W cieniu arkad, rodz. II część 2

Okruchy realizmu. Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Awatar użytkownika
nebbia
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 154

W cieniu arkad, rodz. II część 2

Post#1 » 12 sie 2017, o 21:36

Rozdział II

Kraków – pierwsza dekada dwudziestego pierwszego wieku

Łucja



Część 2.


- Pani Łucjo to jest właśnie ten malarz, o którym wspominałem na ostatnim zebraniu. – Dyrektor uśmiecha się uprzejmie przedstawiając artystę. - Zaprosiłem go aby namalował portret profesora B. Jest Włochem na stale mieszkającym w Londynie, skąd przyjechał i pozostanie z nami przez jakiś czas.
- Mr. Lorenzo let mi introduce Mrs. Łucję Belt. Head of Iconography and Photographic Documentation of our Museum*[1].
(- Signora Lucia, please do not give up so quickly yet so do not know about me. - Uśmiechnęła się do własnych myśli. Mógłby, a właściwie powinien tak powiedzieć, gdyby tylko możliwa była taka gra słów*[2]. Aż szkoda, że niestety nie. Była zła na samą siebie, bo zamiast skupić się na tej chwili, a już przeczuwała, ważnej w jej życiu, znowu, jak to się czasami zdarzało, jej głowa, całkowicie niedorzecznie – abberowała. Tak te stany na swój własny użytek nazywała).

Kiedy ich ręce się spotkały poczuła „to”. Poczuła. Aż się przestraszyła, bo iskrzenie pomiędzy nimi było tak realne, iż wydawało się niemożliwym, by tego nie zauważono. Kiedy spotkały się ich spojrzenia, uciekła, wyszła pod byle pretekstem z pokoju pełnego niczego nieświadomych ludzi. Uśmiecha się, gdy teraz o tym myśli. Nikt niczego nie zauważył, nikt zresztą na nią nie zwracał uwagi. Bo i po co. Była tylko jedną z kilku kustoszy i wymagano od niej rzetelnego wykonywania powierzonej pracy. I tyle. Więc uciekła i nie widziała Renzo przez kilka lat. Byli tylko sobie przedstawieni. I nawet nie myślała o nim. Czasami tylko, tak całkiem niespodziewanie, znienacka, znajdowała pod powiekami obraz jego twarzy. A raczej wyobrażenie obrazu, bowiem tak naprawdę zapamiętała tylko wyraz oczu. Tkwiła przecież w tym toksycznym związku, z którego nie miała siły wyjść. Siły, możliwości a nawet ochoty. Musi to przecież szczerze przyznać. Również ochoty. Była na to wtedy zbyt bierna.

- Łucjo, czy coś ci się stało, źle się czujesz – życzliwy głos szefa ochrony przywołał ją do rzeczywistości. – Spotkanie już się zaczęło, wszyscy są, czekają tylko na ciebie. Proszę, pośpiesz się.
- Dobrze, dobrze już idę. Przecież do czternastej zostały jeszcze dwie minuty, więc się nie spóźnię.

Najchętniej by się wykręciła od obecności na tym spotkaniu, ale nie miała żadnej wiarygodnej wymówki, a obecność na tych niby towarzyskich zebraniach, na których jakoś zawsze poruszane były sprawy służbowe i to te najbardziej kontrowersyjne, była prawie obowiązkowa. W przyszłości musi się od nich jakoś wykręcić, postanowiła. Lubiła swoich współpracowników, no prawie wszystkich, lubiła z nimi pracować, bez mała ze wszystkimi, z niektórymi nawet się spotykać, ale te ad hoc zwoływane zebrania źle na nią działały. A właściwie panująca na nich atmosfera. Jakiejś sztuczności, skrępowania, chęci przypodobania się szefowi, nagle zapadającego kłopotliwego milczenia, nieszczerych uśmiechów, ukradkowych spojrzeń i takich samych niezbyt szczerych słów. Ogólnie panujące napięcie, jakie prawie wszyscy starali się zamaskować, było niemalże namacalne, gęste. Czuła to przez skórę i odbierała to prawie boleśnie, Naelektryzowane włoski aż „bolały” pod paskiem zegarka, a żołądek ściskała ogromna, włochata - tak o niej myślała - pięść. Rzeczywiście, musi z tym skończyć. Nigdy, niestety, nie umiała się zmusić do prowadzenia tych nic nie znaczących, zdawkowych, miałkich rozmów. Wiedziała, że to mankament, jakieś niewyrobienie towarzyskie, czy nawet, musi to w końcu przed sobą przyznać, pewne braki, mówiąc wprost, w kindersztubie. A to niezwykle przydatna umiejętność w coraz wyraźniej rozkręcającym się „wyścigu szczurów”. Niestety, nawet tu w muzeum. Tą chorobą zarażone zostały już prawie wszystkie dziedziny życia. Ale było jej to obojętne. To nie znaczy, że unikała kontaktów z ludźmi, nie, wprost przeciwnie. Zdarzało się, że stawała się nawet „duszą towarzystwa”, ale to ona sama je wybierała.

Ludzie chętnie słuchali opowieści Łucji, dlatego szybko polubiła oprowadzanie gości i turystów po salach wystawowych muzeum. Jednak z biegiem lat, najlepiej czuła się sama. Sama ze sobą. Dojście to tego stanu zajęło jej połowę życia. Ale było warto. Wewnętrzna niepodległość już nie kłóciła się z nawiązywaniem kontaktów. Tych, i tylko tych, na które miała ochotę. A własnej, prywatnej przestrzeni powietrznej już prawie nikomu nie pozwalała przekroczyć. Określiła ją na minimum sześćdziesiąt centymetrów. Tyle i ani centymetra mniej.
Po raz pierwszy zakreślając swoją fizyczną „prywatną przestrzeń powietrzną”, wzorowała się na pewnej anegdocie, nie, nie anegdocie, raczej nauce, udzielonej przez pewnego doświadczonego myśliwego, której - na swój użytek - nadała tytuł: "Jak utrzymać borsuka":
Kiedy złapiesz borsuka, nie trzymaj go na sznurku, bo bez wątpienia szybko ci go przegryzie i ucieknie. Nie trzymaj go także na łańcuchu, to jak na niego coś najdzie, to się na ciebie rzuci i ugryzie. Musisz zrobić to tak; weź dosyć długi kij, taki co najmniej na sześćdziesiąt centymetrów, przywiąż borsuka do jednego końca na pętli, a drugi koniec trzymaj w ręce, tak żeby nie uciekł, ale również nie podszedł do ciebie za blisko, rozumiesz?

Patrzyła na swoje koleżanki i kolegów, z niektórymi z nich nawet się przyjaźniła, z wieloma lubiła pracować, podejmować wyzwania i rozwiązywać problemy, ale tak wszyscy razem? Coś tu nie grało i nagle pomyślała, że kto wie, czy to nie była jej wina.
Nigdy nie była otoczona „rojem” przyjaciółek. Raczej sama je wybierała - z rzadka i starannie. Tak przynajmniej sądziła. W dzieciństwie, tak poszarpanym przez jej rożne „wpadki”, najważniejsza była Ola, z którą zresztą rodzice nie pozwalali jej się spotykać. Oczywiście, uważała to za nieuzasadnioną i niesprawiedliwą ingerencję w jej samostanowienie i tym bardziej do tego dążyła. Podczas dwuletniego pobytu w Opolu była zbyt zajęta, a także skupiona na przeżywaniu tych nawarstwionych spraw, oraz odnalezieniu w sobie - siebie. No może nie tyle odnalezienia, ile od nowa wymyślenia swojej tożsamości, bo ta która została jej dana, nie pozwalała normalnie żyć. Kiedy dopuszczała do siebie pamięć o nieodległej przeszłości, nie do końca zgadzała się ze stwierdzeniem, że to ta tożsamość została jej dana, raczej ona sama była jej nieświadomą współtwórczynią - niestety. Na studiach poznała Katię i to chyba ona, pomimo jej późniejszego wyjazdu na drugi koniec świata – do Ekwadoru – była jej najbliższa. A tu w muzeum? Była Jola, jedna z jej muzealnych, nielicznych koleżanek. Ale ona również dawno temu porzuciła pracę i wyjechała na drugi koniec Polski. No cóż miała swoje powody. Te same zresztą co Katia. Miłość i podążenie za tym uczuciem. W Joli zakochał się pewien oficer marynarki, kiedy razem z grupą kolegów, będąc w Krakowie, wstąpili do Collegium Maius, a ona była ich przewodnikiem po muzealnych zbiorach. Marynarz, dopiął swego i Jola porzuciła Kraków oraz Collegium Maius. Podobnie, jak z Katią, ich przyjaźń jednak przetrwała, chociaż widywały się rzadko, zazwyczaj raz w roku, a i czasami nawet rzadziej. (Z Katią, jednak z powodu mieszkania na dwóch rożnych półkulach, jak do tej pory spotkały tylko jeden raz). Ale to nie miało wpływu na relacje między nimi. Rozumiały się, a co najważniejsze mogły sobie ufać. Telefon, internet, majlowanie, skajpowanie, było tyle możliwości kontaktu, że odległość nie miała znaczenia.

A na początku nic nie zapowiadało tak dobrych relacji między nimi - Łucją a Jolą. Po trzyletnim urlopie, najpierw macierzyńskim a potem wychowawczym Łucja powróciła do pracy, niepewna, zdenerwowana, spłoszona. Powracała do całkiem nowych „porządków”. W muzeum zmieniło się prawie wszystko, łącznie z szefem, którego nie znała. Pierwszą z nim rozmowę pamięta bardzo dokładnie. Wchodziła do jego gabinetu pełna obaw, a wybiegła stamtąd oburzona, rozgoryczona i prawie wściekła.

- Dzień dobry, panie dyrektorze, nazywam się Łucja Belt za tydzień kończy mi się urlop wychowawczy, więc chciałam się panu przedstawić.
- A więc to pani. Proszę usiąść, dobrze się stało, że pani przyszła wcześniej, bowiem mam pewną propozycję.
- Tak, słucham.
- Nie widzę dla pani miejsca w obecnej strukturze muzeum, więc zrobię pani uprzejmość i załatwię przeniesienie do Biblioteki Jagiellońskiej. Nie poniesie pani żadnej straty, w tym finansowej, a z akt wynika, że studiowała pani także polonistykę na naszym uniwersytecie. Bez wątpienia, to właśnie tam znajdzie się pani na właściwym miejscu, czyli zmiana miejsca pracy, w gruncie rzeczy, wyjdzie pani na dobre.

Oburzyło ją to do głębi. Nie ma dla niej miejsca w Collegium Maius! Miejscu, o którym marzyła od dziecka! Nonsens! Nie pozwoli tak się traktować! Nikt nie będzie decydował, gdzie jest jej miejsce. Cała góralska natura nagle stanęła dęba. Tylko spokojnie, oddychaj i uśmiechaj się - przywołała się do porządku.

- Oczywiście panie dyrektorze, nie mam zamiaru być piątym kołem u wozu i nigdy nie bywam tam, gdzie mnie nie chcą, ale pozwoli pan, że sama zdecyduję, gdzie będę zatrudniona. W bibliotece jest praca na zmiany, a ja jestem matką małego dziecka i wydaje mi się, że w tej sytuacji chroni mnie prawo. Tak mi się przynajmniej wydaje. Więc to ja mam propozycję: w ciągu miesiąca sama znajdę sobie inną pracę i wtedy poproszę o przeniesienie. A póki co proszę o awans i podwyżkę!

To była doprawdy bezczelność z jej strony, ale ją wkurzył, niemalże upokorzył i było jej już wszystko jedno. Oczywiście, nie miała nic przeciwko Bibliotece Jagiellońskiej. Wprost przeciwnie. Jagiellonka była jej bliska, co najmniej z dwóch powodów: po pierwsze – Collegium Maius było przecież kolebką oraz matecznikiem uniwersyteckiej książnicy, jak również jej siedzibą przez tak długi czas. Po drugie – niemało to czasu spędziła w nowym gmachu*[3] Jagiellońskiej Biblioteki w czasie swoich studiów na Wydziale Filologicznym? Wprawdzie same mury, a szczególnie marmurowe, dostojne wejście, westybul oraz imponująca - pałacowa - klatka schodowa, już tak wprost do niej nie przemawiały, jak te surowe w swojej szlachetnej prostocie ceglane fasady Collegium Maius. Jednakże takie apodyktyczne, obcesowe narzucenie swojej woli, a raczej pokazanie - już w pierwszych minutach rozmowy i to podczas pierwszego spotkania – że ona nie będzie mile widziana w drogich jej murach było wprost nie do przyjęcia. Więc czemu nie zagrać va banque Nie ma nic do stracenia, a błagać człowieka, którego widzi po raz pierwszy w życiu - nawet jeżeli to ma być jej szef - nie będzie. I już! Spojrzał na nią zdumiony, ale i chyba rozbawiony. To dopominanie się o podwyżkę i awans w tej sytuacji było wszak absurdalne. - No, no, ale charakterek.

Wyszła z gabinetu z podniesioną głową, ale wewnętrznie całkiem rozbita. Mój Boże, co ja zrobiłam! Gdzie znajdę w ciągu miesiąca pracę, i jaką. Czy już nigdy nie będę mogła tu być, po prostu, być, przychodzić co rano z radością i dumą, że przynależę do tego wyjątkowego miejsca.

Pomyślała o sobie, małej kilkuletniej dziewczynce, której tak namacalnie, ale w sposób niemalże mistyczny objawiła się wielka sztuka oraz najprawdziwsze, czyste piękno. Sztuka prawdziwa, sztuka pisana, a nawet wymawiana, przez największe „Sz”. Piękno, jakim się zachłysnęła tak, że aż bolało.
Było to około tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego siódmego roku. Jej dziadek, Antoni, znany i ceniony kolekcjoner, znawca sztuki, malarz i konserwator zabrał ją ze sobą na Wawel. Miał tam spotkanie z zatrudnionym w wawelskich pracowniach przyjacielem. Aby nie przeszkadzała im w rozmowie, zaprowadzili ją do ogromnej sali, gdzie doznała najprawdziwszej iluminacji.
Znajdowały się tam rozstawione figury apostołów z części środkowej ołtarza Wita Stwosza z kościoła pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny.

Znacznie później poznała niezwykłą, burzliwą historię „peregrynacji” wojennych i powojennych tego wybitnego dzieła gotyckiej sztuki. Po powrocie Ołtarza Mariackiego, odnalezionego w podziemiach zamku Krönenburg w Norymberdze, przywiezieniu go do Krakowa w tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym roku przez prof. Karola Estreichera młodszego, do bazyliki Mariackiej trafiła tylko figura Matki Boskiej ze sceny środkowej ołtarza. Karol Estreicher - wtedy w randze majora - jako sekretarz premiera Rządu Polskiego na Uchodźstwie generała Władysława Sikorskiego, opracowywał katalog strat kultury polskiej pod niemiecką okupacją. Razem z niewielkim zespołem stworzył Biuro Rewindykacji Strat Kulturalnych przy Ministerstwie Prac Kongresowych w Londynie. Moment odnalezienia rozmontowanego ołtarza Wita Stwosza udokumentował fotograficznie Karol Szczeciński, ówczesny operator Wojskowej Wytwórni Filmowej, wysłany do Norymbergi w celu dokumentowania toczącego się wówczas procesu nazistowskich zbrodniarzy wojennych. Pozostałe figury ołtarza umieszczono na Wawelu, gdzie poddano je konserwacji. Przebywały tam bez mała dwanaście lat. Dopiero po krwawych wydarzeniach poznańskiego czerwca ołtarz powrócił na swoje dawne miejsce w prezbiterium nawy głównej kościoła Mariackiego na Rynku Głównym w Krakowie.

To było niezwykłe, mistyczne przeżycie, jedno z tych nielicznych, jakich obraz nosi się w sobie do końca życia. Jak dotknięcie najgłębszej i najcudowniejszej tajemnicy. Zapamiętała, że była tam sama. Nie, nie sama, otaczał ją las cudownych postaci. Chodziła pomiędzy tymi tajemniczymi figurami oniemiała z zachwytu. Złociste, wyniosłe, nieziemsko piękne postaci apostołów spoglądały na nią z góry, jak jej się wówczas wydawało z zadumą, tkliwością oraz zrozumieniem dla całej palety niecodziennych uczuć małej dziewczynki. Od każdej z nich bił blask oraz dostojność. Jak sobie dziś przypomina, musiało to być tuż po zakończeniu konserwacji, bowiem najpierw uderzyła ją ich świeża, czysta złocistość. A migocąca, ciepła poświata ich szat rozjaśniała całą ogromną salę. Każdy detal budził jej zachwyt. Łucja popatrzyła zrazu na swoje małe dłonie i zaraz przeniosła wzrok na ich po mistrzowsku wyrzeźbione ręce. Wydawały się bardziej prawdziwe i żywe niż te jej; takie gładkie, pulchne, dziecinne, bez szczególnych cech, niewyraziste, takie jakieś - nijakie. Ale wyniosła dostojność otaczających ją świetlistych postaci wcale nie budziła lęku, dystansu, ani nie paraliżowała. Były fascynujące. Nie bała się, wprost przeciwnie, odczuwała jedynie ciepło, opiekę i bezpieczeństwo. Już nic się złego nie stanie. Z wdzięcznością przytuliła się do jednej z nich. Jakaż była ogromna, a ona taka mała.

Kiedy wrócił dziadek spytała kim trzeba być, aby móc przebywać w tak cudownym miejscu. Spojrzał na nią lekko zdziwiony i z zabawnym błyskiem w oku oraz takim szelmowskim półuśmiechem powiedział - najlepiej proboszczem w Mariackiej Bazylice na Rynku Głównym w Krakowie - jednak kiedy zobaczył jej wyginające się w podkówkę usta, szybko dodał - albo…ewentualnie muzealnym kustoszem. Kustoszem, kustoszem – smakowała nieznane, dziwnie brzmiące słowo. Dobrze dziadziu, Lucia będzie kustoszem. Złożywszy taką deklarację, grzecznie, najładniej jak potrafiła, dygnęła w kierunku rzeźbionych, polichromowanych postaci oraz odwróciwszy się wsunęła swoją rączkę w ciepłą, dającą poczucie bezpieczeństwa dłoń.

----------------
1. Lorenzo, pozwoli pan przedstawić panią Łucję Belt kierowniczkę Działu Ikonografii i Dokumentacji Fotograficznej naszego Muzeum.

2. Pani Łucjo, proszę tak szybko nie pasować, jeszcze nic pani o mnie nie wie. Gra słów, belt – po angielsku – pas. W języku w angielskim nie jest jednak, jak to jest w języku polskim odzywką bridżową.

3. Nowy gmach Biblioteki Jagiellońskiej, mieszczący się przy al. Mickiewicza powstał przed II wojną światową. Konkurs na jego budowę rozpisano w 1929 r. Sama budowa, wg projektu Wacława Krzyżanowskiego (I i II miejsce), trwała od 1931 do 1939 r. Przeprowadzkę księgozbioru zakończono już w czasie II wojny światowej w 1940 r. W okresie okupacji Biblioteka Jagiellońska przemianowana została na Staatsbibliothek Krakau.

Tagi:

Awatar użytkownika
nebbia
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 154

W cieniu arkad, rodz. II część 2

Post#2 » 17 sie 2017, o 16:16

[...] Normalny człowiek nie pisze powieści, robią to tylko zboczeńcy [...]

cytat z wypowiedzi dyrektora wydawnictwa "Opoka" z serialu "Zmiennicy" :) ;) :lol:

Wróć do „Proza obyczajowa”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości