Nowy użytkowniku - daj się poznać, przywitaj się!

Proza i Poezja października - plebiscyt na najlepszy tekst miesiąca

Żołnierz wyklęty

Okruchy realizmu. Proza pozbawiona wątków fantastycznych: obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały i inne.
Awatar użytkownika
Marian
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 261

Żołnierz wyklęty

Post#1 » 11 lis 2017, o 18:44

Zygmunt, jak większość kresowiaków, zaraz po wojnie szykował się do wyjazdu na ziemie odzyskane. To samo robili jego bracia z rodzinami i prawie cała wieś.
Nie chciała wyjechać tylko jego siostra z trojgiem małych dzieci. Postanowiła zostać, bo zaraz po wejściu Ruskich jej męża Leona wzięto do wojska, a najstarszy syn Kostek jeszcze za Niemca poszedł do partyzantki. Obydwaj nie wracali, a ona czekała na nich i nie chciała wyjeżdżać.
– Kobieto, to już prawie rok po wojnie – tłumaczyli jej krewni. – Ci, co poszli razem z twoim Leonem do wojska i przeżyli, już wrócili. Kostek też już dawno powinien wrócić. Nie masz, na co czekać. Masz jeszcze troje małych dzieci, nie poradzisz tu sobie sama. Pakuj się i jedź z nami.
– Ale ja nie dostałam żadnego pisma, że Leon nie żyje – odpowiadała. – Jak wróci, to gdzie będzie mnie szukać? Tylko tutaj. I Kostek tak samo.
Wszyscy bliscy wyjechali, a ona została. Nie doczekała się ani męża, ani syna. Leon przepadł bez wieści, a Kostka koniec wojny zastał w mazowieckich lasach.
Jego oddział przeczekał tam przejście frontu i był gotowy do walki z nowym wrogiem, czyli Sowietami i komunistyczną władzą. Niektórym prostym żołnierzom strzelanie do Polaków – choćby i komunistów – nie było w smak i kilku z nich zdezerterowało.
– Ci tchórze daleko nie ujdą – mówił dowódca, stojąc przed frontem oddziału. – Nasi ludzie są wszędzie. Schwytamy ich nawet za granicą i rozstrzelamy. Nie wolno wątpić – kontynuował ku pokrzepieniu serc swoich żołnierzy. – Trzeba poczekać rok lub dwa. Amerykanie trochę odsapną i ruszą na Ruskich. Wróci z Londynu prawowity rząd, zaprowadzimy w Polsce porządek i wrócimy do domów jak bohaterowie. Ludzie będą nas jeszcze po rękach całować.
Tymczasem okoliczna ludność nie paliła się do całowania partyzanckich rąk. O ile za Niemca – choć z duszą na ramieniu – trochę im pomagała, to teraz zaczęła traktować ich wrogo. Po latach okupacji, rozstrzeliwań i wywózek do obozów ludzie chcieli żyć w spokoju. Nie chcieli nowej wojny i takim spóźnionym bojownikom o jakąś nieokreśloną inną Polskę, grunt zaczął się palić pod nogami.
W Kostkowym oddziale brakowało wszystkiego i głód zaczął zaglądać w oczy. Wtedy dowódca postanowił zaopatrzyć się u nowego wroga. Na jego rozkaz oddział napadł na sowiecką ciężarówkę z żywnością i zabił żołnierzy obstawy.
Wtedy rozpętało się piekło. W lasy ruszyło regularne wojsko i prędko dopadło napastników. Wywiązała się nierówna walka. Gdy pod przeważającym ogniem padł dowódca i kilku kolegów, Kostek postanowił uciekać. Rzucił karabin i czapkę z orzełkiem w koronie, i zanurkował w zarośla.
Uciekał tak długo, aż dotarł pod Kielce, do ciotki, która mieszkała tam od przedwojny. Ciotka przechowała go przez kilka dni, oprała i odkarmiła. Potem dała cywilne ubranie i trochę grosza, i kazała się wynosić. Znała już adres Zygmunta na ziemiach odzyskanych i poradziła siostrzeńcowi, żeby tam pojechał.
Kostek po kilku dniach dotarł do celu, odczekał w lesie do nocy i dopiero wtedy zapukał do wujkowych drzwi. Wujek nie widział go już kilka lat i z trudem poznał. Zaprosił do kuchni, a ciotka nalała mu kapuśniaku.
– No, to gadaj, co cię tu przyniosło – powiedział Zygmunt, gdy Kostek skończył jedzenie. – Tylko jak na spowiedzi, bo kłamstwo poznam.
Kostek opowiedział wszystko i ze spuszczoną głową czekał wujkowego wyroku.
– A niech to smród ogarnie! – zaklął Zygmunt. – Wojaczki ci się zachciało! I jeszcze teraz, po wojnie! Mało ci było? Twój ojciec poszedł do wojska, bo musiał! A ty? On przepadł, ty się ukrywasz, a matka tam z trójką drobiazgu została na zatracenie. Jeszcze ją Ruscy przez ciebie do łagru wywiozą. Oni tam pewnie już wiedzą, w jakiej bandzie byłeś. Do dupy z taką polityką! Na razie możesz tu zostać, ale spać będziesz w stodole. I śpij w butach, żebyś nie musiał boso uciekać, jak po ciebie przyjdą – dodał na zakończenie.
Kostek nie wiedział, jak wujkowi dziękować. Zaczął coś bąkać, chciał w rękę całować, ale Zygmunt tylko nasadził czapkę na głowę i poszedł do obory.
Mimo że nowy przybysz nie wychodził poza podwórze, to po kilku dniach do Zygmunta zaszedł sołtys. Siadł przy kuchennym stole, zapalił i zagadnął:
– Zimno dziś jakoś i mokro.
Zygmunt, zrozumiawszy przymówkę, wyjął z kredensu butelkę wódki i nalał po kieliszku. Wypili i sołtys zaczął rozmowę:
– Kręci się tu u ciebie jakiś obcy. Kto to?
– Siostrzeniec.
– A na długo on tu?
– Chyba na długo.
– Takem i myślał. Zameldować go trzeba. Papiery jakieś ma?
– Nie ma.
– Takem i myślał. A wiesz ty, kiedy i gdzie on urodzony?
– Wiem, bo to mój chrześniak.
– To niech idzie do miasta i zrobi sobie fotografię. Potem niech napisze podanie, że miał przedwojenne papiery, tylko mu je ukradli. Pójdziemy razem z nim do urzędu, poświadczymy co trzeba i wyrobimy nowe papiery.
– Ty poświadczysz? Przecież ty nie z tamtych stron.
– A co to szkodzi. Toż ja z jego ojcem… Jak mu jest?
– Leon.
– No. Ja z Leonem razem we wojsku byłem, to i mnie potem na chrzciny syna zaprosił. Trzeba sobie po sąsiedzku pomagać. Nalej jeszcze – zakończył.
Dopili wódkę, zrobili jak uradzili i po jakimś czasie były partyzant miał już nowy dowód osobisty.
Kostek był pracowity i dał się lubić. Jedynie hodowane przez niego gołębie drażniły trochę ciotkę, bo paskudziły po całym podwórku. Miał smykałkę do maszyn i motorów. Wyszukał gdzieś poniemiecki motocykl, wyremontował go i jeździł na nim do miasta i do kościoła.
Młody motocyklista wpadł w oko miejscowym pannom i niejedna chętnie siadłaby mu na tylne siodełko, ale on żadnej tego nie proponował. Którejś niedzieli, idąc z kościoła, Zygmunt powiedział do chrześniaka:
– Ludzie mówią, że tobie w czasie wojny żenidło urwało, bo się do bab nie bierzesz. I dobrze, że tak gadają. Żebyś tylko czasem nie spróbował której z nich pokazać, że to nieprawda.
– Niech się wujek nie martwi. Nie głupim – odpowiedział siostrzeniec, choć ta plotka bardzo zraniła jego męskość.
Kostek przesiedział szczęśliwie u wujka do amnestii, a potem podziękował za pomoc i wyjechał, żeby gdzieś spróbować żyć od nowa.
Po kilku latach na Zygmuntowe podwórko zajechała z fantazją ciężarówka marki Star 20. Z szoferki wyskoczył Kostek i wszedł do domu, wnosząc ze sobą zapach paliwa. Jak dawniej usiadł przy kuchennym stole i jak dawniej – jak na spowiedzi – opowiedział, co przez te lata porabiał.
Powiodło mu się. Zamieszkał we Wrocławiu, został kierowcą w PKS i objeździł swoim starem już chyba pół Polski. Ożenił się i miał dwoje dzieci. W dużym mieście, gdzie każdy był obcy, nikt go nie pytał o przeszłość.
– Jak ja się wujkowi odwdzięczę za pomoc? – powiedział na zakończenie. – Może kiedyś będzie potrzebny jakiś transport, to ja zawsze. A jak się ma ten sołtys, co wtedy za mnie poświadczył? Skoczyłbym do niego, podziękować.
– Ma się dobrze, ale lepiej do niego nie chodź – odpowiedział Zygmunt. – U niego teraz mieszka jego zięć milicjant. To wielki służbista i bardzo partyjny. Po co kusić złe.
– A masz jakieś wieści od matki i od rodzeństwa? – wtrąciła się ciotka. – Bo my pisaliśmy do nich kilka razy, ale odpowiedzi nie było.
– Mama nie mieszka już w starym domu, tylko w kołchozowym. Pracuje w kołchozie przy krowach i ma jeszcze swój ogródek. Brat to już prawie kawaler i uczy się na mechanika, ale obie siostry zmarły – odpowiedział Kostek, spuszczając oczy.
– Pojechałbyś do matki w odwiedziny. Może by się udało ją tu ściągnąć – ciągnęła ciotka.
– Jechałbym choćby dzisiaj, ale na wyjazd trzeba mieć paszport i wizę. Jak się składa papiery na paszport, to trzeba napisać wszystko o sobie i całej rodzinie, a milicja sprawdza to bardzo dokładnie. Doszliby do tej rozwalonej ruskiej ciężarówki, do was, do waszego sołtysa i tego fałszywego poświadczenia. Wszyscy poszlibyśmy za kratki. Boję się. Jak kiedyś doczekamy innych czasów, to zaraz tam pojadę i przywiozę mamę do Polski. Jeśli ona dożyje – dodał smutno. – Jeśli dożyje.

Tagi:

witka
magiczna kosa
magiczna kosa
Posty: 588

Żołnierz wyklęty

Post#2 » 11 lis 2017, o 19:00

JAkie to dobre.

Awatar użytkownika
Marian
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 261

Żołnierz wyklęty

Post#3 » 11 lis 2017, o 19:27

witka pisze:JAkie to dobre.


Miło mi. :smile:

Awatar użytkownika
CzarnaEmma
Użytkownik zbanowany
Posty: 59

Żołnierz wyklęty

Post#4 » 11 lis 2017, o 19:29

Przepiękny klimat i wykonanie!
Tylko nie radzę żadnych sprytnych sztuczek z alarmem. To niezdrowe.

witka
magiczna kosa
magiczna kosa
Posty: 588

Żołnierz wyklęty

Post#5 » 11 lis 2017, o 19:32

Coś przemilczanego, masowa prawda.

Awatar użytkownika
Marian
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 261

Żołnierz wyklęty

Post#6 » 11 lis 2017, o 19:37

CzarnaEmma pisze:Przepiękny klimat i wykonanie!


Och! Jak miło. :smile:

Dodano po 2 minutach 48 sekundach:
witka pisze:Coś przemilczanego, masowa prawda.


Dziękuję za ponowne odwiedziny i za komentarz.
Pozdrawiam serdecznie.

Awatar użytkownika
nebbia
Autor miesiąca
Posty: 186

Żołnierz wyklęty

Post#7 » 11 lis 2017, o 21:43

Podobne historie opowiadała babcia, niegdyś tylko półgłosem i w wąskim zaufanym gronie,
Byłam za mała by być do niego dopuszczoną, a jednak to i owo usłyszałam.
Marianie, świetny tekst, napisany w Twoim stylu, to znaczy słowa toczą się harmonijnie, barwnie, zatrzymując i wciągając czytelnika do... ostatniej kropki.
Czekam na kolejne interesujące opowieści.

Serdecznie, bardzo :)
nebbia

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4265

Żołnierz wyklęty

Post#8 » 12 lis 2017, o 11:29

Chapeau bas, Marianie, twoja proza jest zawsze bardzo dobra, czasem aż słów brakuje, by skomentować dłużej, a chciałoby się zostawić coś więcej niż parę słów. I tym razem również tego nie potrafię, więc tylko napiszę, że bardzo dobry tekst. Świetna puenta.

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1390

Żołnierz wyklęty

Post#9 » 12 lis 2017, o 12:18

Przypuszczam, że po wojnie wiele było takich historii. W przypadku mojej rodziny odrobinę inaczej się to potoczyło. Prababcia nie czekała na pradziadka tylko z nowonarodzonym nad Świtezią synem wyjechała na ziemie odzyskane. Gdyby poczekała niechybnie dołączyła by do męża "pracującego dla dobra ZSRS na Uralu", skazanego za pobyt w lesie na dziesięć lat ciężkich robót.
Pradziadek po zakończeniu wyroku odnalazł ich w Polsce, choć mógł wrócić do reszty rodziny (swojego rodzeństwa pozostałego za Bugiem). Dano mu wybór.
Tekst sam w sobie ujął mnie swoją historią, jedynym co bym zmienił jest tytuł, ponieważ żołnierze wyklęci to przestępcy tacy jak Józef "Ogień" Kuraś, będący zwykłymi uzbrojonymi bandytami, a żołnierze walczący z nową władzą, nazywa się Niezłomnymi, bonieważ nie złożyli po wojnie broni.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
Marian
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 261

Żołnierz wyklęty

Post#10 » 12 lis 2017, o 18:22

nebbia pisze:Podobne historie opowiadała babcia, niegdyś tylko półgłosem i w wąskim zaufanym gronie,
Byłam za mała by być do niego dopuszczoną, a jednak to i owo usłyszałam.
Marianie, świetny tekst, napisany w Twoim stylu, to znaczy słowa toczą się harmonijnie, barwnie, zatrzymując i wciągając czytelnika do... ostatniej kropki.
Czekam na kolejne interesujące opowieści.

Serdecznie, bardzo :)
nebbia


Dziękuję Ci Wielbicielko Wysokich Wież Krakowa za odwiedziny i miły komentarz.
Takie opowieści słyszało się tylko gdzieś z ukrycia.
Pozdrawiam.

Dodano po 3 minutach 20 sekundach:
Camenne pisze:Chapeau bas, Marianie, twoja proza jest zawsze bardzo dobra, czasem aż słów brakuje, by skomentować dłużej, a chciałoby się zostawić coś więcej niż parę słów. I tym razem również tego nie potrafię, więc tylko napiszę, że bardzo dobry tekst. Świetna puenta.


Dziękuję Ci za przeczytanie mojego opowiadanka. Miło mi, że Ci się podobało.
Nie trzeba wielu słów, żeby powiedzieć coś miłego.
Pozdrawiam :smile:

Dodano po 6 minutach 27 sekundach:
DuralT pisze:Przypuszczam, że po wojnie wiele było takich historii. W przypadku mojej rodziny odrobinę inaczej się to potoczyło. Prababcia nie czekała na pradziadka tylko z nowonarodzonym nad Świtezią synem wyjechała na ziemie odzyskane. Gdyby poczekała niechybnie dołączyła by do męża "pracującego dla dobra ZSRS na Uralu", skazanego za pobyt w lesie na dziesięć lat ciężkich robót.
Pradziadek po zakończeniu wyroku odnalazł ich w Polsce, choć mógł wrócić do reszty rodziny (swojego rodzeństwa pozostałego za Bugiem). Dano mu wybór.
Tekst sam w sobie ujął mnie swoją historią, jedynym co bym zmienił jest tytuł, ponieważ żołnierze wyklęci to przestępcy tacy jak Józef "Ogień" Kuraś, będący zwykłymi uzbrojonymi bandytami, a żołnierze walczący z nową władzą, nazywa się Niezłomnymi, bonieważ nie złożyli po wojnie broni.


Dziękuję Ci za odwiedziny i za obszerny komentarz.
Jak widać, różnie toczyły się losy ludzi w tamtych czasach, bo i sytuacje bywały różne.
Pozdrawiam serdecznie.

Wróć do „Proza obyczajowa”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości