za rękaw, a Loras, kiedy tylko go zobaczył, przerwał wpół słowa i omal nie upuścił miecza. Przez chwilę wyglądał, jakby miał zamiar schować się za Nedem, ale zaraz się zreflektował. Potem z udawaną nonszalancją popisywał się przez całą resztę dnia, Renly patrzył w niego jak w obraz, a Lyanna próbowała nie wybuchnąć śmiechem. Ned pomyślał wtedy, że może przynajmniej jeden miłosny dramat będzie miał szczęśliwe zakończenie.
I miał rację. Parę spotkań później Lyanna ćwiczyła na Renlym upinanie chust (ser Barristan zgodził się, by trenowała z mieczem, lecz póki co, przez większość czasu miała pozostawać damą dworu), Ned siedział obok udając, że pisze artykuł, zaś Loras przygotowywał się do sparingu z Brienne Tarth, cichą, nieśmiałą dziewczyną z historii wojskowości, która przerastała go o głowę i kategorycznie odmawiała noszenia sukienki. Ned pamiętał podstępny uśmieszek Lyanny, która nagle wstała, zostawiając Renly’ego zaplątanego w materiał.
- Zwycięzca pojedynku otrzyma pocałunek od naszej pięknej damy! – oznajmiła, wskazując młodszego Baratheona, który spoglądał na nią z paniką w oczach.
- Lyanna! – syknął, na co tylko machnęła ręką.
Eddard pokręcił głową, odkładając laptopa. Oczywiście, wszystko potoczyło się nie tak, jak powinno. Brienne niemalże wgniotła Lorasa w ziemię, a Ned żałował, że nie ma aparatu, żeby uwiecznić zszokowane miny swojej siostry i jej przyjaciela.
Loras był wściekły, Brienne wniebowzięta, zaś Renly nie wiedział, co robić. Pocałował niepewnie dziewczynę, a potem odwrócił się w stronę Lorasa, który z zaciętym wyrazem twarzy wpatrywał się w niebieski materac.
- A, pieprzyć to – mruknął Renly, po czym rzucił się Lorasowi na szyję, siłą czystego zaskoczenia wytrącając go z równowagi. Obaj wylądowali na twardym materacu, co zupełnie nie przeszkodziło Renly’emu, który znajdował się na prostej ścieżce do celu i postanowił go osiągnąć bez względu na okoliczności.
Tak oto wyglądał ich pierwszy pocałunek, na starej sali gimnastycznej, z szeroką widownią, gwizdami Jaime’go Lannistera i perlistym śmiechem Lyanny w tle. Brienne uśmiechała się smutno, ser Barristan tylko pokręcił głową, zaś Ned nagle poczuł się… staro, próbując sobie przypomnieć, kiedy ostatnio z Cat byli tak spontaniczni.
Niestety, tym, którym zepsuł nastrój, okazał się Robert.
- Nie przy ludziach – warknął rozdrażniony, a Lyanna spojrzała na niego takim wzrokiem, że nawet Neda przeszły ciarki.
Nawet o tym wcześniej nie pomyślał. Lyanna z pewnością nasłuchała się od Renly’ego o tym, jak to brat nie akceptuje jego orientacji. Ned nie wierzył, by Robert miał jeszcze jakiekolwiek szanse u jego siostry, jednak nawet gdyby, to w tym momencie przekreślił je ostatecznie.
- Ja nie mam nic przeciwko – oznajmiła Cersei, uwieszona na ramieniu Jaime’go. Ned odruchowo odwrócił wzrok. Nie wiedział, czy tak generalnie zachowują się bliźniaki, ale zawsze uważał stosunki rodzeństwa Lannisterów za nieco… niepokojące. Nie, żeby to było jego sprawą. Ludziom podobali się królowa i jej rycerz, oboje piękni, złoci i nieco tajemniczy; Ginewra i Lancelot Chorągwi Westeros. Ned nigdy nie wiedział, gdzie podziać oczy, gdy wydawali się za bardzo wczuwać w swoje role.
- No dalej, kontynuujcie – dodała, unosząc podbródek i wyciągając dłoń w wielkopańskim geście.
Renly spojrzał na nią z ukosa, po czym pomógł Lorasowi wstać. Przez chwilę nikt nie wiedział co powiedzieć, aż Lyanna wybuchnęła śmiechem, a Renly wbiegł na trybuny, żeby zdzielić ją po głowie.
Było… dobrze, choć stosunki między Lyanną a Robertem znów znacznie się ochłodziły. Odmawiała, gdy proponował sparingi, nadal nie pozwalała mu nosić swoich barw na turniejach, a rozmawiała z nim właściwie głównie z grzeczności. Mimo to, Robert nadal wydawał się pozostawać ślepy na jej niechęć.

*

- Było dobrze – wymamrotał sennie Robert. – A potem ten skurwiel wrócił z tych pierdolonych Chin i wszystko poszło się jebać.

*

Aż w końcu Rhaegar Targaryen wrócił z wymiany i, choć Lyanna już wcześniej miała chłopaków, Ned po raz pierwszy widział, jak jego siostra się zakochuje.
Poznali się w tak prozaiczny sposób, jak to tylko możliwe, a mianowicie w bibliotece. Eddard do dziś w pełni nie wiedział, jak wyglądała cała ta historia. Coś wręcz kiczowato romantycznego ze zbyt wysoką półką, a potem zaproszeniem na kawę i rozmową do późnego wieczora. Ned w zasadzie nie pamiętał, co Lyanna do niego mówiła, bardziej skupiony na tym, jak błyszczą jej oczy, jak cała promienieje, a potem, jak próbuje udawać niewzruszoną, gdy oznajmiała, że Rhaegar zaprosił ją na pierwszą po jego powrocie próbę swojego zespołu.
- W zasadzie nie wiem, czemu się zgodziłam – powiedziała, wygładzając rękawy bluzki. – Nawet nie kręci mnie indie, ale Rhaegar powiedział, że pracują nad aranżacją historycznych pieśni. Brzmi ciekawie. – Wzruszyła ramionami, patrząc wszędzie, tylko nie na Neda, zaś ten jedynie westchnął, widząc, iż jego siostra przepadła na dobre.
Robert, co łatwe do przewidzenia, był wściekły. Ciągle powtarzał Nedowi, że powinien wybić jej z głowy Rhaegara, że przecież nie jest dla niej odpowiedni. Tym razem jednak Ned nawet nie próbował się odzywać. Zresztą, jakie miał argumenty? Że jest między nimi różnica wieku? Rhaegar miał tyle samo lat, co Robert, przy czym Robert ósmy rok studiował leśnictwo, a Rhaegar już robił doktorat ze studiów dalekowschodnich. Potem Robert próbował przekonywać Neda, że nowy chłopak Lyanny już ma dziewczynę, tylko akurat wyjechała. I, owszem, Elia Martell akurat była na wymianie za granicą, ale zerwali ze sobą jeszcze przed podróżą Rhaegara do Chin i od pół roku chodziła z Arthurem Dayne, o czym Baratheon zdążył zapomnieć, mimo iż należeli do jednego Bractwa.
Ostatecznie, Robert oznajmił Lyanne, iż ojciec Rhaegara jest chory psychicznie, więc syna prawdopodobnie czeka to samo. Zarobił za to siarczysty policzek i mógł się tylko cieszyć, że dziewczyna akurat zdjęła rękawice do walki.
Rhaegar uwielbiał Lyannę, ale równocześnie potrafił jej słuchać. Dbał o nią, lecz nie próbował ograniczać. Wydawali się przebywać w ciągłych ruchu, podróżując gdzieś przy każdej nadarzającej się okazji, łączyła ich ta sama pasja, wciąż gnające ich do przodu pragnienie poznawania wszystkiego dookoła. A równocześnie, gdy siedzieli razem na kanapie w mieszkaniu Dayne’ów i oglądali filmy z innymi członkami Bractwa wydawali się tacy… stabilni, stali, pogrążeni we własnym świecie, do którego inni mieli jedynie ograniczony dostęp. Należeli do siebie nawzajem na równych zasadach i w głębi duszy Ned wiedział, iż Rhaegar jest dla jego siostry o niebo lepszy niż Robert. Jedynie lojalność wobec przyjaciela nie pozwalała mu tego przyznać na głos.
Rhaegar oświadczył się Lyannie półtorej roku później, na turnieju Harrena. Przegrał z nią potyczkę, ale zanim zdążyli wyjść z szranków, kiwnął na swoją małą siostrzyczkę, która mu giermkowała. Dany podbiegła i wcisnęła w dłoń brata welurowe pudełeczko, po czym obdarzyła przyszłą szwagierkę jednym ze swoich promiennych uśmiechów i zniknęła gdzieś w trybunach. Lyanna rzuciła się Rhaegarowi na szyję, zanim w ogóle zdążył paść na kolana.
A potem Robert ostatecznie przekreślił swoje szanse, by Lyanna kiedykolwiek jeszcze patrzyła na niego inaczej niż z pogardą.
Świętowali zaręczyny oraz wygrany turniej przy stołach ustawionych wśród namiotów. Lyanna już weszła w tryb planowania ślubu w strojach oraz całej otoczce z epoki, Cersei udawała, że gardzi instytucją małżeństwa i wcale jej to nie interesuje, Renly słuchał przyjaciółki, uśmiechając się ciepło, przyklejony do Lorasa (choć nie walczył, został przyjęty do Bractwa przez zasiedzenie i skończył jako książę-następca swojego królewskiego brata), a Jaime pogrążył się w rozmowie z Arthurem i Elią.
Rhaegar wracał właśnie z dzbanami pełnymi wina, kiedy kompletnie pijany Robert natarł na niego z toporem w ręku. Ned wiedział, że gdyby nie refleks Arthura, mogłoby się to skończyć tragicznie. Roztrzęsiona Lyanna wywrzeszczała, iż nie chce go już nigdy więcej oglądać, a ser Barristan wyrzucił Roberta z Bractwa następnego ranka, gdy ten mniej więcej wytrzeźwiał.
Pewnie nie dowiedziałby się o nadchodzącym ślubie, gdyby nie zobaczył zaproszenia stojącego na regale w mieszkaniu Neda i Cat - pięknego pergaminu, z tekstem własnoręcznie wykaligrafowanym przez Lyannę oraz zdobieniem w postaci błękitnych róż, wykonanym przez Asharę Dayne.
- To powinienem być ja – wybełkotał Robert, zaś Ned nadal nie miał siły powiedzieć mu, że nie. Że jest tak, jak być powinno. Rhaegar i Lyanna, Ned i Catelyn, Loras i Renly, nawet Jaime i Cersei zdawali się pasować do tego schematu, jakkolwiek złe i nieprawidłowe mogło się to wydawać. I że gdyby Robert się postarał, może nie zdobyłby Lyanny, ale wciąż miałby miejsce w ich życiu.
Ned żałował więc teraz tylko jednego – iż nie miał odwagi, by powiedzieć mu o tym wcześniej.
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1339
Wiek: 25

PROMPTOWY SIERPIEŃ - 3

Post#39 » 22 sie 2012, o 22:16

Dziękuję bardzo za komentarze i przepraszam, tak wyszło, że o nich zawsze mi wychodzą angsty. Staram się to właśnie zmienić. :D

Koś, jakoś niezręcznie mi było komentować wcześniej, jednak pozwolę sobie zrobić to teraz. Tekst mi się podobał, chociaż jak dla mnie był odrobinę zbyt rzeczowy. XD Może nie zgadzam się trochę z takim poglądem, taki sposób zakończenia życia w ogóle by mi nie odpowiadał, jednak kto wie... Cam napisała, że przypomina jej to trochę mowę pogrzebową, w sumie zgodzę się, jednak dla mnie to bardziej artykuł, taki, który jest zamieszczany w momencie, gdy ktoś znany zginie. Ot, ciekawostki. Zabrakło mi trochę emocjonalności, ale też dzięki temu tekst jest specyficzny, więc można to potraktować jako jego plus. Wydaje mi się, że byłoby odrobinę lepiej, gdybyś w jakiś sposób zapowiedziała końcówkę, wtedy ten tekst miałby bardziej moralizatorski ton i według mnie by na tym zyskał.
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1339
Wiek: 25

PROMPTOWY SIERPIEŃ - 20

Post#40 » 22 sie 2012, o 23:35

Tracę dużo, bo nie znam kanonu, ale cóż, i tak mi się podoba. Ładne drabble, ładnie się zamknęłaś w limicie słów, pomysł jest, a puenta raczej nie zaskakuje wtajemniczonych, bo tam przecież wszyscy giną, ale mi się podoba. Tylko jedna uwaga, raczej ubranie lepiło się do skóry, niż odwrotnie.
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Wróć do „Konkursy Artefaktowe”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość