W cieniu arkad, rozdział III

Okruchy realizmu. Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Awatar użytkownika
nebbia
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 154

W cieniu arkad, rozdział III

Post#1 » 13 sie 2017, o 11:32

Rozdział III

Czerwony Klasztor - drugie dziesięciolecie szesnastego wieku

Ivo i Bernard


Uciekając z Lewoczy, myślał o udaniu się do Krakowa. Było to miasto jego ojca i miejsce, gdzie mieszkał i pracował u Wita Stwosza mistrz Paweł, u którego boku. on Ivo, jako uczeń i pomocnik, chciał spędzić życie. I gdyby jeszcze, w przyszłości, pozwolono mu ożenić się Maricą, byłby najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Nic z tych planów, a raczej marzeń – chcąc zachować życie – musiał, jak szczur, zbiec z rodzinnego miasta..

Udało mu się wyjść niepostrzeżenie przez Polską Bramę i bacznie oglądając się za siebie oraz na boki szedł Via Magna*[1] na północ. Po kilku godzinach marszu, czując już wielkie zmęczenie przysiadł na skraju drogi. Był głodny i chciało mu się pić. Musi się zastanowić, jak i co ma robić oraz jak zdobyć środki nawet na najskromniejsze utrzymanie. Raczkował dopiero w zawodzie rzeźbiarza, ale przecież może robić cokolwiek, byleby tylko zarobić na miskę ciepłej strawy. Może być kamieniarzem, pomocnikiem murarza, pracować w polu, lub zaciągnąć się na służbę. Nie wiedział w jakim stanie jest Stanko, a co ważniejsze - czy w ogóle żyje, co robi Marica, może go nawet nienawidzi i obwinia za to, co się stało, no i, prawdopodobnie go szukają. Tak na pewno go szukają. Podniósł nisko schyloną głowę, usłyszawszy stukot kół toczącego się wozu i nie zdążył schować się za drzewo pod którym odpoczywał. Na koźle, a raczej drewnianej desce z przodu wozu siedział stary zakonnik. Z tyły za nim, na wozie, wypiętrzała się wyblakła płachta, zapewne kryjąca ładunek. Dwa perszerony, zaprzęgnięte obok siebie ciężko i jakoś tak leniwie stąpały. Z tyłu nadjechali dwaj jeźdźcy. Zatrzymali się tuż obok siedzącego Ivo.

- Hej chłopcze co tu robisz, sam na drodze.

Ivo znieruchomiał, będąc pewien, że dopadł go pościg, bez wątpienia już wysłany na jego poszukiwanie i ujęcie. Nie wiedział co ma powiedzieć, więc wstał i tak stał z opuszczonymi bezradnie rękoma. Wszystko skończone – pomyślał – niech więc dzieje się wola Boga i poniesie zasłużoną karę, za to że śmiał marzyć, a nawet pocałować Maricę. Jaki był naiwny, myśląc, że mu wolno, że może kiedyś mu ją dadzą.

- No mów, jesteś niemową – starszy z jeźdźców wyraźnie zaczął się denerwować.
- Nie panie, idę do Kieżmarku, mam tam dostać pracę pomocnika kamieniarza - tylko taką odpowiedź zdołał wymyślić. No tak, zaraz się to kłamstwo wyda, jak zapytają mnie u kogo, przebiegło mu przez głowę.
- A umiesz powozić?
- Tak panie.
- No to siadaj obok brata Bernarda i przejmij lejce, bo powróciła jego choroba i trudno mu panować nad końmi. Widzisz, jakie ma powykręcane palce. Trzeba mu ulżyć.
- Dzięki ci dobry Boże - Ivo z ochotą wskoczył na wóz, usiadł obok starego zakonnika, przejął lejce, dobrze je sobie ułożył w dłoniach i cmoknął. Konie poczuwszy mocniejszą rękę żwawo ruszyły naprzód. Spoglądał z ukosa na siedzącego obok zakonnika i nie miał odwagi otworzyć ust. Ten, ubrany w biały habit z kapturem, przepasany płóciennym pasem z różańcem, ostrożnie masując obolałe dłonie, podniósł oczy i uśmiechnął się. Zaskakująco niebieskie oczy, otoczone siateczką zmarszczek patrzyły na niego prawie figlarnie. Jestem już bezpieczny. Jeżeli się zgodzą zostanę z nimi – Ivo, z kiełkującą w sercu nadzieją, że może uda mu się ocalić głowę, wyprostował się, mocniej uchwycił lejce i odwzajemnił uśmiech.

Kiedy na horyzoncie pojawiły się czerwone mury starego klasztoru OO. Kamedułów pomyślał, że niestety ta wygodna podróż się kończy i on musi zdecydować co ma ze sobą począć. Chyba będzie najlepiej, jeżeli zrobi tak, jak postanowił – pójdzie do Krakowa.

Brat Bernard, okazał się miłym i opiekuńczym towarzyszem podróży. Wdzięczny za okazaną pomoc oraz zwolnienie go z obowiązków woźnicy, co przy jego stawach powykręcanych artretyzmem było dużą ulgą, chętnie dzielił się jedzeniem z Ivem. Sam przecież nie potrzebował wiele. Był stary i zmęczony. Był prawie pewien, że to jest jego ostatnia podróż do Czerwonego Klasztoru. Poprosi o możliwość dożycia swoich dni w skupieniu, modlitwie, milczeniu oraz pracy, jakiej podoła. Wiedział, że niestety, na wiele już nikomu się nie przyda. Jako brat, pełniący niższe funkcje w obowiązującej w klasztorze hierarchii, dbał o kuchnię, refektarz, czasami, kiedy wypadła jego kolej, pomagał sporządzać skromne posiłki i miał staranie o zaopatrzenie klasztoru. Jednak czynnością, jaka przynosiła mu największą radość była pomoc w klasztornej aptece oraz rzadkie, niestety, wizyty w scriptorium. Do tych dwóch miejsc ciągnęło go najbardziej. Brat Cyprian, lekarz i zielarz, absolwent Wydziału Lekarskiego - znajdującego się na północy - w Krakowie i zyskującego coraz większy rozgłos Uniwersytetu, darzył go zaufaniem. Z uznaniem przyjmował jego pomoc przy zbieraniu ziół i sporządzaniu prostych medykamentów. Przekazał mu też sekretną recepturę słynnego likieru, zwanego Chartreuse, tak bardzo poszukiwaną przez podróżnych pukających do furty apteki, słynną w całej okolicy ze swych cudownych właściwości oraz wybornego smaku. Bernard znajomość sporządzania uzdrowicielskich mikstur, piguł, balsamów, wywarów i nalewek częściowo wyniósł z domu. Był przecież synem medyka. Jego ojciec Lubomir zasłużenie cieszył się opinią dobrego lekarza. Potrafił puszczać złą krew przystawiając pijawki, obniżyć u gorączkujących dzieci temperaturę, uśmierzyć odpowiednio sporządzonymi wywarami różne bóle, a nawet, kiedy kobieta nie potrafiła samodzielnie urodzić, pomóc jej w tej ciężkiej chwili. Tym bardziej było to niezwykłe, że tymi kobiecymi sprawami zajmowały się zwyczajowo „babki” , ale i one prosiły go o pomoc w przypadkach szczególnie ciężkich. Potrafił dobrać lecznicze zioła prawie na każdą przypadłość.

Brata Bernarda, z racji pełnionych funkcji w klasztorze, nie obowiązywał ścisły zakaz milczenia i odosobnienia. A ten młody, smutny i wystraszony chłopiec, był mu tak wdzięczny. Widział, że coś go gryzie, że bardzo się boi, a nocami nie może zasnąć i tak ciężko wzdycha, ale nie chciał go spłoszyć pytaniami. Przyjdzie czas, to sam powie, co mu leży na sercu. Taki młodzik, z pewnością spotkało go coś przykrego, albo sam jest sprawcą czegoś – nie starał się domyślić nawet czego - ale przecież ze swojego własnego doświadczenia wiedział, jak łatwo spokojne, jasne, bezpieczne życie, w jednej krótkiej chwili potrafi zamienić się w koszmar, już na zawsze wgryzający się w udręczoną duszę. Minęło już ponad pół wieku, kiedy i jego los tak gwałtownie się odmienił, a on sam stał się sprawcą czynu okrutnego, nie do wybaczenia. A jednak, wiedział to na pewno, że i dzisiaj - niech mu Pan Bóg wybaczy, on przecież wszystko rozumie i może – postąpił by tak samo, chociaż teraz nosi zakonne szaty.

Widział ogromną ulgę w tych jego zielono-brązowych „nakrapianych” oczach, kiedy starszy z towarzyszących im jeźdźców, przydzielonych do ochrony przewożonego ładunku jeszcze w Lewoczy, zgodził się by z nimi pozostał. Powiedział, że jest sierotą i pracuje, jako pomocnik murarza, tam, gdzie tylko znajdzie pracę. A ta podobno nadarzyła mu się w Kieżmarku, ale on chętnie im pomoże w powożeniu, wszędzie tam, gdzie jadą. Ochronie to wystarczało, jemu jednak nie. Czuł, że prawda jest całkiem inna. Ale tak mu dobrze patrzyło z tych dziwnych, „nakrapianych” oczu i z taką uwagą słuchał jego opowieści, że postanowił mu zaufać, i o ile to możliwe, wstawić się u przeora, aby ten młodzik mógł pozostać w klasztorze. Przecież bardzo przyda się pomoc w uporządkowaniu otoczenia po ostatnim remoncie ich kościoła św. Antoniego. Przyda im się ktoś mający pojęcie o kamieniarce i murarce.

Polubił tego chłopca, który z równą ochotą odmawiał z nim różaniec, oporządzał konie, sprawdzał stan osiek w kołach, bowiem ładunek, jaki wiózł do klasztoru, nie był lekki, jak i słuchał z uwagą co on – Bernard – najmniejszy z braci ma do powiedzenia. A kiedy jeszcze dowiedział się, że ma na imię Ivo, tak jak jego dziadek, postanowił zaopiekować się nim. Przypominał mu tego młodego wróbla, który wypadł z gniazda. Kiedy to było? Mama jeszcze żyła, a on beztrosko biegał po łąkach u podnóża Spiskiego Zamku. Znalazł tego ptaszka i tak się starał, aby przeżył. Na nic to się jednak zdało. Pomimo wlewania mu do małego dzióbka uzdrowicielskich przecież nalewek sporządzanych przez ojca, nie zdołał go uratować. Teraz zrobi wszystko dla tego innego, tak samo zagubionego i zalęknionego ptaszka.

Ivo, od najmłodszych lat, nie tylko przywykł do słuchania opowieści starszych, ale zawsze chłonął je z ogromnym zainteresowaniem. Ukazywały mu całkiem nieznany świat, znajdujący się gdzieś tam poza otaczającymi Lewoczę górami. Dziadek Szymon, ciotka Małgorzata, a potem mistrz Paweł tak pięknie i barwnie o nim opowiadali. Marzył, że kiedyś zobaczy te wszystkie cuda, jednak nie sądził, że stanie się to tak szybko i w takich okolicznościach. Teraz siedząc obok tego uśmiechniętego - pomimo dręczącego go bólu - mnicha, uważając by wóz toczył się równo, a konie szły zgodnym tempem, słuchał i to był najlepszy lek na wszystkie jego zmartwienia.

- Należę do zakonu kartuzów*[2] – rozpoczął swą opowieść brat Bernard - starego zakonu, założonego przez św. Brunona. Pierwsza nasza siedziba w tej krainie zwanej Słowackim Rajem, powstała w tysiąc trzysta szóstym roku, na rozległej polanie, w Klasztorniku w zachodnich Karpatach. Nazwano ją Lapis Refugii*[3]. Czternaście lat później zakon dostał wieś Lechnicę w Pieninach Spiskich i to był początek naszego zgromadzenia w tych górach. Mnisi założyli tam klasztor, z biegiem lat nazwany „Czerwonym Klasztorem”. Rok wcześniej - w tysiąc trzysta dziewiętnastym - niejaki Kokosz Berzewiczy, węgierski magnat, człowiek gwałtowny i porywczy, jako zadośćuczynienie za zbrodnię popełnioną, w chwili szału, na niejakim Chyderku z możnego rodu Győrgów miał ufundować sześć klasztorów oraz zamówić cztery tysiące mszy. I właśnie pierwsze zabudowania klasztorne, początkowo drewniane, pochodzą z tej specyficznej pokuty. Pierwszym przeorem tego klasztoru został ojciec Jan. Kilka lat później rozpoczęto jego przebudowę oraz rozbudowę. Pomimo tego, że klasztor leżał po węgierskiej stronie Dunajca, przez całe lata mieli go w swojej pieczy polscy królowie. Najpierw Kazimierz Wielki, możny i mądry polski król z piastowskiego rodu, a później ta młoda i taka pobożna królowa Jadwiga, prawdziwa święta, która z taką troską pochylała się nad wszystkimi; i malutkimi i wielkimi. Fundowała kościoły, klasztory, zatroszczyła się o pomyślność i przyszłość krakowskiej wszechnicy i jeszcze pamiętała o ich zgromadzeniu. Wpłynęła na krakowskich mieszczan, którzy na utrzymanie Czerwonego Klasztoru przeznaczyli dochody z połowy wsi Rychwald. I nie tylko, z biegiem lat podatki aż z dziesięciu wsi przeznaczone były na potrzeby klasztoru. Szlachetni profesorowie Krakowskiego Uniwersytetu hojnie wyposażali w cenne księgi klasztorną bibliotekę. Czynili tak przede wszystkim z osobistych pobudek, w celu zapewnienia sobie - już po śmierci - nieustannej modlitwy bogobojnych mnichów za swoje dusze. W ten sposób do klasztornego księgozbioru trafiły księgi z zapisów, między innymi; Jana Pniewskiego, Macieja z Kobylina, którzy pełnili zaszczytne funkcje rektorów Akademii Krakowskiej.

- Wobec takiego stanu rzeczy – cicho, jakby do samego siebie, kontynuował - można było rozbudować jednonawowy kościół św. Antoniego, pobudować domki; pustelnie, szpital, aptekę a nawet wygodny zajazd dla podróżnych. Oj, dobre to były czasy. Klasztor dostawał coraz to nowe przywileje, takie jak prawo połowu ryb po obu stronach Dunajca, prawo do młyna na polskim brzegu, warzenia piwa, a nawet władzy sądowej. Kilkadziesiąt lat sytości i dobrobytu. Chociaż reguła jest bardzo surowa: milczenie, skupienie, modlitwa i praca - można było się w pełni poświęcić sprawom, do jakich był powołany, między innymi: przepisywaniu ksiąg, ziołolecznictwu, pomocy potrzebujących, działalności charytatywnej, a także kontemplacji. Ten stan rozwoju i dobrobytu przerwały okrutne czasy walk husyckich. Najgorsze były dwa lata, pomiędzy rokiem tysiąc czterysta trzydzieści jeden, a tysiąc czterysta trzydzieści dwa, kiedy to klasztor został doszczętnie złupiony. Oj działy się wtedy straszne rzeczy, działy. – Bernard spojrzał na zasłuchanego Iva i ciężko westchnął. - Starzy bracia, kiedy w wyjątkowych chwilach zwolnienia z obowiązku milczenia, o tym mówili wzdrygali się i szybko czynili znak krzyża. – Dobry Boże, nie dopuść więcej takiej nienawiści pomiędzy chrześcijanami – Bernard rozejrzał się trwożliwie, a jego wątłym ciałem wstrząsnął dreszcz przerażenia. Po chwili, na nowo, podjął opowieść. - Zakonnicy powrócili do swojego zrujnowanego klasztoru dopiero w tysiąc czterysta sześćdziesiątym drugim roku. W następnych latach bardzo powoli, przez kilkanaście lat, klasztor podnosił się z upadku.

Ale tego już był świadkiem i uczestnikiem, on Bernard. Kiedy pierwszy raz przybył do tego miejsca, jeszcze rany nie były do końca zabliźnione, ale klasztor a szczególnie kościół odzyskiwał swój kształt, a nawet stawał się coraz piękniejszy. Teraz dzieło odbudowy dobiegło końca i na pewno na długo nastaną czasy spokoju, a bracia powrócą do swoich obowiązków.

- Oj jest co robić i on już się postara, aby przeor łaskawie zatrzymał Ivo. Może porządkować teren wokół kościoła, pomagać w szpitalu, a jeszcze lepiej niech mu pomoże zbierać zioła. To bardzo użyteczne zajęcie, tym bardziej teraz, kiedy jego oczy i ręce już same nie podołają temu zadaniu – zadowolony z pomysłu jaki właśnie przyszedł mu do głowy, zwrócił się do młodego, siedzącego obok, kto wie czy tak całkiem przypadkowo, znalezionego na drodze woźnicy .
- Niech więc już Ivo tak się nie martwi, że zbliża się koniec ich podróży -. Brat Bernard delikatnie poklepał go po ramieniu i zajrzał mu z ukosa w oczy, z tym swoim figlarnym, niemalże dziecinnym uśmiechem.
– A wiesz chłopcze od czego pochodzi ta nazwa „Czerwony Klasztor”- mnich z wolna podniósł rękę, wskazując coraz bardziej zbliżające się budowle klasztoru.
- Ojcze, przecież te mury i dachy są czerwone, pewnie stąd ta nazwa. To pierwsze co mi przyszło do głowy – Ivo odwrócił się w jego kierunku, a jego twarz wyrażała zdziwienie, że pyta go o coś tak oczywistego.

Na tej drodze, siedząc obok pogrążonego w modlitwie zakonnika powstał pierwszy wiersz Iva, zrodzony z żalu i tęsknoty:

A choćbym cię
i ramionami otoczył
z ciepła rąk
zaporę zbudował
świat odsunął żarem warg

czy zdołam cię zatrzymać



---------------------
1. Via Magna, trakt łączący Budę z Krakowem i wiodący dalej na północ.

2. Zakon Kartuzów, katolicki zakon, osobno grupujący mężczyzn i kobiety. Założony został przez św. Brunona z Kolonii w 1084 roku. Nazwę zawdzięcza swej pierwszej siedzibie mieszczącej się na terenie Francji w La Grande Chartreuse. Ich maksymą jest zawołanie: Stat Cruz dum volvitur orbis – „Krzyż trwa, podczas gdy świat się zmienia”. Klasztor otoczony murami nazywa się kartuzją. Mnisi mają białe habity, przepasane płóciennymi pasami z różańcem. Noszą szkaplerze, zwane przez nich „kukułami”, połączone na ramionach pasami. Są one znakiem złożonych przez nich ślubów zakonnych. Obowiązuje ich bardzo surowa reguła: mieszkania w osobnych domkach z małym ogródkiem, który sami uprawiają, postu, modlitwy i milczenia z którego rzadko kiedy zostają zwolnieni.

3. Lapis Refugii – „skała schronienia”. Miejsce nazwano tak na pamiątkę najazdu tatarskiego w 1241 roku, kiedy to schronili się tam mieszkańcy okolicznych wiosek.

Tagi:

Awatar użytkownika
Grafoman
Pędzipióro
Posty: 874

W cieniu arkad, rozdział III

Post#2 » 13 sie 2017, o 11:58

Krótka prośba od OP: Proszę umieścić link do poprzedniej oraz następnej części tekstu. Zrobić to można w oknie forumowego edytora tekstu, poprzez wybranie komendy: [czesc-poprzednia ]link [ /czesc-poprzednia] (bez spacji) albo [czesc-nastepna] link [/ czesc-nastepna].
Ułatwi to znacznie odnajdywanie kolejnych części utworu.
Weny życzę!
PS Do tekstu chętnie zajrzę w wolniejszej chwili. :)
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Awatar użytkownika
Marian
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 228

W cieniu arkad, rozdział III

Post#3 » 14 sie 2017, o 09:20

Byłem w Czerwonym Klasztorze kilka razy. Ciekawe, czy zamieścisz opowieść o latającym mnichu.
Ta część Twojej historii bardziej mi się podoba niż tamta pierwsza, bo jest mniej "naukowa".
Pozdrawiam. :smiley:

Awatar użytkownika
nebbia
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 154

W cieniu arkad, rozdział III

Post#4 » 14 sie 2017, o 11:17

Miło mi Marianie, że znajduję na Artefaktach także miłośników historii. Dziękuję za słowo.

Latający mnich, brat Cyprian (Franciszek Ignacy Jäschke), to postać z XVIII wieku. Póki co, akcja tej części mojej powieści dzieje się na początku XVI wieku, ale pamiętając o tym najsłynniejszym mnichu z Czerwonego Klasztoru, jednemu z moich bohaterów - nie bez powodu - dałam na imię Cyprian. I też, podobnie, jak tamten, który zamieszka w klasztorze dopiero 200 lat później, pełni funkcję cyrulika, botanika i aptekarza. Zauważyłeś? Zrobiłam to, mając na względzie to, że jak mi sił i zapału starczy, to być może, pociągnę tę moją opowieść – przez wieki. I wtedy – bach – jak znalazł; ten prawdziwy brat Cyprian, opracowując swój zielnik tatrzańskich i pienińskich roślin, będzie miał się na czy oprzeć. Tak przezorna jestem! Bowiem w mojej powieści przeplatam fakty historyczne (stąd liczne przypisy) z alternatywną, powstałą w mojej imaginacji fikcją.

Oczywiście znam legendę o przelocie mnicha Cypriana, na własnoręcznie skonstruowanych skrzydłach, z Trzech Koron do Czerwonego Klasztoru, lub wg innej wersji aż do Morskiego Oka. Chociaż filmu (jakiś czas temu nakręconego) „Latający mnich i legenda Da Vinci” nie widziałam. Jeżeli ktoś chce o tym poczytać, to odsyłam do książki Jana Wiktora „Skrzydlaty Mnich”.

Serdecznie pozdrawiam

Awatar użytkownika
Marian
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 228

W cieniu arkad, rozdział III

Post#5 » 14 sie 2017, o 19:57

nebbia pisze:Latający mnich, brat Cyprian (Franciszek Ignacy Jäschke), to postać z XVIII wieku.


No faktycznie, przeoczyłem te drobne dwieście lat. Ale cóż. Starość nie radość. ;))
Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
nebbia
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 154

W cieniu arkad, rozdział III

Post#6 » 15 sie 2017, o 22:18

Marian pisze:
nebbia pisze:Latający mnich, brat Cyprian (Franciszek Ignacy Jäschke), to postać z XVIII wieku.


No faktycznie, przeoczyłem te drobne dwieście lat. Ale cóż. Starość nie radość. ;))
Pozdrawiam.


Marianie, zapewniam Cię, że to nie PESEL jest jej wyznacznikiem,
A, "smakując" Twoje opowiadania, stawiam diagnozę, że Tobie - póki co - nie zagraża.

Serdecznie

Awatar użytkownika
Marian
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 228

W cieniu arkad, rozdział III

Post#7 » 16 sie 2017, o 10:20

nebbia pisze:
Marian pisze:
nebbia pisze:Latający mnich, brat Cyprian (Franciszek Ignacy Jäschke), to postać z XVIII wieku.


No faktycznie, przeoczyłem te drobne dwieście lat. Ale cóż. Starość nie radość. ;))
Pozdrawiam.


Marianie, zapewniam Cię, że to nie PESEL jest jej wyznacznikiem,
A, "smakując" Twoje opowiadania, stawiam diagnozę, że Tobie - póki co - nie zagraża.

Serdecznie


Oj, jakże mi miło!
Pozdrawiam :smile:

Wróć do „Proza obyczajowa”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości