Nowy użytkowniku - daj się poznać, przywitaj się!

Proza i Poezja października - plebiscyt na najlepszy tekst miesiąca

Pojedynek nr 5: Monivrian vs Lady_Elinore

Wyzwij lub zostań wyzwany do literackiego pojedynku.

Głosuję na:

Czas głosowania minął 31 sty 2014, o 17:41

Tekst A
0
Brak głosów
Tekst B
4
100%
 
Liczba głosów: 4

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1810
Wiek: 25

Pojedynek nr 5: Monivrian vs Lady_Elinore

Post#1 » 16 gru 2013, o 23:34

Długość: minimalnie 25 000 znaków
Temat: Władca Ciemności
Gatunek: Fantasy, dark fantasy
Dodatkowe warunki: elf z blizną na twarzy, drow, zdrada i zdrajca, tekst na poważnie, narracja pierwszoosobowa
Słowa klucze: szaleństwo, mrok, krasnolud
Termin nadsyłania prac: 16 stycznia 2014r.
Po prostu robię za zły charakter.

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1810
Wiek: 25

Pojedynek nr 5: Monivrian vs. Lady Elinore

Post#2 » 17 sty 2014, o 17:38

TEKST A

Tekst zawiera wulgaaryzmy

[center]Służąc ciemności[/center]

Pole bitwy było usiane pokrwawionymi i okaleczonymi ciałami poległych, do których już zaczęły się zlatywać chmary kruków i innych padlinożernych ptaków. Ich ochrypłe krakanie i skrzeczenie budziły we mnie irytację przemieszaną z lekkim strachem. Czułam unoszący się w powietrzu mdły odór krwi i śmierci. Przywierał do odzieży i skóry, niczym lepka pajęczyna.
W oddali wojownicy przeczesywali pole bitwy w poszukiwaniu rannych, którym można było wciąż jeszcze pomóc, choć szczerze wątpiłam w celowość tych czynności. Wędrowałam wokół pobojowiska w towarzystwie czterech najbardziej zaufanych wojowników: dwóch orków, człowieka i drowa o imieniu, Morgfeyt. Miałam nadzieję, że zdołam odnaleźć pozostałych przy życiu elfów, krasnoludów, ludzi i morvalatów z wrogiej armii Sprzymierzonych, z których dałoby się wyciągnąć informacje o słabych punktach obrony ich twierdz, które mój władca mógłby wykorzystać w nadchodzących bitwach. Przyglądałam się zastygłym w wyrazie, strachu i cierpienia twarzom zabitych wrogów bez większych emocji. Widziałam również zwłoki poległych wojowników armii ciemności. Choć bitwa zakończyła się miażdżącym zwycięstwem sił mroku, również ponieśliśmy ogromne straty. Zbyt dobrze wiedziałam, że Władca Ciemności, Argderion nie będzie zadowolony z tej wieści. Jednak, teraz skupiałam się nad znalezieniu rannych i w ogóle, nie myślałam nad czekających mnie konsekwencjach.
Ostrożnie obeszłam szczątki strzaskanych mieczy, toporów i tarcz w bezładzie walających się po zroszonej krwią trawiastej ziemi. Pancerne trzewiki ślizgały się po czerwonym od posoki, błotnistym gruncie. Przechodząc koło leżącego w kałuży krwi krasnoluda, usłyszałam cichy, urywany jęk. Odwróciłam się gwałtownie w tamtą stronę.
– Przeszukajcie tę okolicę – rozkazałam twardo orkom, drowowi i człowiekowi.
Nim zdążyli wykonać moje polecenie, z nad stosu trupów podnieśli się elf, krasnolud i morvalat. Byłam kompletnie zdziwiona, gdy dostrzegłam, że ich ciała pokrywały tylko lekkie ranki i zadrapani. Najwyraźniej zaszyli się między trupami pod koniec bitwy i czekali na odpowiedni moment, by zaatakować mnie i, towarzyszących mi, czwórkę przybocznych. Nie odczułam strachu, lecz pewną satysfakcję, że zdołałam znaleźć trzy osoby z wrogiej armii, którzy przeżyli bitwę. Uśmiechnęłam się okrutnie, kładąc dłoń na rękojeści miecza.
– Nie zabijajcie ich, tylko obezwładnijcie. Nasz pan chce mieć ich żywych!
Orkowie i człowiek nie wahali się ani chwili. Z wściekłym wrzaskiem ruszyli na elfa, morvalata i krasnoluda, dobywając broni. Obserwowałam wszystko bardzo uważnie. Krasnolud wysunął się naprzeciw pędzącym orkom, trzymając w pogotowiu ogromny topór o dwóch ostrzach. Podbiegł na spotkanie orków. W powietrzu rozległ się nieprzyjemny dla uszu zgrzyt spotykających się ze sobą ostrzy. Niska istota uderzyła pierwszego orka w brzuch, a drugiego – w kark, zabijając tego drugiego na miejscu. Długa, biała broda związana w fantazyjny warkocz falowała przy każdym ruchu krasnoluda. Wkrótce i człowiek zakończył swój żywot z ostrzem topora wbitym pod żebra.
Elf i morvalat również szybko włączyli się do walki. Smukły elf o długich brązowych włosach, wymierzył łuk w stronę stojącego przy mnie drowa. Białowłosy mężczyzna odziany w płytową zbroję, w odcieniu niewiele odcinającym się od barwy jego skóry, uśmiechnął się pogardliwie. Dobył miecza i szybko znalazł się przy ostrouchym, nim ten zdążył wypuścić z palców strzałę. Mroczny elf złamał łuk potężnym uderzeniem klingi, po czym ogłuszył jasnego elfa silnym ciosem w czoło głowicą brzeszczotu. Obezwładniony przeciwnik zaczął osuwać się na ziemię. Drow bez większych trudności podtrzymał upadające ciało. Skrępował ręce nieprzytomnemu jeńcowi.
– Hej! Zostaw mego przyjaciela, pierdolony czarnuchu! – krzyknął rozwścieczony krasnolud, szarżując na Morgfeyta.
Niezbyt zadowolona z obrotu sytuacji, pokręciłam z politowaniem głową. Dobyłam miecza i ruszyłam pomóc mrocznemu elfowi. Jednak nie zdołałam do niego dobiec. Zdążyłam zrobić tylko dwa kroki, nim drogę zastąpił mi morvalat uzbrojony w dwa miecze. Na jego pięknej przystojnej twarzy malował się gniew, a czerwone oczy lśniły groźnym, drapieżnym blaskiem. Zrobiło mi się zimno, gdy poczułam na sobie, przepełniony furią i nienawiścią, wzrok morvalata.
– Przeklęty sługus norliendmorów! – wycedził przez zęby, zbliżając się coraz bardziej w moją stronę. – Twój pan dziś ci nie pomoże, parszywy mieszańcu! Suko! Zginiesz!
Jedyną moją reakcją na te obelgi było znudzone, lekceważące ziewnięcie. Ubliżano mi w ten sposób już wielokrotnie i bardziej czułam się przez to znudzona niż obrażona. Z pogardliwym uśmiechem, podeszłam do morvalata.
– Co ty nie powiesz? – spytałam z pogardą. – Zdajesz sobie sprawę, ileż razy słyszałam podobną śpiewkę pod moim adresem? Wybacz, ale, nie czuję się obrażona twoimi epitetami, tylko znudzona i rozbawiona. Jednak, w jednym masz rację: jestem mieszańcem! Półmorvalatem, półdrowem! – zaśmiałam się lekko.
Kątem oka dostrzegłam, że spora część armii ciemności, zaniepokojona szczękiem mieczy i innymi odgłosami potyczki, zaczęli się zbiegać w to miejsce z najdalszych zakątków pola bitwy. Otoczyli ciasnym kręgiem mnie, walczącego z krasnoludem, drowa oraz pozostałych upatrzonych jeńców. Widząc swych wiernych wojowników, czekających cierpliwie na moje rozkazy, poczułam się pewniej. Ogarnęło mnie błogie poczucie bezpieczeństwa i siły, czego nie dało się powiedzieć o szykującym się do walki morvalacie. Rozglądał się nerwowo po twarzach orków, drowów, morvalatów, ludzi, elfów, krasnoludów i duergarów, daremnie szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki. Tracił grunt pod nogami, a wraz z nim jakąkolwiek nadzieję ocalenia. Czułam to po nim wręcz namacalnie. Uśmiechnęłam się okrutnie, zbliżając się do mężczyzny.
– Masz jeszcze czas, żeby się poddać bez walki – powiedziałam cicho, niemal zapraszająco. – Oszczędzisz sobie cierpienia, jeżeli mnie posłuchasz. Jesteś otoczony i nie masz, dokąd uciec. Wszędzie są moi żołnierze.
Morvalat zmrużył oczy, mierząc mnie twardym, bezlitosnym spojrzeniem. Skierował czubek miecza w moją stronę.
– Jesteś jego najlepszym generałem, Monirdvyntar – powiedział cicho, wypowiadając moje imię ze skrajną pogardą i nienawiścią. – Sądzę, że utrata tak dobrego przywódcy jak ty, będzie dla Argderiona bardzo bolesna! – Z tymi słowami rzucił się na mnie z wyciągniętymi mieczami.
Kompletnie zaskoczona tak niefortunnym obrotem sprawy i desperacją morvalata, z trudem sparowałam cios. Przed kolejnym cięciem uchyliłam się gwałtownie. Ostrze jedynie musnęło mnie niegroźnie w ramię. Półklęcząc na błotnistej ziemi, z całych sił wbiłam miecz w nogę morvalata. Choć jego skóra była twarda, niczym smocza łuska, zdołałam się przez nią przebić. Z rany trysnęła gorąca, trująca krew, a z ust przeciwnika dobyło się jedynie słabe jęknięcie bólu. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie przemieszanie z wściekłością. Nie czekałam, aż upatrzony jeniec dojdzie do siebie i uderzyłam ponownie. Morvalat jeszcze próbował niezdarnie sparować atak, wytrąciłam mu miecz ręki. Rozbroiłam morvalata bez większych problemów. Poraniony mężczyzna legł u stóp, czekających na moje rozkazy, wojowników. Morvalat z trudem uniósł się na łokciu i splunął mi pod nogi śliną przemieszaną z krwią.
– Dobij mnie, jeżeli masz na tyle odwagi, Monirdvyntar! – wycedził wyzywająco. – Nigdy niczego nie zdradzę norliendmorowi!
Nawet nie spojrzałam już w jego stronę. Zwróciłam się do żołnierzy. Z uśmiechem zauważyłam, że krasnolud również został już unieszkodliwiony i właśnie krępowano mu ręce. Mroczny elf wyglądał na wielce zadowolonego z wygranej potyczki i właśnie szedł w moją stronę, by znów stanąć u mego boku. Uśmiechnęłam się pod nosem, gdyż Morgfeyt był moim zaufanym przybocznym. Jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.
– Zwiążcie jeńców i zabierzcie do obozu, Jutro rano wracamy do Morveltiornu.
Wojownicy wykonali moje rozkazy skrupulatnie i bezlitośnie. Jeńcy próbowali się jeszcze opierać, kiedy siłą wleczono ich w stronę obozu. Morvalat rzucił mi ostatnie nienawistne spojrzenie, nim go zabrano.
Odetchnęłam głęboko, ocierając pot z czoła. Czułam się zmęczona, lecz jednocześnie zadowolona. Udało mi się pochwycić trzech jeńców, którzy być może staną się użyteczni w niedalekiej przyszłości. Taką przynajmniej miałam nadzieję.
Morgfeyt z uśmiechem pokłonił się nisko.
– Dopilnuj, by więźniowie byli pod stałą strażą. Jeżeli uciekną, ktoś za to zapłaci głową.
Drow skinął głową na znak, że zrozumiał rozkaz.
– Oczywiście, generał Monirdvyntar, wszystkiego dopilnuję. Osobiście wyznaczę odpowiednich ludzi do tego zadania.
– Doskonale. Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć, Morgfeyt. Możesz odejść.
Drow ukłonił się z szacunkiem, po czym udał się w stronę obozu wraz z resztą armii ciemności. Przez chwilę zostałam zupełnie sama na pobojowisku.
– Spisałaś się bardzo dobrze, generał Monirdvyntar – zaszemrał chłodny, aksamitny głos tuż za moimi plecami. – Jednakże, popełniłaś wiele błędnych decyzji w trakcie bitwy, które kosztowało życiem wielu żołnierzy, których pozostawiłem pod twoimi rozkazami.
Zatrzymałam się w pół kroku. Odwróciłam się powoli w stronę, skąd dobiegł ten głos. Przed sobą ujrzałam wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu i zbroi, którego otaczała mroczna poświata, budząca w wielu istotach paraliżujący strach przemieszany z bezsilną rozpaczą. Rozpoznałam tego jegomościa bez żadnego problemu, gdyż wielokrotnie widziałam się z nim w cztery oczy. Miałam przed sobą Władcę Ciemności, Argderiona – największego skurwysyna, jakiego kiedykolwiek nosiła Nergvateria. Nogi momentalnie ugięły się pode mną; osunęłam się na kolana, poddańczo spuszczając głowę.
– Panie... – wyszeptałam pokornie. – Nie sądziłam, że przybędziesz. Jak widzisz, odnieśliśmy miażdżące zwycięstwo nad siłami Sprzymierzonych, choć okupiliśmy to, niewątpliwie, wielkimi stratami w szeregach naszych wojsk. Jednakże, siły naszych wrogów zostały mocniej nadszarpnięte i długo się nie pozbierają po miażdżącej klęsce, jaką im zadałam!
Władca Ciemności postąpił kilka kroków w moją stronę. Jego srebrne włosy powiewały na wietrze, który nagle się zerwał. Klęczałam w kompletnym bezruchu, czując jak chłód muska moje ciało, wślizgując się między kółka kolczugi i odzież. Czułam również palący zalążek strachu przemieszany z niepewnością dotyczącą mego losu. Władca Ciemności nie był zadowolony z poniesionych przeze mnie strat, wiedziałam o tym. Czułam nerwowe kołatanie serca w piersi. Odetchnęłam głęboko; zamaskowałam wszelkie emocje, udając spokojną i opanowaną. Nie chciałam, by norliendmor zauważył, że się denerwuję. Mroczny Lord zatrzymał się metr przede mną. Srebrzyste pasemko włosów opadło mu na twarz; odgarnął je niedbałym ruchem ręki, odsłaniając przy tym szerokie, wydłużone spiczaste ucho ozdobione dwoma malutkimi szpikulcami z boku. W czerwonych oczach Argderiona czaiła się ogromna moc i szaleństwo. Tak, Pan Ciemności był szaleńcem i często to ukazywał podczas przesłuchiwania jeńców. Wiedziałam o tym, gdyż wielokrotnie byłam obecna w salach tortur, podczas łamania i zmuszania więźniów do wyjawiania ważnych dla Sprzymierzonych sekretów. Zmarszczył brwi i z niezadowoleniem pokręcił głową.
– Wstań – powiedział sucho. – Nie musisz klękać za każdym razem, kiedy jestem w pobliżu. To nudne…
Zaskoczona i zmieszana tymi słowami, podniosłam się z ziemi, po żołniersku kładąc zaciśniętą pięść na wysokości piersi. Pochyliłam głowę z szacunkiem.
– Jak sobie życzysz, lordzie – szepnęłam.
Argderion przyjrzał się mojej twarzy spod przymrużonych oczu. Blade wargi wygięły się w lekkim, pobłażliwym uśmiechu. Szybkim krokiem znalazł się przy mnie. Poczułam jego palce przesuwające się delikatnie po moim policzku.
– Moja mała… czuję twój strach – wyszeptał, unosząc mą twarz za podbródek. Zmusił mnie, bym spojrzała mu w oczy. Mimowolnie rozluźniłam się. – Nie masz, czego się bać, Monirdvyntar, ponieważ jestem z ciebie zadowolony. Zapewniłaś nam zwycięstwo, a ponadto pochwyciłaś trzech jeńców, którzy mogą mieć nam parę rzeczy do powiedzenia. Jednakże, na przyszłość podejmuj decyzje z większą rozwagą i ostrożnością. Pozwoliłaś, by zginęło zbyt wielu naszych żołnierzy. Dziś przymknę na to oko, lecz następnym razem już nie będę tak wyrozumiały – mówił łagodnie, lecz w jego głosie dźwięczała stal.
– Dziękuję, panie – odpowiedziałam. – Wezmę sobie do serca to ostrzeżenie i będę przy następnych bitwach ostrożniejsza.
– Liczę na ciebie, Monirdvyntar. Jesteś moim najlepszym generałem i pokładam w tobie ogromne nadzieje. Nie zawiedź mnie.
– Dam z siebie wszystko, byś był zadowolony, panie.
Blade wargi Władcy Ciemności wygięły się w zadowolonym uśmiechu.
– Cieszy mnie to, pani generał. A teraz przekaż żołnierzom, że za godzinę mają być gotowi do drogi. Wracamy bezzwłocznie do Morveltiornu.
[center]~*~[/center]
Zamoczyłam miękką, jedwabną szmatkę w wodzie ze stojącej na taborecie misy. Starannie przemywałam ramiona, plecy i szyję z bitewnych brudów. Chłodna, niemalże zimna woda działała pobudzająco na moje zmęczone i obolałe ciało. Poczułam się znacznie lepiej, chociaż nadal byłam ogromnie wyczerpana po ciężkiej walce i prawie dwugodzinnej wędrówce do stolicy królestwa ciemności, Morveltiornu. Teraz z radością powitałam chłodny, ponury wystrój swojej rozległej, wygodnej komnaty. Cieszyłam się możliwości zdjęcia pancerza i zmycia z siebie pyłu, krwi i potu.
Włożyłam na nagie ciało luźną, sięgającą do kostek koszulę nocną i spojrzałam krytycznie w lustro. Przed sobą widziałam wysoką ciemnoskórą półdrowkę, półmorvalatkę o długich srebrzysto-popielatych włosach, których pukle swobodnie opadały na ramiona i plecy. Lekko spiczaste uszy, niewiele większe od elfich wystawały lekko spod kosmyków. Przyjrzałam się uważnie ładnej twarzy o twardych rysach i czerwonych oczach, pod którymi pojawiły się cienie. Były podkrążone, lśniło w nich wyczerpane, które objawiało się również bladością twarzy. Wiedziałam, że potrzebowałam, co najmniej trzech godzin, by się zregenerować po pracowitym dniu. Przepełnionym wydawaniem i otrzymywaniem rozkazów, pełnymi wrogich spojrzeń, słów i rozlewem krwi.
Przynajmniej władca nie ukarał mnie za utratę licznych żołnierzy podczas bitwy – stwierdziłam w myślach, na siłę próbując znaleźć jakiś pozytywny aspekt.
Uśmiechnęłam się słabo do własnego odbicia, po czym odwróciłam się od lustra. Dostrzegłam, że za oknem już zapadł mrok, który słabo oświetlała jedynie srebrzysta tarcza księżyca. Ziewnęłam przeciągle, ostrożnie rozciągając napięte, obolałe mięśnie. Szybkim krokiem podeszłam do miękkiego, zasnute ciemną kotarą, łoża. Materac i pościel przyjemnie ugięły się pod moim ciężarem. Zamknęłam oczy i gdy już miałam zapaść w sen, rozległo się silne pukanie do drzwi. Rozdrażniona uniosłam powieki.
– Wejść! – wymamrotałam słabym głosem.
Proste, wykonane z ciemnego, cisowego drewna, drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem. W progu komnaty zobaczyłam Argderiona stojącego w całkowitym milczeniu. Popatrzył w moją stronę z jakimś dziwnym, nieokreślonym spojrzeniem. Szybko zerwałam się z łóżka, składając mu żołnierski ukłon. Czułam, że policzki płoną mi ze wstydu z powodu okazałego nietaktu. Władca zastał mnie całkiem nieprzygotowaną na jego wizytę, szykującą się do snu i mającą na sobie tylko lekką koszulę nocną.
– Witaj, panie – powiedziałam cicho. – Wybacz mój wygląd, nie spodziewałam się, że jeszcze się zobaczymy tego wieczora.
Władca Ciemności uśmiechnął się pobłażliwie. Z jego warg dobył się łagodny, przyjemny, może nawet z odrobinę wesoły śmiech.
– Możesz usiąść, Monirdvyntar, wybaczam ci nieprzygotowanie – powiedział cicho. – Przecież, widzę, że jesteś zmęczona.
Kompletnie zaskoczona wyrozumiałością Argderiona, usiadłam na łóżku bez słowa sprzeciwu. Władca Ciemności swobodnie zajął miejsce obok mnie, jakby między nami nie było żadnego dystansu, jaki istniał między panem, a sługą. W tej chwili wydawał mi się taki zwyczajny, ludzki, choć postać norliendmora okalała mroczna poświata. Nie przeszkadzała mi ona, choć kiedyś, w pierwszych dniach służby u Pana Ciemności, budziła we mnie paraliżujący strach. Teraz ledwie zwracałam na nią uwagę.
– Więźniowie się już wygadali, panie? – spytałam nieśmiało.
– To trochę potrwa – odpowiedział z lekkim uśmiechem Argderion. – Nawet jeszcze nie zacząłem ich przesłuchiwać, bo czekam z tym na ciebie, Monirdvyntar.
Zmierzyłam władcę niepewnym, zmieszanym wzrokiem, kompletnie zdumiona i przerażona tymi słowami. Nienawidziłam uczestniczyć przy torturowaniu więźniów, lecz wiedziałam, że nie mogłam odmówić. Po jego tonie mogłam łatwo poznać, że to nie była prośba, lecz rozkaz. Wolałam nie kwestionować żądań Argderiona, gdyż nie chciałam odczuć jego gniewu na własnej skórze. Mieszkałam w Morveltiornie na tyle długo, że w pełni zrozumiałam subtelne gierki i dworskie intrygi. Bardzo wielu dworzan i niżej ode mnie postawionych generałów niecierpliwie czekało, aż powinie mi się noga. W stolicy ciemności było łatwo wznieść się na sam szczyt, jak również upaść na samo dno w przeciągu jednego dnia. To wszystko zależało jedynie od kaprysów i humorów norliendmora. Wiedziałam, że niezależnie od mojego samopoczucia, musiałam być na jego każde wezwanie. Zwłaszcza, że wciąż wiązał mnie z nim dług życia, zaciągnięty w dniu, w którym jego żołdacy mnie uratowali. Po chwili odetchnęłam głęboko i odpowiedziałam z szacunkiem.
– Rozumiem, że mam znów uczestniczyć przy przesłuchiwaniu jeńców, panie? Jeżeli tak, jestem gotowa w każdej chwili.
– Moja droga, chcę żebyś w nich uczestniczyła, jako najwyższy generał moich wojsk, do którego mam ogromne zaufanie. Jestem zadowolony z twoich postępów. Dzięki tobie wygraliśmy wszystkie bitwy i zdobyliśmy ważniejsze przyczółki Sprzymierzonych. Bez ciebie z pewnością nie osiągnąłbym takiego sukcesu. Dlatego też, pragnę żebyś dowiadywała się o ważnych sprawach w pierwszej kolejności.
– Cieszę się, że pokładasz we mnie wielkie nadzieję, panie. Nie zawiodę cię. Będę się starała służyć ci najlepiej i najwierniej, jak tylko potrafię. Zwłaszcza, że zawdzięczam ci życie.
Argderion przez chwilę patrzył na mnie w całkowitym milczeniu, zmrużył lekko oczy.
– Upłynęły zaledwie cztery lata odkąd zaciągnęłaś u mnie dług życia, Monirdvyntar. Służyłaś mi przez cały ten czas pięknie, wiernie, najlepiej jak tylko potrafiłaś. I nie zawiodłaś mnie ani razu, nie licząc dzisiejszego drobnego potknięcia. Wspięłaś się na sam szczyt w bardzo krótkim czasie, strącając, przy okazji, z piedestału mego poprzedniego najwyższego generała. To imponujące. Jeszcze nikomu innemu to się nie udało.
Nie odpowiedziałam na początku. Pamiętałam zbyt dobrze tamten dzień i swoją smutną przeszłość. Byłam córką Morgtherona, lorda regenta drowów z jaskiń Morgtiverg i morvalackiej niewolnicy. Umarła przy ciężkim porodzie, wydając mnie na świat. Od najmłodszych lat byłam poddana surowemu wychowaniu i uczona walki bronią i magią. Ojciec miał wielkie plany wobec mnie. Liczył, że obejmę tron po jego śmierci. Lecz miałam zupełnie inne plany, co do własnej przyszłości. Uciekłam z grot i zaczęłam szukać szczęścia w innych częściach Nargvetarii. Jednak Morgtheron odnalazł mnie już miesiąc po mojej ucieczce. Drowy z Morgtiverg były wyjątkowo okrutnym szczepem mrocznych elfów, kierujące się własnymi zwyczajami i bezlitosnym prawem. Nigdy nie wybaczały samowolki i zdrady. Za złamanie ich prawa była tylko jedna kara – śmierć. Drowy dopadły mnie na granicy Morveltiornu i zadały liczne, głębokie, bolesne rany, bym konała w mękach, wykrwawiając się powoli. Pozostawili mnie potem własnemu losowi. Gdy leżałam półżywa w trawie, znaleźli mnie żołnierze Władcy Ciemności i zabrali do miasta. Leczono moje rany bardzo długo, a kiedy odzyskałam pełnię sił, Argderion zażądał zapłaty za ocalenie mi życia. Od tamtej pory musiałam mu służyć. W miarę upływu czasu, nawet nie zauważałam, że wspinałam się z każdym miesiącem na coraz wyższą pozycję wśród sług ciemności. Nie zwracałam nawet uwagi na to, że generałowie władcy patrzą na mnie z coraz większą nienawiścią. W głębi serca nie żałowałam podjętych w przeszłości decyzji i zupełnie nie wiedziałam, co uczynię, gdy spłacę dług do końca.
Niespodziewanie poczułam na ramieniu ciepłą dłoń norliendmora i, że całe zmęczenie nagle zniknęło z mego ciała. Byłam znów w pełni sił. Oderwałam się od rozmyślań o przeszłości i ponownie spojrzałam na Argderiona. Władca Ciemności uśmiechnął się lekko, nieco drwiąco.
– Nie ma sensu rozważać nad przeszłością i przyszłością, Monirdvyntar. Skup się na teraźniejszości. Pamiętaj, że nadal masz wobec mnie niewypełnione zobowiązanie. Dopiero, kiedy je spłacisz, będziesz mogła zdecydować, czy chcesz mi dalej służyć czy odejdziesz. Nie wcześniej – powiedział chłodno Władca Ciemności, a w jego głosie zabrzmiał jedwab przepleciony stalą. – Ubieraj się. Chcę cię widzieć w salach tortur za dziesięć minut.
Po tych słowach wstał i opuścił moją komnatę.
Przez chwilę siedziałam na łóżku w całkowitym bezruchu, patrząc z niemrawą minom w podłogę. W końcu, westchnęłam ciężko i zaczęłam wkładać na siebie luźną tunikę, kolczugę z mithrilu i skórzane spodnie.
[center]~*~[/center]
– Widzę, że los znowu okazał się dla ciebie nad wyraz łaskawy, generał Monirdvyntar. Cieszę się, że znów widzę cię żywą. – Usłyszałam za plecami melodyjny głos pobrzmiewający pogardą i marnie zakamuflowaną nienawiścią.
Niechętnie odwróciłam się od okutych żelazem drzwi do katowni. Przede mną stał wysoki smukły elf wysokiego rodu o długich sięgających do ramion brązowych włosach. Jego ciało okrywała prosta, ciemna tunika i spodnie. Rozpoznałam również generalski purpurowy płaszcz opadający na ramiona mężczyzny. Bez problemu rozpoznałam byłego najwyższego generała armii mroku, Morgfara.
Ogromna brunatna blizna sięgająca od prawej strony czoła, aż do lewego podbródka szpeciła piękną twarz elfa. Ową szramę otrzymał z rąk władcy morvalatów, Mortegarda w trakcie bitwy, w której legiony ciemności poniosły druzgoczącą klęskę. Pamiętałam dobrze tamten dzień, ponieważ, kiedy Morgfar został ranny, przejęłam dowództwo nad resztkami armii. Z niemałym trudem wyprowadziłam wojowników ze śmiertelnej pułapki, wykańczając przy okazji licznych morvalatów, elfów, krasnoludów i ludzi, próbujących zablokować drogę. Kiedy wieści o klęsce dotarły do Morveltiornu, Władca Ciemności wpadł w szał i skazał Morgfara na trzy tygodnie okrutnych tortur, a mnie uczynił najwyższym generałem.
Upokorzony elf od tamtej pory zapałał do mnie ogromną nienawiścią i bezowocnie czekał, aż popełnię jakiś błąd. Po wielu wzajemnych złośliwościach i obraźliwych słowach, szybko zrozumiałam, że Morgfara najbardziej doprowadzali do szału uprzejmi wrogowie. Spojrzałam spokojnie w zimne, zielone oczy elfa i wygięłam wargi w życzliwym uśmieszku.
– Lepiej przyznaj, Morgfarze, że jednak nie cieszysz się tym, że wciąż żyję – odpowiedziałam spokojnie. – Bardzo liczyłeś na to, że któryś z Sprzymierzonych zada mi śmierć podczas bitwy. Czujesz się zawiedziony. Znam cię na wylot, elfie i nie oszukasz mnie słodkimi słówkami. Nadal nie możesz przeboleć, że nie jesteś już najwyższym generałem Morveltiornu. Może będzie lepiej, jak w końcu się z tym pogodzisz?
Jedyną oznaką wściekłości generała było drżenie warg i kurczowo zaciśnięte pięści, dłonie. Po chwili opanował się i spojrzał na mnie wyniośle. Już nie krył się z pogardą i nienawiścią. W jego oczach było coś jeszcze; mrocznego i przerażającego, lecz nie przejęłam się tym w ogóle. Zignorowałam to. Byłam pewna, że dawny najwyższy generał nie ośmieli się mnie zaatakować. Elf złożył przede mną drwiący ukłon.
– Myślisz, że łatwo mi przełknąć świadomość tego, że parszywy mieszanie drowa i morvalata jest wyżej postawiony ode mnie i może tak po prostu wydawać mi rozkazy, dziwko? – spytał elf jadowitym tonem.
Z mej twarzy momentalnie zniknął miły, życzliwy uśmiech. Przez chwilę poczułam się mocno dotknięta, jakby Morgfar j napluł mi prosto w twarz. W następnej chwili poczułam palący gniew i zrobiło mi się gorąco w gardle i w żołądku.
– Panuj nad językiem, elfie – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – Nie zapominaj, że jako twoja przełożona mam nad tobą całkowitą władzę i mogę wymierzyć ci karę adekwatną do winy. Władca nawet się nie przejmie, jeżeli zabiję cię tu i teraz.
Jednakże na elfie wysokiego rodu moje słowa nie zrobiły żadnego wrażenia. Jedynie pusty, drwiący śmiech. Nagle znalazł się tuż przy mnie. Prawie ocierał się o moje ciało. Nim zdążyłam zareagować, Morgfar złapał mnie wpół i przyciągnął do piersi. Poczułam na wargach brutalny pocałunek, który zaparł mi dech w piersiach. Próbowałam się wyszarpnąć z uścisku napastnika, lecz zostałam brutalnie przyparta do ściany. Morgfar nie przerywając pocałunku, wsunął mi dłonie pod tunikę i począł dotykać piersi i brzucha. Z mych warg wyrwał się stłumiony jęk zaskoczenia. Zadygotałam. Poczułam zimno w dole brzucha, a na skórę wstąpił pot. Morgfar na chwilę oderwał się od moich warg i uważnie popatrzył mi w oczy. Uśmiechnął się obleśnie.
– Podoba ci się? – spytał bezczelnym tonem. – Możesz zacząć się bać, Monirdvyntar, to dopiero początek zabawy.
Przez chwilę ogarnął mnie paniczny strach, gdy zrozumiałam, do czego tak naprawdę dążył zhańbiony elf wysokiego rodu. Nienawidził mnie, ale jednocześnie pożądał. Zachowałam zimną krew i podjęłam kolejne próby wydostania się z niekomfortowej sytuacji. Kopnęłam napastnika z całej siły w krocze. Morgfar sapnął ciężko z zaskoczenia i bólu. Puścił mnie na chwilę i cofnął się gwałtownie o kilka kroków, rozmasowując dłonią miejsce ciosu.
– No proszę, proszę walczymy, maleńka pani generał? – spytał, uśmiechając się drapieżnie. – Podoba mi się twój upór.
Zaraz zmyję z twej twarzy ten uśmieszek i zapomnisz o pożądaniu – zagroziłam w myślach.
Szybko znalazłam się przy Morgfarze; uderzyłam go otwartą dłonią w twarz, powalając na ziemię. Następnie wielokrotnie skopałam elfa po brzuchu, boku, twarzy i kroczu. Nie dałam mu żadnej możliwości obrony. Na darmo, próbował zasłaniać głowę i twarz rękami. Miałam ochotę się śmiać, kiedy zwijał się w kłębek jak skrzywdzono szczenię. Nic nie pomogło mu w uniknięciu starannie wymierzanych ciosów. Po chwili leżał w całkowitym bezruchu. Całą twarz miał zalaną krwią. Uklęknęłam przy Morgfarze, uśmiechając się z satysfakcją. Wyjęłam z rękawa długi, wąski sztylet. Widok ostrza w mojej dłoni sprawił, że Morgfar począł drżeć niczym wystraszone dziecko. Liść na wietrze. Widok malującego się na obliczu znienawidzonego rywala strachu, sprawiał mi perwersyjną radość.
– Wykastruję cię, ścierwo – oznajmiłam złowróżbnym szeptem. – Wtedy pozbędziemy się problemu twojej chęci dokonania zemsty i ulżenia swędzącemu kutasowi. Będzie z ciebie piękny eunuch.
Elf momentalnie pobladł jeszcze bardziej, twarz miała już barwę czystej kartki papieru. W oczach przestał się jarzyć niebezpieczny blask i nienawiść. Były w nich tylko łzy przerażenia i błaganie o litość. Momentalnie zaczęłam się śmiać jak szaleniec, potęgując strach ofiary. Uniosłam ostrze do ciosu.
Nagle czyjaś potężna dłoń pochwyciła mnie brutalnie za nadgarstek. Syknęłam z bólu, a sztylet wysunął mi się z palców i upadł z brzękiem na ziemię. Odwróciłam głowę. Ujrzałam tuż przed sobą uśmiechającego się z rozbawieniem Argderiona. Powoli rozluźnił uścisk na moim nadgarstku, pozwalający mi uwolnić rękę.
– Spokojnie, Monirdvyntar. Nie warto się znęcać nad tym ścierwem. To strata cennego czasu. Nie jest godzien tego, byś marnowała na niego nerwy i energię. – Kojący głos Władcy Ciemności zdawał się uspokajać moje skołatane emocje i myśli.
Momentalnie się opanowałam. Podniosłam sztylet i schowałam go do rękawa. Kolejny raz spojrzałam na Morgfara pogardliwie. Teraz widziałam na jego twarzy ulgę i wdzięczność wobec władcy, że przyszedł mu z pomocą. Zrozumiałam, że elf był nędzną miernotą, tchórzliwie chowającą się za plecami silniejszego. Argderion nagle zaśmiał się pomniejszemu dowódcy prosto w twarz.
– Wciąż jesteś dla nas użyteczny, Morgfarze i tylko, dlatego ocaliłem twą nic niewartą skórę. Wszystko widziałem i jeżeli jeszcze raz spróbujesz tknąć Monirdvyntar zajmę się tobą osobiście – oznajmił ze wzgardą. Przez chwilę popatrzył na mnie i na niego pełnym niezadowolenia spojrzeniem. – Oboje opanujcie się i przestańcie rzucać się sobie do gardeł, jak rozwścieczone kundle! Jesteśmy w środku wojny i nie możemy dopuścić do tego, by Sprzymierzeni dowiedzieli się, że są ogromne podziały między moimi generałami. Czy to jasne?
Skinęłam w milczeniu głową, dając w ten sposób znać, że zrozumiałam, ale nie odezwałam się ani słowem. Popatrzyłam z rozbawieniem, jak Morgfar unosi się z trudem na łokciu i powoli podpełza do stóp Pana Ciemności. Jęczał z bólu przy każdym najlżejszym ruchu, prawdopodobnie połamałam mu kilka żeber. Nie spojrzał już na mnie ani razu i wiedziałam, że udało mi się go nastraszyć bardziej niż planowałam.
Mam nadzieję, że teraz będzie mnie bardziej poważać i bez buntu wykonywać rozkazy – stwierdziłam, uśmiechając się pod nosem z satysfakcją, obserwując jak rywal płaszczy się jak robal u stóp Władcy Ciemności.
– Wybacz mi, panie – powiedział stłumionym, drżącym głosem elf wysokiego rodu. – To się więcej nie powtórzy.
– Mam taką nadzieję – odparł zimno Argderion. – A teraz zejdź nam z oczu.
Morgfar potulnie podniósł się z ogromnym trudem i powoli poczłapał w swoją stronę. Po chwili zniknął mnie i Władcy Ciemności z oczu.
Westchnęłam głęboko i spojrzałam w stronę żelaznych drzwi do katowni.
Teraz przekonamy się, ileż będą warte informacje elfa, krasnoluda i morvalata – stwierdziłam wisielczo.
[center]~*~[/center]
Sala tortur była dużym pomieszczeniem, oświetlonym chybotliwym światłem siedmiu pochodni. Przekroczyłam próg, mrużąc oczy, nie mogąc przez chwilę przyzwyczaić się do panującego w katowni półmroku. Postąpiłam krok do przodu, przyglądając się wiszącym na ścianach najróżniejszym narzędziom tortur począwszy od pejczy, a skończywszy na hakach, cienkich nożach i stojącej w rogu komnaty żelaznej dziewicy.
W samym centrum komnaty, ujrzałam zakutego w mocne, magiczne kajdany, morvalata w podartych szmatach. Stał przy nim Morgfeyt; drow nachylał się nad uchem więźnia i szeptał mu do ucha jakieś nieokreślone słowa, których nie potrafiłam dosłyszeć. Po chwili morvalat skinął głową, uśmiechając się słabo. Po tym mroczny elf odstąpił od jeńca i zwrócił się do czekających na rozkazy orków.
– Podwieście trochę tego morvalackiego psa – rozkazał. – Najlepiej, żeby nie mógł dotknąć nogami ziemi. To go trochę podłamie.
Po tych słowach ruszył w moją stronę. Ukłonił się sztywno. Momentalnie uśmiechnęłam się lekko, bardzo zadowolona, że drow zadbał o wszystko.
– Spisałeś się doskonale, Morgfeyt – powiedziałam cicho. –Wiedziałam, że doskonale o wszystko zadbasz. Możesz odejść. Ja i mój pan już wszystkim się zajmiemy.
Morgfeyt sztywno skinął głową, patrząc na mnie z jakimś dziwnym, złowrogim cieniem w oczach. Nie zwróciłam na niego jednak większej uwagi, sądząc po prostu, że mroczny elf jest zmęczony. Byłam bardzo zadowolona z Morgfeyta i zamierzała go wynagrodzić, kiedy Armia Ciemności rozprawi się raz na zawsze ze Sprzymierzonymi.
– Dziękuję ci, pani generał – powiedział pokornie drow, po czym opuścił katownię.
Po chwili usłyszałam, jak drzwi zatrzaskują się za plecami mrocznego elfa. Westchnęłam głęboko, odwracając się w stronę morvalata i zajmujących się nim orków. Strażnicy właśnie podciągali więźnia do góry za pomocą łańcucha połączonego z okowami. Po chwili młodzieniec wisiał już nad sufitem nie mogąc dotknąć ziemi, choćby czubkami palców u nóg. Więzień nie wyglądał na takiego, co szybko się poddaje. Szarpnął się wściekle, próbując stawiać opór. Wyższy z orków podszedł do niego, by go z policzkować. Patrzyłam na wszystko uważnie, czując dziwny niepokój sercu. Miałam przeczucie, że morvalat coś knuł i wiedziałam, że należało zachować szczególną ostrożność. Morvalaci byli nieobliczalni.
Nagle dostrzegłam pojawiający się w czerwonych oczach jeńca dziwny blask. Nim zdołałam zareagować i ostrzec strażników, by się odsunęli, morvalat pochylił gwałtownie głowę i brutalnie wbił zęby w kark najbliższego orka. Z jego ust dobył się wrzask bólu; runął na posadzkę, wijąc się w przedśmiertelnym konwulsjach. Po chwili znieruchomiał i wiedziałam już, że zginął od morvalackiego jadu w okropnym bólu. Pozostali orkowie klęli siarczyście i złorzeczyli, machając zaciśniętymi pięściami do morvalata.
– Żałośni głupcy – powiedział cicho Argderion, stając koło mnie. – Powinni przewidzieć taką ewentualność.
Skinęłam w zamyśleniu głową.
– Gdzie są pozostali więźniowie? – spytałam cicho, dostrzegając, że w katowni był tylko morvalat.
– W celi – odparł spokojnie Argderion. – Czekają na swoją kolej. Najpierw wyciągnę wszystkie możliwe informacje od tego ścierwa. Chcę znać położenie miasta morvalatów i kryjówki Sprzymierzony. – Następnie zwrócił się do orków: – To wszystko, czego teraz od was chciałem. Możecie odejść.
Orkowie pokłonili się głęboko, po czym opuścili katownię. Po chwili zostałam sama z Argderionem i więźniem. Spojrzałam uważnie na młodego morvalata. Widziałam pełen satysfakcji uśmiech, malujący się na jego pięknej, urodziwej twarzy. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na chwilę. Mój widok sprawił, że twarz wojownika momentalnie spoważniała. Morvalat zacisnął drżące w gniewie wargi w wąską kreskę. Ponownie szarpnął rękami, na darmo próbując zerwać kajdany, lecz usłyszał tylko metaliczne pobrzękiwanie łańcuchów. Zaśmiałam się pogardliwie.
– To nic ci nie da, morvalacie – powiedziałam spokojnie. – Te kajdany są za silne, byś mógł się z nich sam uwolnić. Spokojnie. Tracisz tylko niepotrzebnie siły.
Więzień z pogardą splunął mi pod nogi. Nie zareagowałam w ogóle, tylko postawiłam krok w stronę młodzieńca. Zatrzymałam się zaledwie metr przed morvalatem, cały czas uśmiechając się życzliwie i bez strachu patrzyłam w oczy.
– Parszywy mieszaniec. Dziwka norliendmora! – wycedził przez zaciśnięte zęby, mierząc mnie pełnym nienawiści wzrokiem.
– Ciebie też miło znów widzieć, morvalacie – odpowiedziałam sarkastycznie. – Jednakże na twoim miejscu, zachowałabym więcej szacunku w obliczu mojego pana. Choć muszę przyznać, że i tak pogorszyłeś sprawę zabijając tego orka.
– Ty też masz w sobie na tyle jadu, by zabić dowolną istotę – odezwał się mężczyzna z szerokim, parszywym uśmieszkiem. – Nie zapominaj o tym, że jesteś półmorvalatem, Monirdvyntar. Nie możesz się tego wyprzeć.
– Nie jestem gryzoniem w przeciwieństwie do ciebie – wyszeptałam spokojnym tonem, nieporuszona w ogóle słowami rozmówcy.
– Wystarczy – wtrącił się nagle Władca Ciemności. – Pora przejść do przesłuchania.
– Oczywiście, panie. – Wycofałam się, pozwalając Argderionowi podejść do więźnia.
Z twarzy morvalata niemal natychmiast zniknął drwiący, pogardliwy uśmieszek ustępując miejsca autentycznemu strachowi i panice. Bezsilnie wbił wzrok w brudną, kamienną posadzkę. Wiedziałam, że butny morvalat nareszcie zrozumiał, że w starciu z Władcą Ciemności praktycznie nie miał żadnych szans. Norliendmor przez chwilę osaczał skutego jeńca, przyglądając się mu z uwagą. Zrobiło mi się słabo, gdy Argderion wygiął wargi w uśmiechu szaleńca. Dwie pary czerwonych oczu skrzyżowały się ze sobą. Źrenice morvalata momentalnie zmniejszyły się do maleńkich punkcików. Z jego gardła dobył się wrzask bólu i cierpienia, gdy norliendmor zaczął go torturować wzrokiem i mentalnymi atakami na umysł. Nie trwało to zbyt długo. Po chwili torturowany zawisł bezwładnie na łańcuchu. Srebrzyste krople potu spłynęły mu po czole i skroniach. Władca Ciemności zaśmiał się cicho, a mroczna aura otaczająca jego postać zgęstniała. Argderion dobył sztyletu, który pod wpływem jego mocy, powoli rozgrzewał się najpierw do czerwoności, a potem do bieli. Przysunął ostrze do drżącej piersi morvalata. I tam się zatrzymał.
– Nie stój bezczynnie, Monirdvyntar – powiedział do mnie znienacka Władca Ciemności. – Przepytuj go! Tortury zostaw mnie.
Skinęłam pokornie głową i ruszyłam w stronę morvalata. Kompletnie nie podobała mi się myśl, że będę musiała wziąć czynny udział w torturowaniu i łamaniu więźnia, choć byłam gotowa na tę ewentualność. Nogi miałam ciężkie, jakby na tę trudną chwilę zamieniły się w ołów. Po chwili znalazłam się zaledwie centymetr od jeńca. Czułam na policzkach i wargach jego niespokojny, ciepły oddech. Westchnęłam ciężko i cierpliwym tonem wyrzekłam:
– Posłuchaj mnie uważnie, morvalacie. Masz ostatnią szansę, żeby zdecydować się dobrowolnie na współpracę. Potem będzie już tylko ból. Zadam ci kilka pytań, a ty na nie odpowiedz. Jak cię zwą?
Zapadła tak głęboka cisza, że przez chwilę słyszałam nerwowe kołatanie własnego serca. Nie trwało to długo. Morvalat zacisnął wargi, zmrużył oczy, jakby próbował jeszcze walczyć z samym z sobą, lecz po chwili usłyszałam oczekiwaną przeze mnie odpowiedź:
– Dargetorn…
Pokiwałam głową z zadowoleniem.
– No widzisz, Dargetornie, od razu lepiej się nam rozmawia. Powiedz mi, czy jesteś kimś ważnym dla królestwa morvalatów i jego władcy?
– Mortegard jest moim bratem, pani generał. – Morvalat zmrużył oczy. – Właściwie znam jego wszystkie sekrety i słabe punkty, ale chciałbym pomówić z wami jeszcze o pewnej rzeczy. Mam dla was propozycję, dzięki, której zyskacie bardzo wiele.
– Mów konkretniej, ścierwo! O co chodzi? – Władca Ciemności na chwilę odsunął mnie na bok i przycisnął rozpalone ostrze do wilgotnej piersi więźnia.
Twarz jeńca wykrzywiła się w grymasie cierpienia. Przymknął na chwilę powieki, po czym znów je uniósł. Na wargach pojawił się lekki, nieco drwiący uśmieszek. Zacisnęłam dłoń na rękojeści miecza, obserwując więźnia z ogromną nieufnością, przez chwilę odnosząc wrażenie, że coś kombinował. Nie podobał mi się kierunek, do którego całe to przesłuchanie zmierzało.
– Sprzymierzeni są już bardzo zmęczeni wojną. Zniechęceni przelewaniem krwi i wyżynaniem się nawzajem z twoimi wojskami. Zastanawiają się coraz poważniej nad rozejmem. Chcą go zawrzeć na korzystnych dla obu stron warunkach – powiedział cicho Dargetorn.
Władca Ciemności uniósł podejrzliwie brew, a twarz przybrała zaciekawioną minę. Argderion w zamyśleniu dotknął palcami podbródka, przypatrując się bacznie obliczu morvalata. Z dziwnym przestrachem, zdałam sobie sprawę, że mój pan był coraz bardziej zdumiony rewelacjami Dargetorna i będzie chciał wyciągnąć z niego więcej wiadomość za wszelką cenę.
Wszystko dzieje się zbyt szybko – wmawiałam sobie w myślach. – Dargetorn zbyt łatwo zgodził się na wyjawienie tak skrzętnie skrywanego sekretu… Coś tu jest nie tak.
Westchnęłam ciężko, czując się kompletnie bezradna w tej sytuacji. Zrozumiałam, że teraz pozostało mi jedynie uważnie słuchać i biernie obserwować rozwój wydarzeń.
– Interesujące… – stwierdził Władca Ciemności z głębokim zamyśleniem. – Tak… Bardzo interesujące jest to, co mi mówisz, morvalacie. Jednakże, nie rozumiem, dlaczego Sprzymierzeni wciąż kontynuują wojnę, skoro myślą o zawieszeniu broni?
– Zachowują pozory siły i zdecydowania, bo nie chcą, by ktokolwiek odkrył ich słabość i wewnętrzne podziały. Przynajmniej, dopóki sami nie zdecydują się na otwarte przyznanie się do szykującej się kapitulacji. Jednak, wiem jak to przyspieszyć, panie, lecz zamian żądam tylko jednej rzeczy.
– Czego żądasz, Dargetornie? – spytałam nagle, wtrącając się do rozmowy, gdy Argderion już otwierał usta, by odpowiedzieć morvalatowi. Norliendmor milczał, mierząc mnie gniewnym spojrzeniem.
– Moi towarzysze. Elenfar i Morgik to wzięci do niewoli razem ze mną elf i krasnolud. Wypuśćcie ich, a zrobię wszystko to, co będziecie chcieli. Zdradzę wam, gdzie jest kryjówka Sprzymierzonych.
Przewróciłam oczami z zażenowania. Z moich warg dobyło się pogardliwe prychnięcie, z trudem tłumiąc przy tym rodzący się w gardle histeryczny, pełen rozbawienia śmiech. Warunki Dargetorna zdawały mi się niedorzeczne, a nawet śmieszne i naiwne. Szczerze wątpiłam, żeby mój pan się na nie zgodził, nie mając żadnej gwarancji na to, że morvalat dotrzyma słowa. Jednakże czułam do młodziana pewien szacunek; nie myślał o własnym życiu i wolności, lecz chciał je zapewnić swoim kompanom. To było szlachetne, lecz jednocześnie boleśnie głupie, bo i tak niczego tym nie zyska. Usłyszy jedynie pusty, rozbawiony śmiech Władcy Ciemność. Nic ponadto. Myliłam się.
Argderion skinął powoli głową. Jego wargi wykrzywiły się w zadowolonym, usatysfakcjonowanym uśmiechu.
– Niewielka to cena za zdradę tych, którym przysięgałeś wierność. Zdajesz sobie sprawę, że właśnie oddałeś mi w ręce swego brata i przywódcę Sprzymierzonych? – powiedział cicho Władca Ciemności. – Sądzę, że mogę się zgodzić na twoje warunki. Żądam tylko abyś zaprowadził mnie do siedziby Sprzymierzonych.
– Nie potrzeba kolejnego rozlewu krwi, żeby zakończyć wojnę – powiedział kusząco Dargetorn. – Zbierz niewielką grupę najbardziej zaufanych sobie ludzi i udaj się z nimi do kryjówki Sprzymierzonych. Nakłoń ich do rozmów pokojowych.
– Spróbuję to zrobić, ale jeżeli mnie oszukałeś w tej kwestii, moja armia będzie czekała na rozkaz do ataku.
Zapadła głucha cisza. Patrzyłam na norliendmora ze zdumieniem przemieszanym z przerażeniem. Nie wierzyłam własnym uszom. Zaczęłam się bać, że pragnienie rozprawienia się ze Sprzymierzonymi raz na zawsze całkowicie odebrało mu rozum. Totalnie przestał być czujny i najwyraźniej nie liczył się ze świadomością, że morvalat mógł go wprowadzić w błąd. Poczułam w żołądku zimno, jakby wewnątrz znalazła się zamrożona na kamień grudka lodu. Przełknęłam ślinę, zwilżając drapiącą suchość w gardle i postanowiłam spróbować swemu władcy przemówić do rozsądku.
– Nie wierz tej morvalackiej gliździe, Argderionie! – wycedziłam prze zaciśnięte zęby. – To podstęp! Kłamstwa, a oni są w nich dobrzy… – Nie zdołałam dokończyć zdania.
Całe ciało przeszyła nagła fala silnego bólu, gdy Władca Ciemności w wściekłością odwrócił się w moją stronę. Norliendmor nie potrzebował kontaktu wzrokowego, by ukarać mnie bólem za bezczelność. Wystarczyło, że patrzył na mnie. Kolana ugięły się pode mną, lecz nadal twardo stałam na nogach. Władca zdawał się wyprowadzony z równowagi moją bezczelnością
– Jak śmiesz zwracać się do mnie na „ty”? Nie pamiętam, żebym ci dał na to zezwolenie. Ostrzegam cię, Monirdvyntar, zamilcz, usiłuję wyciągnąć z tego morvalata informacje, które pozwolą nam zakończyć trwającą od stu lat wojnę jak najmniejszym rozlewem krwi naszych ludzi. Dargetorn pomoże nam w osiągnięciu celu… – wycedził przez zaciśnięte zęby.
– Nie możesz tego zrobić – powtórzyłam zimno i twardo, kładąc wyraźny nacisk na to zdanie. Nie zwróciłam nawet uwagę na to, że pogarszam tak tylko własną sytuację. Zapomniałam, że Argderion już dawno odwykł od słuchania czyichkolwiek rad. – Toż to szaleństwo! Pragnienie zakończenia wojny małymi stratami odbiera ci rozsądek, panie. Nie masz żadnej gwarancji, że Dargetorn spełni swą część umowy, gdy uwolnisz jego kompanów. Proponowałabym wypuścić tylko krasnoluda, a elfa zatrzymać, jako gwarancję, że nie wprowadzi ciebie i podległych tobie ludzi w pułapkę…
Czerwone oczy Argderiona zalśniły jeszcze większą wściekłością. Przeszywający moje ciało, straszliwy ból gwałtownie się nasilił. Ciało i umysł wypełniło się takim cierpieniem, jakiego nie zaznałam jeszcze nigdy w całym swoim życiu. Poczułam paraliżujący strach, dojmującą bezsilność i jakąś przedziwną uległość. Coś w umyśle nakazywało mi uklęknąć, okazać posłuszeństwo i oddanie. Zrozumiałam, że Władca Ciemności właśnie poddał mnie słynnemu, niemal niezwyciężonemu urokowi norliendmorów, dzięki, któremu nawet bali się ich morvalaci. Osunęłam się na kolana bez udziału woli, poddańczo opuszczając głowę. W następnej chwili ciało i umysł wypełnił tak straszliwy ból. Sztylety wykute z lodu przeszywały każdy milimetr skóry i barier chroniących mą świadomość. Usłyszałam swój własny przeraźliwy krzyk. Rozdarte od wrzasku gardło odzywało się raz po raz nieprzyjemnym pieczeniem. Zamknęłam oczy. W tym momencie rozpaczliwie zapragnęłam, by to się skończyło, nawet, jeśli miałoby to oznaczać moją śmierć.
Nagle wszystko ustało. Poczułam, jak ktoś mocno pochwycił mnie za ramiona i podnosi z ziemi. Uchyliłam powieki. Zadrżałam, widząc twarz Władcy Ciemności tuż przy własnej. Zimne, bezlitosne czerwone oczy zdawały się przeszywać mnie na wylot. W tej chwili nie spodziewałam się niczego dobrego po Argderionie. Mój los był teraz zależny od jego kaprysu.
– Wyczerpałaś moją cierpliwość, dziewczyno – powiedział zimno Pan Ciemności, a ja poczułam chłód w całym ciele. – W dodatku przemawiając do mnie, zapomniałaś kompletnie o szacunku i swej marnej pozycji. Próbowałaś mi mówić co mogę robić, a czego nie. Zdajesz sobie sprawę, że czekają cię za to konsekwencje?
Spuściłam głowę i westchnęłam ciężko. Zrozumiałam, że zaprzepaściłam swym wybuchem wszystko, co posiadałam. Nawet własne życie.
– Wiem, mój panie, jest tylko jedna kara za me niegodne wykroczenie… – Słowa z trudem przecisnęły mi się przez gardło. – Jest nią śmierć…
Władca Ciemności uśmiechnął się pobłażliwie. Delikatnie postawił mnie do pionu i potrzymał mocno, gdy kolana się pode mną ugięły. Spojrzałam na władcę pełnym niezrozumienia wzrokiem.
– Masz mnie za głupca, Monirdvyntar? – spytał cicho. – Nie zabiłbym najlepszego generała. Zwłaszcza tak mądrego, który przestrzegł mnie przed popełnieniem najgorszego błędu podczas tej pierdolonej wojny ze Sprzymierzonymi. – Po tych słowach odwrócił się ponownie do wiszącego w łańcuchach Dargetorna. – Bardzo sprytne zagranie, morvalacie, muszę to przyznać. Jednakże popełniłeś zasadniczy błąd… Nie uwierzyłem ci do końca… Jednakże spełnię tylko część umowy. Uwolnię krasnoluda, lecz zatrzymam elfa, jako gwarancję, że nie oszukasz mnie i zaprowadzisz mnie i moją armię do kryjówki Sprzymierzonych. Jeden błąd, a Monirdvyntar poderżnie gardło twemu ostrouchemu koleżce, więc radzę w miarę ostrożnie podejmować wszelkie decyzje.
Twarz Dargetorna momentalnie pobladła. Jego czerwone oczy przygasły lekko, jakby odzwierciedlały załamanie i rezygnację swego właściciela. Morvalat bezsilnie opuścił głowę. Westchnął ciężko.
– A więc nie mam innej drogi poza współpracą z wami – powiedział niezwykle spokojnie, jakby przestało go interesować, co będzie dalej. – Dobrze uczynię wszystko, co zechcecie, ale nie róbcie krzywdy Elenfarowi…
Z ust Władcy Ciemności dobył się cichy, pełen radości i triumfu śmiech. Osiągnął właśnie swój cel. Na moich wargach również zagościł zadowolony uśmiech. Cieszył mnie sukces Argderiona i wiedziała, że rozprawa ze Sprzymierzonymi raz na zawsze była coraz bliżej. Udało się złamać morvalata, znającego ich sekrety. Teraz pozostało tylko wykorzystać jego wiedzę i umiejętności do samego końca.
Władca Ciemności popatrzył na mnie znacząco. Uśmiechnęłam się momentalnie, szybko rozumiejąc, czego ode mnie będzie oczekiwać.
– Obejmiesz razem ze mną dowództwo nad atakiem na kryjówkę Sprzymierzonych – powiedział cicho. – To twoja niepowtarzalna szansa, Monirdvyntar. Nie zmarnuj jej, bo drugiej takiej już nie otrzymasz. Jeżeli odniesiemy zwycięstwo w tej nadchodzącej bitwie, spłacisz do końca swój dług życia wobec mnie.
Skłoniłam głowę przyjmując rozkazy Władcy Ciemności w absolutnym milczeniu.
– Zrobię wszystko, co się da, aby zwyciężyć – odpowiedziałam cicho. – Czy poza mną zabierzesz ze sobą jeszcze jakiegoś generała?
– Morgfara i Daverga – odpowiedział. – Obejmą dowództwo nad pozostałą częścią armii. Możesz odejść, Monirdvyntar. Musisz przygotować się do bitwy. Wyruszamy za trzy dni.
[center]~*~[/center]
Pięć dni później

– A więc ten parszywy las jest kryjówką Sprzymierzonych…? – spytałam cicho, mierząc pogardliwym wzrokiem ogromne, majestatyczne drzewa o jadowicie zielonych liściach. – Czuję się lekko rozczarowana. Sądziłam, że twoi kompani będą się lepiej kryć, Dargetornie… – Zwróciłam się w stronę jeńca, jadącego obok mnie i Władcy Ciemności.
Morvalat zacisnął szczęki i wolno skinął twierdząco głową, mierząc mnie pełnym nienawiści spojrzeniem. Wiedziałam, że bardzo chętnie zabiłby mnie tu i teraz, gdyby tylko mógł. Bolała go świadomość, że musiał bezwzględnie wykonywać rozkazy moje i Argderiona, gdyż w przeciwnym razie, rozkazałabym żołnierzom poderżnąć gardło Elenfarowi. Zatrzymanie elfa jako gwarancję pokory Dargetorna okazało się genialnym posunięciem. Morvalat ze strachu o jego los wykonywał wszystkie polecenia bez żadnego słowa sprzeciwu. Nawet nie odważył się mnie obrazić, choć wielokrotnie obelżywe słowa cisnęły mu się na usta.
Odwróciłam głowę w stronę pilnującego elfa, Morgfeyta. Drow patrzył na więźnia takim wzrokiem, jakby chciał go nim zaszlachtować. Elenfar siedział w siodle ze spuszczoną głową, wbijając spojrzenie w szyję czarnego konia, na którym kazałam go posadzić. Nie wyglądał na zadowolonego, że miał go pilnować ten sam mroczny elf, który doprowadził do jego schwytania. Ledwo powstrzymałam się od pogardliwego śmiechu.
Nie smuć się, elfie, zawsze mogłeś trafić na gorszego strażnika – pomyślałam sarkastycznie, klepiąc swego wierzchowca po karku.
Czujący moje spojrzenie, Morgfeyt, odwrócił w moją stronę głowę. Skłonił się lekko w siodle.
– Wszystko pod kontrolą, pani – rzekł drow. – Elf na razie jest grzeczny.
Skinęłam głową w odpowiedzi i popędziłam wierzchowca do szybszego biegu.
Zauważyłam kątem oka Morgfara, podjeżdżającego w stronę dwóch jeńców, którym pozwolono jechać obok siebie pod czujną strażą. Widziałam, jak generał z blizną na twarzy nachyla się nad uchem morvalata i coś mu szeptał do ucha. Dargetorn skinął głową i uśmiechnął się obleśnie, jakby to, co powiedział mu upadły elf ubawiło go. Nie zauważyłam w tym nic wartego uwagi.
[akapit]Pewnie zastanawiają się, jak mi wbić nóż w plecy, kiedy będę zajęta walką[/akapit] – stwierdziłam rozbawiona, choć raczej powinnam wziąć to bardziej do siebie.
Po tym, jak upokorzyłam Morgfara, zyskałam więcej posłuchu u niego, lecz jednocześnie nienawiść jaką mnie darzył znacznie się zwiększyła. Nie okazywał tego otwarcie, lecz ja podejrzewałam, że będzie chciał zemsty. Tym razem jednak bał się działać sam i szukał sojusznika, który pomoże mu jej dokonać, lecz nie sądziłam, że będzie chciał w to wciągnąć jeńców.
Elenfar i Dargetorn też mają duży interes w tym, żebym skończyła ze sztyletami wbitymi pod serce. To przeze mnie trafili do niewoli – upomniałam się ostro.
Morgfar spojrzał w moją stronę. Na bliznowatej twarzy elfa momentalnie pojawił się strach. Spuścił głowę i natychmiast wrócił do szyku. Zaśmiałam się pogardliwie.
– Tak, tak, Morgfar – wycedziłam w jego stronę. – Wracaj na swoje miejsce, a może zapomnę o tym, że miałam ci kilka dni temu uciąć kutasa…
Generał zadygotał jak dziecko na dźwięk mego ostrego głosu i skulił się, ukrywając twarz w długiej grzywie swej kasztanowej klaczy. Tchórzliwe ścierwo…
[center]~*~[/center]
Przemierzaliśmy las już od wielu godzin i nie natknęliśmy się jeszcze na żaden oddział Sprzymierzonych. Było bardzo spokojnie. Słyszałam tylko przyjemny śpiew kryjących się w koronach drzew ptaków. W powietrzu unosiła się zielonkawa poświata, nadająca temu miejscu aurę tajemniczości.
Wojownicy byli niespokojni; rozglądali się z uwagą na wszystkie strony, spodziewając się w każdej chwili ataku. Nawet morvalatom i norliendmorom udzieliło się zdenerwowanie orków, drowów, ludzi i szarych krasnoludów. Mroczna poświata wokół norliendmorów była tego dnia bardzo gęsta, jakby próbowali nią odstraszyć Sprzymierzonych, lecz ja wiedziałam, że nieprzyjaciel zaatakuje prędzej czy później. Dostrzegłam nagle wesoły, pogardliwy uśmieszek powracający na wargi Dargetorna i dziwny błyski w jego czerwonych oczach. Lodowata gula podeszła mi do gardła, czułam, że było coś nie tak.
– Widzę, Dargetornie, że zaczyna wracać ci humor – wyszeptałam. – Można wiedzieć, co ci go poprawiło?
Morvalat w zamyśleniu spojrzała w niebo, unosząc obie dłonie w górę. Zamachał palcami w dziwnych gestach. Potem zaczął się głośno śmiać. Był to okrutny, szaleńczy histeryczny śmiech, który zmroził mi krew w żyłach. Całe ciało mi zdrętwiało, czułam jak podnoszą mi się włoski na karku. Dargetorn spojrzał na mnie, uśmiechając się lekko.
– Czasami, aby zwyciężyć trzeba coś poświęcić – wyszeptał i odwrócił na chwilę głowę w stronę elfa i Morgfeyta. Przymrużył smutno oczy. – Elenfar był moim przyjacielem, ale miał świadomość tego, co ma się stać… Odda swe życie, żebyś ty zginęła od mego miecza, Monirdvyntar!
Zesztywniałam, ciało kompletnie odmówiło posłuszeństwa. Słyszałam tylko szybkie, mocne uderzenia własnego serca. Zrozumiałam, że mimo zabezpieczenia w postaci jego kompana, Dargetorn od początku chciał zdradzić i skazać elfa na śmierć. Wręcz chciał, żebym ja i Władca Ciemności naiwnie uwierzyli, że Elenfar cokolwiek dla tego skurwiela znaczył.
Kurwa! Jak mogłam dać się tak łatwo oszukać – zaklęłam szpetnie w myślach, czując ogarniającą mnie wściekłość.
Wszyscy popatrzyli na morvalata ze zdumieniem w oczach. Na obliczach żołdaków pojawił się strach przemieszany z nienawiścią. Jeden z orków zaczął kląć szpetnie w kierunku morvalata. Dobył krótkiego sztyletu, by rzucić nim w pierś jeńca. Powstrzymałam go ostrzegawczym uniesieniem dłoni.
– Zachowajcie spokój, żołnierze! – wycedziłam przez zęby. – Nasi wrogowie tego chcą! Nie dajcie im satysfakcji z widoku waszego strachu. To nie przystoi Armii Ciemności, a zwłaszcza w obecności waszego pana!
Po tych słowach odwróciłam się w stronę Argderiona, by usłyszeć od niego, co mieliśmy teraz zrobić.
W tym momencie, drogę zastąpiła nam wroga armia. Była bardzo liczna, prawie piętnaście tysięcy zbrojnych. Liczni morvalaci, ludzie, elfy i krasnoludy mierzyli mnie, Władcę Ciemności oraz całą resztę armii pogardliwym, pełnym pewności siebie wzrokiem. W powietrzu zadźwięczały pierwsze strzały i krzyki rannych po naszej stronie. Zaklęłam wściekle, uchylając się przed ciosem, lecz jeden z norliendmorów za moimi plecami nie miał tego szczęścia. Usłyszałam jego charkotliwy oddech i głuchy odgłos upadającego na mech ciała. Kątem oka zauważyłam, że nieszczęśnik miał przebite gardło.
– Zasłońcie się tarczami i rozproszcie się – wrzasnęłam do swych żołnierzy. – Inaczej te psubraty powystrzelają nas jak kaczki!
Wojownicy poluźnili lekko szeregi. Zasłonili się czarnymi, pozbawionymi jakiegokolwiek godła, tarczami.
Władca Ciemności wstrzymał gwałtownie wierzchowca, mierząc wrogów i Dargetorna rozwścieczonymi spojrzeniem. Jego furia była ogromna, czułam to, lecz Argderion nie tracił zdrowego rozsądku. Podszedł do sprawy z zimną kalkulacją.
– Rozproszyć się! – rozkazał armii. – Pochowajcie się za drzewami! Uważajcie, by konie nie zostały zranione! Monirdvyntar, Morgfar, zostajecie przy mnie, podobnie jak magowie!
Wszyscy wypełnili rozkazy bez chwili wahania. Oddziały niemal panicznie rozproszyły się. Żołnierze pochowali się za grubymi pniami licznych drzew i w wysokich, liściastych krzakach.
Kątem oka dostrzegłam Morgfeyta, który próbował zaciągnąć Elenfara w krzaki. Ogarnęło mnie rozdrażnienie. Drow popędzał elfa tak powoli, że zaczęłam się bać, że wrogowie dopadną go, zanim zdąży się ukryć. Zatrzymałam wierzchowca i zawróciłam w stronę drowa. Szybko znalazłam się przy żołnierzu i elfie. Zeskoczyłam z siodła i kopnęłam jeńca z całej siły w bok. Elenfar zwinął się w kłębek, jęcząc z bólu.
– Nie pierdol się z tym elfem, Morgfeyt! – krzyknęłam w stronę podwładnego. – Zarżnij go jak psa i idź się kryć! Nie jest nam już potrzebny i tak ten morvalat nas zdradził. Chyba słyszałeś, co powiedział?
Między mną, a drowem zapadła głucha cisza. Mroczny elf przez chwilę patrzył to na Elenfara, to na mnie, a jego czerwonych oczach pojawił się dziwny blask. Uśmiechnął się drapieżnie, a ja poczułam dziwny chłód w ciele i zaczęłam się coraz bardziej denerwować. Obok niego nagle stanął Dargetorn, przypatrując się mrocznemu elfowi porozumiewawczo. W dłoniach Morgfeyta zabłysnął sztylet.
– Słyszałem wszystko dokładnie, Monirdvyntar – odparł z okrutnym uśmieszkiem drow, zwracając się do mnie bezczelnie po imieniu. – Wypełnię swą powinność, nie musisz się oto bać. Już nigdy…
– Monirdvyntar, cofnij się – syknął Władca Ciemności, znajdując się szybko przy mnie i mrocznym. – On jest częścią spisku! Ścierwo zaplanowało to razem z morvalatem i jego elfem!
Morgfeyt zaatakował mnie w ogromnej furii. Uchyliłam się przed ciosem, dobywając miecza prawą ręką. Wykonałam szerokie cięcie, mierząc w gardło zdradzieckiego drowa. Nie zasłonił się zbyt dobrze. Ostrze przecięło skórę i ważniejsze tętnicę na gardle zdrajcy. Krew trysnęłam mi na twarz, oślepiając mnie na chwilę, Wykorzystał to Dargetorn, zanurzając zdobyczny miecz w moim lewym boku. Przekręcił ostrze w ranie, łamiąc żebra i wyrywając z moich warg okrzyk bólu. Osunęłam się na jedno kolano, oddychając ciężko.
– Nareszcie będziesz martwa, szmato! – powiedział morvalat z triumfem w głosie.
Nie cieszył się długo swym malutkim zwycięstwem. Niespodziewanie przebiło go na wylot ostrze czarnego miecza. W oczach Dargetorna ujrzałam niezrozumienie, zdziwienie i ból. Chciał coś powiedzieć, lecz z jego warg buchnął tylko strumień krwi.
– Nie, ścierwo, to ty teraz jesteś martwy. Nie Monirdvyntar – usłyszałam łagodny, spokojny głos Władcy Ciemności.
Argderion wyrwał miecz z ciała Dargetorna, który osunął się martwy na mech. Podniosłam się z trudem na trzęsące się nogi. Skrzywiłam się z bólu, który przeszywał ciało, aż po czubek głowy przy każdym, zbyt gwałtownym ruchu.
– Znów zawdzięczam ci życie, panie – powiedziałam z trudem. – Nie starczy mi życia, bym zdołała spłacić dług.
– Nie myśl o tym teraz. – Władca Ciemności zmrużył oczy. Pochwycił szarpiącego się Elenfara za włosy i poderżnął mu gardło jednym, zdecydowanym ruchem. – Teraz mamy na głowię ważniejsze rzeczy. Będziesz mi dziękować, jeżeli wybrniemy z tej pułapki.
Skinęłam głową i odwróciłam się w stronę kolejnych przeciwników. Ujrzałam, że wojownicy wrogiej armii nieprzyjaciela właśnie ruszyli do ataku, bez większego trudu odnajdując naszych żołnierzy i mordując ich po krótkiej walce. W powietrzu rozległ się szczęk mieczy, świst strzał, krzyki ranny i umierających po obu stronach. Nie spodziewałam się kompletnie tak niefortunnego obrotu sprawy. Znaleźliśmy się w potrzasku, z którego łatwo się nie wykaraskamy, jeżeli w ogóle to się stanie. Obserwowałam wszystko uważnie. Magowie miotali kulami ognia w Sprzymierzonych i tworzyli ochronne tarcze przed pociskami wrogów. Niewiele to dawało, gdyż morvalaci z łatwością przebijali się przez nie i uśmiercali okrutnie magów. Dostrzegłam Daverga padającego na ziemię z konia. W jego ciele tkwiły liczne strzały elfów. Morgfar jeszcze walczył z silniejszym od siebie morvalatem, lecz wkrótce zakończył życie z odrąbaną głowę.
Tego akurat mi nie szkoda – stwierdziłam z ponurą minom, choć poczułam lekki zawód, że to Morgfeyt zdradził, a nie Morgfar..
Tylko jeden osobnik po stronie Sprzymierzonych nie brał czynnego udziału w walce. Wysoki dobrze zbudowany morvalat odziany w lekko koszulę i spodnie. Przywódca Sprzymierzonych, Mortegard, brat Dargetorna. Ujrzałam, że Władca Ciemności uśmiecha się okrutnie na widok tego, który wielokrotnie stawał mu na drodze i przyczynił się do wielu strat i oszpecenia twarzy Morgfara. Postawił krok w stronę morvalata.
– Dawno się nie widzieliśmy, Mortegardzie – powiedział cicho norliendmor. – Nareszcie nadszedł dzień zemsty, mój wrogu. Dziś wydrę ci serce z piersi gołymi rękoma!
Morvalat niespiesznie zbliżył się do mnie i Argderiona. Mierzył mego władcę zimnym nieustępliwym wzrokiem. Dobył dwa miecze o czarnych ostrzach. Skrzyżował je ze sobą, gotując się do walki.
– Zaraz się przekonamy, kto kogo zabije – powiedział cicho. – Argderionie, Władco Ciemności, dziś zapłacisz za swe zbrodnie!
– Chodź, głupcze! – zachęcił go norliendmor, uśmiechając się jak szaleniec. – Chcę poczuć na palcach twą lepką krew! Monirdvyntar, pomożesz mi przygiąć to ścierwo do ziemi, by oddało mi należny pokłon, zanim zdechnie…
Skinęłam głową, milcząco obserwując morvalata. Doszukiwałam się jakiekolwiek słabego punktu w jego obronie i miejsca, w którym najłatwiej przebić jego skórę. Nie dostrzegałam żadnej słabości w imponującej sylwetce, Mortegarda. Nawet w oczach nie było żadnego strachu, tylko dojmująca nienawiść i pewność siebie. Czułam, że to będzie najtrudniejsza walka, do jakiej kiedykolwiek stawałam w swym bardzo długim życiu.
Ścisnęłam mocniej miecz w rękach i zaatakowałam, nie czekając nawet na pierwszy ruch morvalata. Mortegard bez wysiłków sparował cios, po czym popchnął mnie brutalnie do przodu. Uderzyłam mocno całym ciałem o pień drzewa, po czym bezsilnie osunęłam się na ziemię. Usłyszałam krzyk wściekłości Argderiona. Jęknęłam z bólu, powoli unosząc się na łokciu. Patrzyłam jak Władca Ciemności i dowódca Sprzymierzonych wymieniali brutalne ciosy, próbując się wzajemnie pozabijać. Na boku i policzku norliendmora wykwitły właśnie krwawiąca obficie pręgi. Morvalat uderzył ostrzem w jego nogi, powalając go na klęczki. Wykonał kolejne szerokie cięcie. Argderion wrzasnął z bólu. Powoli osunął się na prawy bok, krzywiąc się z bólu. Byłam z szokowana widokiem rozerwanego czarnego pancerza na piersi i szkarłatnych kropel.
Argderion nie docenił tego morvalata – zakołatało w moich myślach i poczułam przeszywający ciało dreszcz strachu.
Szybko zdołałam się opanować. Zerwałam się na równe nogi i z krzykiem furii ruszyłam ku Mortegardowi, który już unosił miecz, by dobić Argderiona. Znalazłam się między nim, a Władcą Ciemności w ostatniej chwili.
Nie zdążyłam podnieść miecza.
Poczułam okropny, przeszywający ból, gdy ostrze morvalata przeszyło moje ciało na wylot. Przez chwilę patrzyłam, że zdumieniem na tkwiący w mojej piersi miecz. Czułam ciepłą, lepką czerwień, którą nasiąkała moja koszula, plamiąc kółka kolczugi. Jej żelazisty smak w ustach. Resztkami sił odwróciłam głowę w stronę Władcy Ciemności. Jego twarz zastygła w wyrazie cierpienie, zdumienia i furii.
– Monirdvyntar, dlaczego? Nie zasłużyłem na twoje poświęcenie…
Uśmiechnęłam się jedynie słabo, widząc norliendmora coraz mniej wyraźnie. Oczy zachodziły mi mgłą.
– Argderionie, Władco Ciemności… – wyszeptałam z trudem. Zakaszlałam, wypluwając z ust strugę krwi. – Spłacam swój dług życia… Nie jestem już tobie nic winna…
Po prostu robię za zły charakter.

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1810
Wiek: 25

Pojedynek nr 5: Monivrian vs. Lady Elinore

Post#3 » 17 sty 2014, o 17:40

TEKST B


Syon runął z wysokiej Katedry, rozpościerając skrzydła dopiero tuż nad ziemią. Gdy tylko mroźny wiatr zatańczył mu pod piórami, wyrównał lot i wzbił się wyżej, swobodnie manewrując pomiędzy konarami drzew. Przedświt to czas prawdziwych łowców; latarnie gasną wraz z gwiazdami, słońce jeszcze ani myśli wychylić łeb znad horyzontu. To nie ciemna noc jest czasem demonów; to właśnie przedświt, gdy sen jest najtwardszy. Prowincjonalna tarcza nieświadomych ignorantów...
Podążam wzrokiem za Syonem, nie mogąc oderwać się od pełnego drapieżnej gracji i pewności siebie ptaka. Wielkie, złote oczy wypatrzyły w parkowej gęstwinie jeża; puszczyk bezszelestnie spikował i wbił ostre pazury w najeżoną kolcami kulkę. polowanie się udało. Teraz kolej na mnie.
Ostatni rzut oka na uśpione Mharat ah Rahi; ciemne, zwarte sylwetki groteskowo poskręcanych budynków odcinają się czarną linią na dniejącym niebie. Domy zdają się wyrastać jeden z drugiego, chyląc się to w jedną, to drugą stronę, łącząc z innymi gzymsami, niewielkimi mostkami, czasem dachem. Plątanina architektonicznej anarchii sprawia, że w dzielnicach najbliżej portu do ulicznego bruku prawie w ogóle nie dociera światło; wszystko skąpane jest tu w półmroku.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że ciemne interesy najlepiej jest załatwiać w jasnych miejscach, bo nie rzucają się w oczy,. Ktoś inny się z tym nie zgodził, twierdząc, że mroczne sprawy należy trzymać blisko czerni, by nie zwracały uwagi. Obaj nie żyją, więc ciężko jest mi się zdecydować, który z nich miał rację; ja pozostaję w cieniu, ni to świetle, ni ciemnościach, niemogącym się obejść bez jednego i drugiego.
Porzucam dach porośniętej zeschłym bluszczem Katedry. Odwracam się jeszcze na chwilę, by spojrzeć prosto w oczy Pani Mórz, misternie wyrzeźbionej nad łukowatą bramą. Jak zawsze wznosi ku niebu szczupłe ramiona; nigdy nie wiem, czy po to, by zesłać pomyślne wiatry, czy też by przekląć nas sztormami. Dokładnie widać, którymi miejscami spływa deszczowa woda; powieki Pani Mórz porosły mchem, pociemniały, podobnie jej dłonie i kuszący trójkąt pomiędzy piersiami. Pasek wilgoci ciągnie się jeszcze prostą linią po płaskim brzuchu, aż do pępka, potem spływa na łono, przechodzące gładko w rybi ogon pokryty ostrą łuską. Tam mech zagościł na dobre; gdzieniegdzie nawet wyrosły nieśmiałe źdźbła trawy. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale róż jutrzni barwi ostre policzki bogini, całując je na dzień dobry.
To nie będzie dobry dzień. Nie dla wszystkich. Uchylam jeszcze kapelusza Pani Mórz i zapadam się w cień grząskich uliczek. Nade mną wyrastają kolejne kondygnacje, krzywo dobudowane piętra, czasami łączące zupełnie odrębne fundamenty. Miejski labirynt raz wznosi się ku górze, innym razem opada, nierzadko przecina się na różnych wysokościach – prawdziwe piekło dla powozów i wierzchowców, za to raj rzezimieszków i podrzędnych złodziejaszków. Czuję, jak jedni i drudzy łypią na mnie ze swoich śmierdzących jam gdzieś w wilgotnych piwnicach. Lęgną się jak szczury, żyją jak one i tak samo zdychają. Nie są warci nawet splunięcia, wiedzą, że to ja jestem kocurem, takim bez oka, z naderwanym uchem i postrzępionym ogonem; nie wypełzną, zbyt się boją. Bryza przetacza się przez stęchłą ulicę, bawiąc się od niechcenia porzuconymi śmieciami; tutaj, jeżeli czegoś naprawdę nie da się wykorzystać po raz kolejny i następny, jest nic nie warte.
Skręcam na zachód, uderzając butami o twardy, lśniący wilgocią bruk. To tam odnajduje mnie Syon i przysiada na jednym z parapetów, obserwując bacznie okolicę. Nie muszę nawet na niego patrzeć, by wiedzieć, że jasne pióra wokół dzioba ma skąpane w krzepnącej krwi. Pohukuje zadowolony, ciesząc się pełnym brzuchem. Uśmiecham się pod nosem i ponownie skręcam; doprawdy, to miasto na poziomie ziemi pewnie nigdy się nie zmieni, chyba że najzwyczajniej w świecie runie. Tak jak niższe piętra kamienicy przede mną, splecionej uściskiem z inną; nad smętnym gruzem unosi się teraz zaczepiony w próżni dom, podtrzymywany tylko niezliczoną ilością schodków, parapetów i gzymsów. Im bliżej morza, tym budynki bardziej przypominały łodzie, kutry, nawet szybkie fregaty. Nic dziwnego, skoro miasto rozszerza się nie tylko wzwyż, ale i grabiąc części należące do wody; gęsty muł oblepia porzucone wraki, mozolnie wyciągane przez mieszkańców doków na brzeg. Nie mija kilka miesięcy, a już burty pokrywa grzyb dobudówek, szop, strzech, a w środku roi się od nowych lokatorów. Słyszałem, że kilkanaście lat temu Pani Mórz poczuła się bardzo dotknięta przez ludzi żyjących w Mharat ah Rahi i ukarała ich za obojętność względem swej boskości; zesłała potworny sztorm. Mówiono, że na niebie nie kotłowały się chmury, a legiony demonów, ciskających błyskawice. Fale oburzonego morza biły w brzeg, zalewając ulice miasta i pochłaniając jego część. Cumujące okręty zostały wyplute z trzewi zatoki i roztrzaskane o mięknącą ziemię. Jeśli wierzyć ludzkim słowom, upiorna ulewa w akompaniamencie grzmotów i trzaskanego drewna trwała przeszło tydzień. Gdy wszystko ucichło, miasto odetchnęło z ulgą, chociaż ulice jeszcze przez długi czas bardziej przypominały najpierw rwące potoki, później leniwe, muliste rzeki.
Nie żal mi tych, którzy wówczas utonęli. Nie żal mi też tych, co pomarli potem od zarazy; porzucone truchła marynarzy, żebraków, gnid czy zwykłych pechowców były jawnym zaproszeniem dla Pani Małodobrej, wiecznie nienasyconej i głodnej krwi. Teraz mogłem podziwiać w pełnej krasie słynną Dzielnicę Martwych Łodzi, osławioną w całej Północnej Marchii. Syon chyba już skończył czyścić pióra i przelatuje mi tuż nad głową, niknąc pomiędzy połamanymi rejami i spróchniałymi masztami. Część statków stała się pożywką dla domów tych, którzy w powodzi utracili wszystko; z początku zapewne chwilową, teraz będącą ich przeznaczeniem. Część, tę mniej zdruzgotaną klęską, zamieniono na tawerny i zamtuzy; to właśnie tutaj tak bardzo lubią zawijać żeglarze z całego świata. Mharat ah Rahi to nie tylko chaotyczne miasto opętanych architektów, to również siedlisko najpiękniejszych kurtyzan na kontynencie, jak mówią.
Nie spodziewałem się, że Sevia jeszcze żyje, dlatego serdecznie się ucieszyłem, gdy usłyszałem wczorajszego wieczora w którejś z karczm, iż jednak oparła się śmierci. Wspięcie się na połataną cegłami burtę jednego z żaglowców zakotwiczonych wprost w bruku to fraszka. Podobnie jak przemknięcie pomiędzy wartownikami; głusi ślepcy, nie zauważyliby mnie, gdybym stanął u ich ramienia, podając ogień. Schodzę w dół, podczas gdy puszczyk mości się wygodnie do snu pomiędzy przegniłymi wantami. Jedne, drugie, trzecie... Otwieram cicho czwarte z drzwi, wytrych tańczy mi w palcach i znika po chwili w rękawie. Przymykam drewniane skrzydło, by nikt nam nie przeszkadzał.
Kajuta jest niewielka, po kobiecemu przytulna; widać, że Sevia włożyła sporo pracy, by poczuć się w tym miejscu jak w domu. Ściany pokrywają wielobarwne wzory, układające się w liście, lilie, uwijające między kwieciem niewielkie kolibry. Okrągły bulaj przesłania satynowa zasłonka, zdradzająca tańcem nieszczelność okna. Miękki dywan tłumi kroki; siadam na pluszowych poduszkach koło jej łóżka. Zmieniła się, choć ciągle jest piękna. Kształtne piersi unoszą się w rytm miarowego oddechu, otulone jedynie prześwitującym, ozdobionym koronkami materiałem. Czarne włosy, przetykane na skroniach srebrnymi nitkami, rozlewają się po poduszce; dotykam ich i ze zdumieniem stwierdzam, że są tak samo miękkie i puszyste jak kiedyś. Pachną egzotycznym olejkiem, świdrującym nozdrza. Wokół dużych oczu pojawiły się zmarszczki, łabędzia niegdyś szyja teraz bardziej przypomina indyczą, ale pełne usta nadal zapraszają do pocałunku. Kiedyś była świeżym kwiatem, teraz stała się wybornym winem. Nadal może zaszumieć w głowie.
Otwiera orzechowe oczy i krzyk więźnie jej w gardle.
– Ciii. – Przykładam palec do ust i nakazuję milczenie. Boi się, ale posłusznie milknie. Unosi się na łokciach, nie dbając o to, że jedno z ramiączek koszuli osunęło się, odsłaniając jeszcze więcej.
–Dzień dobry, Sevio. Dawno się nie wiedzieliśmy, prawda, kochanie? – pytam rozbawiony jej nierozumiejącym spojrzeniem. Dopiero po chwili ściągam kaptur i daję kobiecie czas na przyjrzenie się mojej twarzy.
– Al Khain... – szepcze, od razu mnie rozpoznając. Na ciało występuje jej gęsia skórka, rozchylone wargi zaczynają drżeć.
– A jednak mnie pamiętasz, skarbie. – Uśmiecham się łagodnie i głaszczę ją po policzku.
– Jak mogłabym zapomnieć! – Siada na łóżku i wyciąga do mnie rękę, którą zatrzymuje tuż przed moją twarzą. – Na gniew Pani Morza, co ci się stało?! – pyta wystraszona.
­– Kotku, ty powinnaś to wiedzieć lepiej, niż ktokolwiek!
– Ni.. nie rozumiem, o czym mówisz. – Blednie i spuszcza wzrok. Doskonale wie, o czym mówię.
– Doprawdy?
– Słyszałam... Słyszałam, dawno temu, że nie żyjesz... – szepcze, nadal nie patrząc mi w oczy.
­– O tym właśnie chciałem z tobą porozmawiać, kochanie. – Wstaję. Sevia obejmuje się ramionami; siadam obok niej. Przytula się do mnie, najpierw nieśmiało, później całą sobą. Egzotyczna woń wwierca się w nos; całuję ją w czubek głowy i trwamy tak chwilę w milczeniu.
– Tęskniłam za tobą – mówi. Uśmiecham się i brnę w jej grę:
– Ja za tobą też, maleńka, ja za tobą też... No, to może opowiesz mi, co się działo w mieście, gdy mnie nie było?
– A o czym chciałbyś słuchać? – Mruży zalotnie oczy i wydyma wargi.
– Może najpierw opowiedz mi o tym, jak bardzo za mną tęskniłaś, ptaszyno. – Zanurzam w niej swoje usta. Łapczywie oddaje pocałunek, zarzucając mi ręce za szyję i przywierając do mnie całym ciałem. Ma delikatną skórę, którą aż chce się pieścić. Zrywam cholerną koszulkę, osłaniającą pełne piersi, ona również rozbiera mnie w pośpiechu. Raz jest namiętna, innym razem rozkosznie uległa, gdy leżąc pode mną, oplata mi biodra nogami. Oddycha coraz szybciej, uroczo poruszając płatkami nosa. Zaciska powieki, chwytając zagłówek i wyginając się w łuk. Zduszony jęk przeradza się w ochrypły krzyk; szamoce się chwilę, jakby chciała mnie z siebie zrzucić, jednak cały czas płynnie porusza biodrami, trzymając mnie w klamrze ud. Dłonie o zbielałych knykciach puszczają łóżko, mną prześcieradło, aż w końcu zaciskają się na moich ramionach; nie boli, gdy wbija paznokcie, uśmiecham się, przyspieszając. Otwiera na moment zamglone oczy i patrzy na mnie błogo. Zwalniam, całuję Sevię, leniwie głaszcząc piersi. Dłonie kobiety błądzą po moich plecach, jakby sama nie była pewna, czy chce więcej, czy może ma już dosyć. Wykorzystuję tę chwilę zawahania, by znowu zaprowadzić ją na szczyt i nie wypuścić, dopóki nie będzie o to błagała. Prosi. Ślicznie, z wdziękiem, „nie” brzmi jak „tak”, a jej desperacka próba wydostania się spode mnie kończy się fiaskiem; tak naprawdę wcale nie chce, abym przestawał.
Pościel pachnie jej perfumami i seksem. Szalenie podniecająca woń. Leżę na plecach, Sevia wtula się w moją pierś, wodząc po niej miękkimi palcami. Co jakiś czas zerka na moją twarz, ale nie pyta już, jaki kataklizm sprawił, że jej prawa część wygląda jak z koszmaru. Jest rozluźniona, zaskoczenie i strach ulotniły się z niej jak kamfora.
– Cieszę się, że wróciłeś – mówi. – Zostaniesz?
– Przez jakiś czas na pewno – odpowiadam dopiero po chwili, wyrwany z zamyślenia. Przekręcam się na bok i głaszczę ją po policzku, obejmując drugą ręką w talii. Przyciskam mocniej do siebie i już bez uśmiechu, za to ze stalą w oczach, mówię:
– A teraz opowiesz mi o tym, kto dokładnie mnie wrobił i dlaczego postanowiłaś dać temu komuś cynk, gdzie może mnie znaleźć... – Sevia w momencie truchleje, swobodny nastrój pryska. Znowu ucieka spojrzeniem, szuka jakiejkolwiek drogi ucieczki przed odpowiedzią.
– Ja... ja nie bardzo miałam wyjście, Al Khain... Grozili, że mnie zabiją, jeżeli nie powiem im, gdzie jesteś.
– Więc postanowiłaś, że w zamian zabiją mnie. Pragmatyczne, choć mało romantyczne – szydzę.
– Przepraszam, nie chciałam, aby tak się stało. Myślałam... myślałam, że chcą od ciebie czegoś, o czym nie mam pojęcia, naprawdę nie wiedziałam, że dybają na twoje życie! – łka, przełykając łzy. Perełki skruchy, przetaczające się po jej policzkach nie robią na mnie żadnego wrażenia. Milczę. I to milczenie sprawia, że zaczyna mówić dalej:
– Później dopiero dowiedziałam się, o co poszło. Pamiętasz, jak do portu tamtego lata zawinął okręt Wysokich Elfów?
– Nie było mnie wtedy w mieście. Ale wiem, o czym mówisz.
– Przypłynęli w przekonaniu, że wszystkie miejsca na świecie są równie beztroskie, jak ich kraj. Spokój, porządek, bezpieczeństwo. Tutaj sam wiesz, jak jest; jeśli nie masz pojęcia, których miejsc unikać, to łatwo możesz ignorancję przypłacić utratą sakiewki, zębów, a nawet życia. I właśnie syn bogatego i wpływowego kupca pojawił się w nieodpowiednim miejscu w niesprzyjającym mu czasie... – Siada na łóżku, wyrywając się z mojego uścisku i szuka wzrokiem koszulki. Odnajduje ją w skłębionej pościeli i zakłada na siebie, z rezygnacją machając zerwanym ramiączkiem.– Podobno nawet nie zauważył, że zginął. Dorwali go w jakiejś podłej tawernie, do której przytoczył się już kompletnie pijany. Młody chłopak, ponoć założył się z jakimś krasnoludem, kto wypije więcej. Kretyński zakład. Chyba o krasnoludach i ich opilstwie słyszał tylko z miejskich legend, biedny głupiec. Różnie gadali, jak to było. Grunt, że razem z sakiewką podcięli mu też gardło. Złapano sprawców i publicznie powieszono, jednak ojciec tego chłopca uważał, że to za mało, że to na pewno wina któregoś z twoich krajan. Mroczne Elfy, jak o was mówił. – Wpatruje się w powiewającą firankę i w zamyśleniu przygryza wargę. Po policzku spływa samotna łza, wysychając, zanim dopłynie do kącika ust. Nieomal mnie to rozczuliło.
Staję za nią i kładę jej ręce na ramionach, całując w czubek głowy; jest ode mnie sporo niższa, teraz wydaje się być jeszcze bardziej krucha, niż jest w rzeczywistości. Obraca się gwałtownie i wlepia wilgotne oczy w moją twarz.
– Długo wyrzucałam sobie, że zdradziłam twoją kryjówkę, Al Khain... Naprawdę długo – szepcze, jakby jakikolwiek głośniejszy dźwięk miał zadać gwałt intymnemu wyznaniu.
– Komu? – Pytanie jest krótkie, wypowiedziane wypranym z emocji tonem.
– Panu Podziemi, czy raczej Władcy Ciemności, jak teraz o nim mówią... Uznał, że wyda któregoś z was, aby mieć święty spokój, by uniknąć przetrzepywania miasta wzdłuż, wszerz i, co dla niego najgorsze, także w dół. Padło na ciebie dlatego, że byłeś najdalej od niego, że nie byłeś z nim zżyty, ba! Bo nie kłaniałeś mu się w pas i żyłeś własnym życiem, poza zamkniętym kręgiem podobnych sobie. – Nie we wszystkim ma rację; ja i Reviz si'Tha El znamy się od dawna, choć to prawda, że nigdy nie byłem jego żołnierzem. Jestem wilkiem, polującym samotnie i cholernie skutecznie.
Zostawiam ją tam, pomiędzy wszystkimi poduszkami i koronkami. Woła jeszcze za mną, starając się powstrzymać mnie przed odejściem, ale równie dobrze mogłaby próbować zawracać bieg rzeki kijem.
Syon zrywa się do lotu i kołuje nade mną, gdy przemykam cienistymi uliczkami; oddalam się coraz bardziej od morza, pozostawiam za sobą statkodomy i mknę, niesiony wściekłością.
Dwie dekady błogiego snu... Niby nic, a jednak srogo nabałaganiło mi pod czaszką. Drapieżnik siedzący we mnie jeszcze nie do końca się obudził. Jeszcze nie posmakował krwi.
Siedzę na dachu jednego z domów kupieckich i obserwuję uwijających się w dole ludzi. Słońce czerwienieje i kładzie znużone promienie coraz niżej nad horyzontem. Przenoszę wzrok na widoczną zewsząd Katedrę. Góruje ponad wszystkimi budynkami; strzeliste wieże zdają się stykać z nieboskłonem, a Pani wygląda, jakby miała zaraz dotknąć chmur. Kiedyś Mharat ah Rahi całe najeżone było wieżyczkami i iglicami. Kamienice pyszniły się miedzianymi dachami, odbijającymi światło, na gzymsach grymasiły gargulce. Czarno-fioletowe proporce wyszywane srebrnymi nićmi dumnie łopotały na wietrze. Ulice, tak różne od tego, co widzę teraz, pełne były smukłych, dostojnych sylwetek. Takie Mharat ah Rahi widziałem tylko na obrazie; mam wrażenie, że wtedy, gdy miasto należało do nas, nawet powietrze miało inny zapach.
„Mroczne elfy, jak o was mówił.” Słowa Sevii dalej dudnią mi w głowie i tylko prycham z pogardą, przypominając sobie to określenie. „Mroczne elfy”, co za bzdura. Po prostu elfy, elfy jak każde inne, tyle że z jajami. Prawdziwi drapieżnicy, a nie zwiewne motylki.
– Dasz wiarę, Syon, że nadal są tacy, którzy uważają, że mroczne elfy mają czarną skórę i białe włosy? – pytam ptaka, nie oczekując odpowiedzi. Puszczyk przekrzywia łeb i przygląda mi się uważnie.
– Tak, tak, właśnie w taki sposób nas zapamiętano, gdy to – zataczam ręką krąg, wskazując na miasto – było wyrywane stalą z naszych rąk przez inne elfy. Wysokie elfy, jak lubią o sobie myśleć. Szlachetni i dobrze urodzeni tak bardzo, że aż srają klejnotami. – Mierzwię mu pióra na łbie. Pohukuje z niezadowoleniem i czym prędzej je poprawia. – Mroczne elfy, na Panią Mórz! To chyba normalne, że gdy na coś polujesz, to wtapiasz się w otoczenie, prawda, przyjacielu? Moi przodkowie też się wtapiali. W najciemniejszą noc, malując ciała w wymyślne wzory, tworzone wieloma odcieniami szarości. A ludzie nadal wierzą w te brednie o elfach, których skóra jest czarna niczym heban, a serce jeszcze mroczniejsze. – Kręcę głową z politowaniem. Syon znudził się moim wywodem, teraz, gdy słońce prawie zupełnie już zaszło, wypatruje kolejnej zdobyczy. W końcu rozpościera skrzydła i bezszelestnie dryfuje z wiatrem. Niknie mi z oczu w plątaninie budynków Upadłego Mharat ah Rahi.
Pan Podziemi, czy teraz raczej Władca Ciemności, zmiękł chyba jeszcze bardziej ode mnie. Znalezienie go było zdecydowanie zbyt proste, poczułem rozczarowanie i wściekłość, gdy przepytywany elf tak łatwo dał mi do niego dostęp. Skonał chwilę później, w kałuży własnej krwi, z wilgotną od moczu nogawką szerokich hajdawerów. Jak śmiałem mieć pretensje o słabość Sevii, skoro moi właśni rodacy tak strasznie skarleli?! Przecież nie minęło aż tak wiele czasu – wychodzi na to, że but „arystokatów” mocno musiał przycisnąć wszystkich do bruku. Władca Ciemności, ha! Teraz brzmi to groteskowo, tak strasznie na wyrost i po prostu śmiesznie.
– Władca Ciemności, który boi się własnego cienia – szepczę mu do ucha. Odwraca się nagle, strącając z biurka inkaust; czarna plama rozlewa się powoli po posadzce i spływa kanałami pomiędzy kamiennymi płytami. Oczy rozszerzają mu się, jakby zobaczył ducha.
– Al Khain! Na litość Pani Mórz, co tak długo?! – wypala w końcu zupełnie nieoczekiwanie.
– Na twoim miejscu bym się tak nie cieszył z tego spotkania. – Sztylet, który trzymam w dłoni, wbija mu się w ciało na tyle głęboko, by go unieszkodliwić, lecz nie ma prawa zabić. Upada na ziemię, łapiąc się za ranę, a spomiędzy palców przesącza się krew.
– Al Khain, czy ciebie Bogini opuściła?! - Nie może uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło.
– Chyba ciebie, jeśli myślałeś, że możesz mnie sprzedać jak psa i ujść z życiem – warczę. Następny cios opada z wyuczoną precyzją, sięgając dokładnie tam, gdzie chciałem. Z ust bucha mu posoka, oddycha łapczywie, jakby każdy haust powietrza miał być tym ostatnim.
– Reviz, Reviz, Reviz... – Przyklękam przy nim, wycierając ostrze o jego koszulę. – Trzeba było albo trzymać z dala ode mnie łapy, gdy ta zamorska przybłęda żądała głów, albo upewnić się, że nie żyję. A tak zobacz, w jakiej kłopotliwej sytuacji stawiasz nas obu... Przychodzę tutaj, gdzie niby są jacyś strażnicy, omijam ich bez problemu i jeszcze niszczę w brutalny sposób twój image Władcy Ciemności. Wygląda to trochę żałośnie, nie uważasz? – Długo zbiera się, by odpowiedzieć. Cały czas patrzy na mnie ze wściekłością; doceniam to, że nie wrzeszczy, nie wzywa pomocy, tylko przyjmuje swój los jak mężczyzna, z pełną odpowiedzialnością za popełnione czyny. Zresztą, nawet gdyby krzyczał, i tak nikt nie przyszedłby mu z pomocą; wszyscy zastygli w objęciach kostuchy. W końcu wykrztusza z siebie, chichocząc jak wariat:
– Ty... Ty naprawdę myślisz, że to ja cię wydałem?! Na Panią Mórz, Al Khain, tobie się naprawdę we łbie zdrowo popierdoliło! – Zaśmiewa się, aż z nosa wylatują mu krwawe bańki. – Kto ci tak powiedział, co? – Patrzę na niego i waham się przez chwilę. – Niech zgadnę – ciągnie. – Czyżbyś po swoim powrocie odwiedził tę uroczą kurewkę z dalekiego południa? – Kiwam tylko głową w odpowiedzi. Śmiech uderza w nieomal histeryczne tony. – Nie mogę... Staremu wilkowi wypadły kły! – Oddycha przez chwilę ciężko, po czym mówi już zdecydowanie ciszej: – Al Khain, nie wiem, którą ze swoich trucizn wysmarowałeś ostrze, ale zanim zacznę hasać po zielonych łąkach, coś ci powiem. To ta twoja femme fatale, sprzedająca wdzięki na lewo i prawo, gdy tylko dowiedziała się, jaka jest nagroda za „mrocznego elfa”, który sprzątnął panicza Eveilarina, sama prędko pobiegła do jego ojca. Zarzekała się, że widziała, jak to czynisz. Że wie, gdzie jesteś. A wściekły lord Eveilarin, Vailiren mu bodaj było na imię, gdybyś postanowił złożyć mu wizytę, tak bardzo żądny mrocznoelfickiej krwi, łyknął to bez zmrużenia oka. Mało tego, bardzo na rękę mu była, nie licząc utraty potomka, ta cała chryja, bo mógł znowu rozpętać piekło w Mharat ah Rahi, nie tak spektakularne, jak miało to miejsce setki lat przed naszymi narodzinami, ale równie krwawe. Uważaj, bo teraz wszędzie szuka się takich jak ty czy ja. Nie chcę nawet myśleć, co się stanie, gdy zburzą Katedrę, jak bardzo Pani Mórz się wścieknie i jak straszny kataklizm ześle na to miejsce. – Opada bez sił i wpatruje się w sufit zachodzącymi mgłą oczami. Nie wierzę własnym uszom, zaciskam pięści, jakbym mógł stanąć do rzeczywistej walki ze swoimi myślami. Jedna wątpliwość rodzi drugą; może kłamać, by chociaż w ten sposób zemścić się za swoją śmierć. Sevia też mogła łgać – wiedziała, że zdrady nie puszczę płazem. Tymczasem była tylko spłoszoną marionetką, której w przypływie dobrego humoru, nie oszukujmy się, wywołanego jej chętnymi ramionami, postanowiłem darować życie. Siadam obok konającego Reviza.
– Podszedłeś mnie, Al Khain, nadal jesteś dobry. Chociaż trochę za miękki – szepcze. – Znasz zasady, teraz te problemy, z którymi ja się borykałem, spadają na twoją głowę. Pewnie mi nie wierzysz. Pewnie teraz sam nie wiesz, w co wierzyć. Idź do niej. Jeżeli jej nie będzie, a pokój, w którym mieszkała będzie pusty, oznacza to tylko jedno: spierdoliła, żebyś jej nie dorwał. Kto by pomyślał, że taka ładna kobieta może być tak sprytna i inteligentna...
– Jeżeli to, co mówisz jest prawdą, to nawet urządzę ci jakiś przyzwoity pogrzeb. – Poklepuję go po ramieniu i zostawiam na podłodze, chowając do kieszeni pierścień z zaklętą w nim Łzą Pani Mórz.
Przez nocne miasto idę spokojnym, równym krokiem. Jeżeli Sevia miała się ulotnić, zrobiła to już dawno. Nie ma sensu się spieszyć, zwłaszcza że morska bryza przyjemnie łaskocze twarz. Drapieżnik obudził się na dobre i teraz nie przestanie węszyć. I tak ją znajdę.
Zgodnie z zapowiedzią Reviza, kajuta Sevii jest opuszczona. Opuszczona w dużym pośpiechu; zabrała tylko najpotrzebniejsze rzeczy, resztę rozrzucając wszędzie wokół. Uśmiecham się smętnie pod nosem; dałem się wykiwać człowiekowi. I to w dodatku kobiecie. Trzeba było myśleć głową. Trzeba było trzymać się zasad. Trzeba było ją zwyczajnie w świecie zabić.
Mharat ah Rahi nigdy tak naprawdę nie zasypia; może się wydawać, że jest ciche, lecz nie jest to sen, a czuwanie prawdziwych drapieżników i plugawych padlinożerców. Wprawne oko bezbłędnie rozpoznaje zarówno jednych, jak drugich. Stoję na placu przed Katedrą i wpatruję się w kamienną twarz Pani Mórz. Wargi wypowiadają cichą modlitwę o szczęśliwy wiatr i spokojną wodę. Słyszę, jak ktoś się do mnie zbliża. Staje pół kroku za mną, trochę po lewej. Nieznacznie odwracam głowę; równa się ze mną i również wpatruje w Panią.
– To ja cię wyciągnąłem z powozu, gdy roztrzaskał się na dnie przepaści. – Ma niski, melodyjny głos, którym z powodzeniem mógłby zaklinać węże. – Ukryłem cię później w najdzikszych ostępach, byś wydobrzał; opatrzyłem ci rany i wprowadziłem w letarg. – Twarz zasłania mu cień obszernego kaptura; jest nieomal równy mi wzrostem, choć zdecydowanie bardziej żylasty. – Zrobiłem to na polecenie Władcy Ciemności, byś nie zginął. Nie mogliśmy wyciągnąć cię wcześniej. – Po plecach przechodzi mi dreszcz; zadałem śmierć nie temu, co trzeba było. Do tej pory nigdy nie miałem wyrzutów sumienia; być może dlatego, że nie zdarzyło mi się pomylić. Dziwne uczucie. Setki myśli i wspomnień zmiętych w bulgoczącą kulkę, wepchniętą przemocą w klatkę piersiową.
– Zdobyłeś Pierścień. Teraz ty jesteś odpowiedzialny za rdzennych mieszkańców Mharat ah Rahi, Al Khain. Wiesz, w ogóle ci nie zazdroszczę. – Patrzy mi w oczy. – Pani Morza już raz się o nas upomniała. Właśnie wtedy, szesnaście lat temu, gdy mordowano naszych bez mrugnięcia okiem. Wywołano mrocznoelficką histerię. W duszach ludzi ożyły te wszystkie bajdurzenia o strasznych potworach porywających niemowlęta z łóżeczek, zresztą na pewno nie raz to słyszałeś. Tamten elf, który stracił w tawernie syna, sfinansował mini wojnę z „czarnymi elfami”. Czyste szaleństwo. Zabijano mężczyzn. Kobiety i dzieci przepadały, pewnie sprzedane w niewolę. Jakie to szlachetne. I to o nas mówią: mroczne elfy – prycha.
– Wszystko ma swoją cenę – odpowiadam, zaciskając palce na Łzie Pani Morza. – Zapłacą za to, co zrobili. A Katedra będzie stała, jak stoi. Niebawem w otoczeniu naszych sztandarów. – Krzyżuję z nim spojrzenie i odchodzę, znikając w którejś z ciemnych uliczek. Za sobą słyszę jeszcze pohukiwanie Syona, który lawiruje między budynkami, by mnie dogonić.
Po prostu robię za zły charakter.

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1810
Wiek: 25

Pojedynek nr 5: Monivrian vs. Lady Elinore

Post#4 » 17 sty 2014, o 23:13

Ankieta wygaśnie 31 stycznia, czyli za równe dwa tygodnie. Gorąco zachęcam do czytania, komentowania i głosowania na najlepszy tekst! Mam nadzieję, że lektura tych dwóch dłuższych pojedynkowców przyniesie wszystkim przyjemność, a w razie przegranej jednej ze stron zostanie to potraktowane z uśmiechem. Powodzenia! :)
Po prostu robię za zły charakter.

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1996

Pojedynek nr 5: Monivrian vs Lady_Elinore

Post#5 » 24 sty 2014, o 14:55

Tekst A
Gdyby ten tekst znajdował się w normalnym dziale Fantastyki, mój komentarz do niego byłby dużo dużo dłuższy. Roi się w nim od błędów, już na samym początku mamy takie kwiatki jak "nie myślałam nad czekających mnie konsekwencjach. ", " z nad stosu trupów","że ich ciała pokrywały tylko lekkie ranki i zadrapani". Interpunkcja leży, płacze i jest kompletnie przypadkowa. Treść nie prezentuje się wiele lepiej. Generalnie, mam ochotę rozebrać ten tekst i omówić go zdanie po zdaniu, lecz, niestety, to nie czas ani miejsce. Ogólnie jest to raczej miałka, niezbyt konkretna historia o Władcy Ciemności, który jest krzyżówką Mrocznego Lorda i Chłopaka Z Sąsiedztwa oraz jego wiernej generał, która jest wybitnie nijaka. Towarzyszy im banda kompletnie papierowych postaci, wśród których niechlubnie wybija się nad wyraz chutliwy i niezniszczalny elf. Dodajmy jeszcze, że na koniec, między jednym akapitem a drugim, bohaterka zapomniała, że ma dziurę w boku i złamane żebro.

Tekst B
Zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu. Cudne opisy, wspaniale budujące klimat Mharat ah Rahi. Gdzieś pośród nich w zasadzie zagubiła się fabuła, a koncepcja uniwersum w zasadzie wydaje się zaledwie muśnięta, choć plus za "mroczne elfy" jako propaganda, a później mit. Władca Ciemności nie straszy i wyraźnie widać, że nie miał. Tekst ogólnie jest gorzki, melancholijny, całkiem przypadł mi do gustu, choć, jak wspomniałam, fabuła mogłaby być nieco bardziej wyrazista.

Głos oddaję na Tekst B.
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Mań
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1216
Wiek: 24

Pojedynek nr 5: Monivrian vs Lady_Elinore

Post#6 » 25 sty 2014, o 11:28

A
Zgadzam się w stu procentach z powyższą opinią Lai. Ktoś tu przedłożył ilość nad jakość. Autor napisał ile wlezie, żeby powalić czytelnika długością, a w rzeczywistości powalił masą błędów, słabymi bohaterami i historią. Naprawdę z trudem przebrnęłam do końca. Może i by coś z tego tekstu było, ale znaczna część byłaby do wywalenia, a reszta do gruntownej poprawy. Gdzieniegdzie zajeżdża stereotypem: kobieta jako przedmiot, jak to jest jej ciężko utrzymać się na wysokiej pozycji, relacja władca-generał jest nieco pokrętna. Od momentu tortur było już coraz gorzej, jeżeli chodzi o fabułę. Niełatwo stworzyć intrygę marzeń, ale ta w tekście chyba przerosła autora. Absurdalne zachowanie, reakcje, podejrzenia brane znikąd, słabe motywy.
 Rozwiń, aby przeczytać
Rzuciłam się chyba z motyką na słońce, ale szkoda, żeby moja praca się zmarnowała, więc proszę - zrób z tego pożytek. Mam nadzieję, że większość błędów udało mi się wyłapać.
Przywierał do odzieży i skóry, niczym lepka pajęczyna.

Niepotrzebny przecinek.
W oddali wojownicy przeczesywali pole bitwy w poszukiwaniu rannych, którym można było wciąż jeszcze pomóc, choć szczerze wątpiłam w celowość tych czynności. Wędrowałam wokół pobojowiska w towarzystwie czterech najbardziej zaufanych wojowników: dwóch orków, człowieka i drowa o imieniu, Morgfeyt.

1. Powtórzenie, 2. Wciąż jest zbędne, 3. Celowość zastąpiłabym sensownością.
Miałam nadzieję, że zdołam odnaleźć pozostałych przy życiu elfów, krasnoludów, ludzi i morvalatów z wrogiej armii Sprzymierzonych, z których dałoby się wyciągnąć informacje o słabych punktach obrony ich twierdz, które mój władca mógłby wykorzystać w nadchodzących bitwach.

Któroza.
Przyglądałam się zastygłym w wyrazie, strachu i cierpienia twarzom zabitych wrogów bez większych emocji.

Niepotrzebny przecinek.
Choć bitwa zakończyła się miażdżącym zwycięstwem sił mroku, również ponieśliśmy ogromne straty.

Trochę zagmatwane. Rozumiem, że mimo zwycięstwa źli też dostali po tyłku, bo to normalna rzecz, ale tu coś nie gra. Miażdżące zwycięstwo gryzie się z ogromnymi stratami.
Zbyt dobrze wiedziałam, że Władca Ciemności, Argderion, nie będzie zadowolony z tej wieści. Jednak, teraz skupiałam się nad znalezieniu rannych i w ogóle, nie myślałam o czekających mnie konsekwencjach.

Podkreślona część brzmi zbyt potocznie, przede wszystkim ze względu na to i w ogóle. Zabrakło jeszcze teatralnego przewrócenia oczami :d
Ostrożnie obeszłam szczątki strzaskanych mieczy, toporów i tarcz w bezładzie walających się po zroszonej krwią, trawiastej ziemi.

– Przeszukajcie tę okolicę – rozkazałam twardo orkom, drowowi i człowiekowi.

Po co to rozdrabnianie? Nie lepiej nazwać ich np. towarzyszami/podwładnymi?
Nim zdążyli wykonać moje polecenie, znad stosu trupów podnieśli się elf, krasnolud i morvalat. Byłam kompletnie zdziwiona, gdy dostrzegłam, że ich ciała pokrywały tylko lekkie ranki i zadrapania. Najwyraźniej zaszyli się między trupami pod koniec bitwy i czekali na odpowiedni moment, by zaatakować mnie i, towarzyszących mi, czwórkę przybocznych. Nie odczułam strachu, lecz pewną satysfakcję, że zdołałam znaleźć trzy osoby z wrogiej armii, którzy przeżyli bitwę.

Przecinki przy towarzyszących mi są niepotrzebne. Ukrycie się między trupami wydaje mi się nieco losowym wydarzeniem, w końcu to pole bitewne, nie wiadomo kto i kiedy tamtędy przejdzie, i na kogo się trafi, więc zaczejenie się specjalnie na bohaterkę wydaje mi się nieco naciągane. Co oznacza odczuwanie pewnej satysfakcji? Albo człowiek się cieszy z sukcesu, albo nie...
– Hej! Zostaw mego przyjaciela, pierdolony czarnuchu!

Sikam :d
– Co ty nie powiesz? – spytałam z pogardą. – Zdajesz sobie sprawę, ileż razy słyszałam podobną śpiewkę pod moim adresem? Wybacz, ale, nie czuję się obrażona twoimi epitetami, tylko znudzona i rozbawiona. Jednak, w jednym masz rację: jestem mieszańcem! Półmorvalatem, półdrowem! – zaśmiałam się lekko.

A co to obchodzi jej przeciwnika? Przecinek po ale i jednak wywalić.
Otoczyli ciasnym kręgiem mnie, walczącego z krasnoludem, drowa oraz pozostałych upatrzonych jeńców.

Przecinek po krasnoludem wywalić. Upatrzeni jeńcy? Brzmi słabo.
Tracił grunt pod nogami, a wraz z nim jakąkolwiek nadzieję ocalenia. Czułam to po nim wręcz namacalnie. Uśmiechnęłam się okrutnie, zbliżając się do mężczyzny.

1. Nadzieję na ocalenie, 2. To zdanie jest straszne, 3. Bohaterka ciągle ma okrutny uśmiech.
(...) Jesteś otoczony i nie masz, dokąd uciec. (...)

Niepotrzebny przecinek przed dokąd.
(...) – Sądzę, że utrata tak dobrego przywódcy jak ty, będzie dla Argderiona bardzo bolesna! (...)

Niepotrzebny przecinek po ty.
Kompletnie zaskoczona tak niefortunnym obrotem sprawy i desperacją morvalata, z trudem sparowałam cios.

Hm, marny z niej przywódca, jeśli nie wzięła pod uwagę takiego rozwiązania. Zbędny przecinek.
Choć jego skóra była twarda, niczym smocza łuska, zdołałam się przez nią przebić. Z rany trysnęła gorąca, trująca krew, a z ust przeciwnika dobyło się jedynie słabe jęknięcie bólu.

Przecinek przed niczym wywalić. W końcu coś na temat tego morvalata. Tylko skąd taka rasa?
– Zwiążcie jeńców i zabierzcie do obozu. Jutro rano wracamy do Morveltiornu.

Morvalat rzucił mi ostatnie nienawistne spojrzenie, nim go zabrano.

Przecinek przed nim zbędny.
Przed sobą ujrzałam wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu i zbroi, którego otaczała mroczna poświata, budząca w wielu istotach paraliżujący strach przemieszany z bezsilną rozpaczą.

Przed oczami mam kolesia, który ma na sobie długi płaszcz, coś w stylu Holmesa, a na to założoną zbroję... Opis tego jak owa poświata działa na innych wydaje mi się niepotrzebny.
– Panie... – wyszeptałam pokornie. – Nie sądziłam, że przybędziesz. Jak widzisz, odnieśliśmy miażdżące zwycięstwo nad siłami Sprzymierzonych, choć okupiliśmy to, niewątpliwie, wielkimi stratami w szeregach naszych wojsk. Jednakże, siły naszych wrogów zostały mocniej nadszarpnięte i długo się nie pozbierają po miażdżącej klęsce, jaką im zadałam!

Za dużo miażdżenia.
Cieszyłam się możliwością zdjęcia pancerza i zmycia z siebie pyłu, krwi i potu.

Szybkim krokiem podeszłam do miękkiego, zasnute ciemną kotarą, łoża.

Przecinek przed łoża zbędny. Jak już to zasnutego, ale w tym przypadku prędzej zasłoniętego.
Proste, wykonane z ciemnego, cisowego drewna, drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem. W progu komnaty zobaczyłam Argderiona stojącego w całkowitym milczeniu. Popatrzył w moją stronę z jakimś dziwnym, nieokreślonym spojrzeniem. Szybko zerwałam się z łóżka, składając mu żołnierski ukłon. Czułam, że policzki płoną mi ze wstydu z powodu okazałego nietaktu. Władca zastał mnie całkiem nieprzygotowaną na jego wizytę, szykującą się do snu i mającą na sobie tylko lekką koszulę nocną.

Skąd ja to znam?
Władca Ciemności swobodnie zajął miejsce obok mnie, jakby między nami nie było żadnego dystansu, jaki istniał między panem, a sługą.

Między czymś a czymś, w tym przypadku nie stosuje się przecinka przed a.
Byłam córką Morgtherona, lorda regenta drowów z jaskiń Morgtiverg i morvalackiej niewolnicy. Umarła przy ciężkim porodzie, wydając mnie na świat. Od najmłodszych lat byłam poddana surowemu wychowaniu i uczona walki bronią i magią. Ojciec miał wielkie plany wobec mnie. Liczył, że obejmę tron po jego śmierci.

Bękart na tronie? Nie wspominasz słowem na temat obyczajowości, ale warto byłoby zaznaczyć, że dziecko z niewolnicy ma prawa do korony.
W głębi serca nie żałowałam podjętych w przeszłości decyzji i zupełnie nie wiedziałam, co uczynię, gdy spłacę dług do końca.

To taki dług można spłacić inaczej niż ratując życie wybawcy?
Przez chwilę siedziałam na łóżku w całkowitym bezruchu, patrząc z niemrawą minąw podłogę.
-W końcu - westchnęłam ciężko i zaczęłam wkładać na siebie luźną tunikę, kolczugę z mithrilu i skórzane spodnie.

Na co jej kolczuga podczas tortur?
– Lepiej przyznaj, Morgfarze, że jednak nie cieszysz się tym, że wciąż żyję – odpowiedziałam spokojnie. – Bardzo liczyłeś na to, że któryś z Sprzymierzonych zada mi śmierć podczas bitwy. Czujesz się zawiedziony. Znam cię na wylot, elfie, i nie oszukasz mnie słodkimi słówkami. Nadal nie możesz przeboleć, że nie jesteś już najwyższym generałem Morveltiornu. Może będzie lepiej, jak w końcu się z tym pogodzisz?

I to ma być uprzejme zachowanie?
Jedyną oznaką wściekłości generała było drżenie warg i kurczowo zaciśnięte pięści[s], dłonie[/s].

– Myślisz, że łatwo mi przełknąć świadomość tego, że parszywy mieszaniec drowa i morvalata jest wyżej postawiony ode mnie i może tak po prostu wydawać mi rozkazy, dziwko? – spytał elf jadowitym tonem.

A co to ją obchodzi, że koleś ma problem z przełknięciem? I po co ta dziwka?
Przez chwilę poczułam się mocno dotknięta, jakby Morgfar j napluł mi prosto w twarz. W następnej chwili poczułam palący gniew i zrobiło mi się gorąco w gardle i w żołądku.

Co to za wolnostojące j?
Jednakże na elfie wysokiego rodu moje słowa nie zrobiły żadnego wrażenia. Jedynie pusty, drwiący śmiech. Nagle znalazł się tuż przy mnie. Prawie ocierał się o moje ciało. Nim zdążyłam zareagować, Morgfar złapał mnie wpół i przyciągnął do piersi. Poczułam na wargach brutalny pocałunek, który zaparł mi dech w piersiach. Próbowałam się wyszarpnąć z uścisku napastnika, lecz zostałam brutalnie przyparta do ściany. Morgfar nie przerywając pocałunku, wsunął mi dłonie pod tunikę i począł dotykać piersi i brzucha. Z mych warg wyrwał się stłumiony jęk zaskoczenia. Zadygotałam. Poczułam zimno w dole brzucha, a na skórę wstąpił pot. Morgfar na chwilę oderwał się od moich warg i uważnie popatrzył mi w oczy. Uśmiechnął się obleśnie.

1. Do czego nazwiązuje to zdanie?, 2. Od kiedy wielka wojowniczka, wybawicielka sił ciemności, nieprzeciętny umysł strategiczny i taktyczny, generał najwyższy z najwyższych daje się tak podejść/potraktować jakiemuś perwersowi, który na groźby odpowiada macaniem?
Szybko znalazłam się przy Morgfarze; uderzyłam go otwartą dłonią w twarz, powalając na ziemię.

Wow, też chciałabym umieć powalać kolesi na ziemię wymiarzeniem policzka :d
Miałam ochotę się śmiać, kiedy zwijał się w kłębek jak skrzywdzone szczenię. Nic nie pomogło mu w uniknięciu starannie wymierzanych ciosów.

Mi to wygląda na szał i kopanie w co popadnie, a nie staranne wymiarzanie. Ej, on też jest wojownikiem i co? Nie umie się bić?
– Wciąż jesteś dla nas użyteczny, Morgfarze i tylko, dlatego ocaliłem twą nic niewartą skórę.

Albo jest użyteczny, albo nic nie znaczy. Decyzja.
Byłam bardzo zadowolona z Morgfeyta i zamierzała go wynagrodzić, kiedy Armia Ciemności rozprawi się raz na zawsze ze Sprzymierzonymi.

Niekonsekwecja. W wyższych partiach tekstu Armia Ciemności zapisana jest małą literką.
(...) Chcę znać położenie miasta morvalatów i kryjówki Sprzymierzonych. (...)

– Parszywy mieszaniec. Dziwkạ norliendmora!

– Jednakże na twoim miejscu, zachowałabym więcej szacunku w obliczu mojego pana. Choć muszę przyznać, że i tak pogorszyłeś sprawę, zabijając tego orka.

Przecinek po miejscu wywalić.
Z twarzy morvalata niemal natychmiast zniknął drwiący, pogardliwy uśmieszek, ustępując miejsca autentycznemu strachowi i panice.

Za dużo przymiotników.
– Mortegard jest moim bratem, pani generał. – Morvalat zmrużył oczy. – Właściwie znam jego wszystkie sekrety i słabe punkty, ale chciałbym pomówić z wami jeszcze o pewnej rzeczy. Mam dla was propozycję, dzięki, której zyskacie bardzo wiele.

Dzięki której stanowi całość, dlatego przecinek pomiędzy jest zbędny.
Jednak, wiem jak to przyspieszyć, panie, lecz w zamian żądam tylko jednej rzeczy.

– Jak śmiesz zwracać się do mnie na „ty”? Nie pamiętam, żebym ci dał na to zezwolenie. Ostrzegam cię, Monirdvyntar, zamilcz, usiłuję wyciągnąć z tego morvalata informacje, które pozwolą nam zakończyć trwającą od stu lat wojnę jak najmniejszym rozlewem krwi naszych ludzi. Dargetorn pomoże nam w osiągnięciu celu… – wycedził przez zaciśnięte zęby.

To całkiem urocze, że źli troszczą się o swoich ludzi, zazwyczaj mają to gdzieś.
Nie zwróciłam nawet uwagi na to, że pogarszam tak tylko własną sytuację.

[akapit]Pewnie zastanawiają się, jak mi wbić nóż w plecy, kiedy będę zajęta walką[/akapit]


B
Wow, to jest bomba. Pięknie wykreowane miasto i zbudowany klimat. Bohater również ciekawy, outsider, z własnym pomysłem na życie. Kawał dobrego opowiadania, szkoda tylko, że skończyło się tak szybko, nie dając jasnych odpowiedzi. Dostrzegam tu zarys świetnej powieści fantastycznej. Motyw mitologizacji czarnych elfów - jeszcze większa bomba. Oryginalne podejście do tematu, przez to historia, choć troszkę drugoplanowa, naprawdę wciąga.
 Rozwiń, aby przeczytać
Polowanie się udało.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że ciemne interesy najlepiej jest załatwiać w jasnych miejscach, bo nie rzucają się w oczy,.

Na końcu coś się dzieje.

Szeptun
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 40

Pojedynek nr 5: Monivrian vs Lady_Elinore

Post#7 » 27 sty 2014, o 00:53

Zdecydowanie tekst B. Od razu widać, kto wygra pojedynek.
A jest płaskie, mało w tym klimatu - miało być na serio, mi skojarzyło się z hmm... jakąś gra komputerową może. Nie ma tego czegoś, magii, zaskoczenia. Przydługie.
B jest stonowane, sugestywne, doskonałe opisy rzeczywistości, jest pomysł, postać. No i to coś, czego nazwać nie potrafię, ale przyciąga...

Choć zgrzyta mi "image" (skąd w takim tekście takie słowo?) oraz wymuszone (wg mnie) przekleństwa - nijak nie pasują.

Zdecydowanie B.

Kostucha
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1810
Wiek: 25

Pojedynek nr 5: Monivrian vs Lady_Elinore

Post#8 » 1 lut 2014, o 16:46

Termin komentowania i oddawania głosów w pojedynku zakończył się. Zwyciężył tekst B autorstwa Lady_Elinore. Gratulacje :)
Po prostu robię za zły charakter.

Lady_Elinore
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 50

Pojedynek nr 5: Monivrian vs Lady_Elinore

Post#9 » 1 lut 2014, o 17:24

Monivirian, dziękuję za pojedynek. Weź pod uwagę to, o czym rozmawiałyśmy, a następnym razem będzie dużo, dużo lepiej.
Kostucho, dziękuję za sędziowanie :*

Dziękuję również wszystkim, którym chciało się przeczytać i ocenić te długaśne teksty. Jesteście wielcy, bez Was nie byłoby zabawy.

Ponownie pozwolę sobie wysunąć postulat do Władz; wpiszcie w warunki oceny wymagalność zostawienia komentarza, ponieważ sama ankieta jest dosyć mizerną formą. Zawsze lepiej jest przeczytać, dlaczego głosujący zdecydował się na taki, a nie inny wybór, to zdecydowanie bardziej rozwija, niż zwykłe kliknięcie w a czy b. A pojedynki to nie tylko forma zabawy, ale i rozwijania pisarskich umiejętności, prawda?

Awatar użytkownika
Monivrian
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 172
Wiek: 29

Pojedynek nr 5: Monivrian vs Lady_Elinore

Post#10 » 1 lut 2014, o 17:27

Ja też dziękuję za pojedynek, Lady_Elinore i za rady w pw i na chacie Facebookowym. Bardzo mi pomogły :)

Wróć do „Pojedynki”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość