Nowy użytkowniku - daj się poznać, przywitaj się!

Proza i Poezja października - plebiscyt na najlepszy tekst miesiąca

Pojedynek nr 6: Pryvian vs whatsername

Wyzwij lub zostań wyzwany do literackiego pojedynku.
Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4265

Pojedynek nr 6: Pryvian vs whatsername

Post#1 » 25 lip 2014, o 12:29

Długość: od 3000 słów
Temat: Historia drży, gdy Bogowie się nudzą.
Warunki dodatkowe: Dowolne wydarzenie z historii świata, w które z jakichś przyczyn angażują się Bogowie dowolnej mitologii (lub kilku). Preferowane średniowiecze/nowożytność, ale inne okresy też przejdą.
Słowa klucze: maki, pył, szaleniec
Termin nadsyłania prac: 14 sierpnia 2014 r.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4265

Pojedynek 6: Pryvian vs whatsername.

Post#2 » 18 sie 2014, o 09:17

TEKST A
Słońce zachodziło bardzo powoli, jakby obawiało się długiej rozłąki ze światem. Rzucając ostatnie spojrzenia na gęste, dziewicze lasy, czyste, wartkie strumienie i niewzruszone góry, ozdobiło wszystko różowymi promieniami. Człowiek również kończył swój dzień – chował dobytek i zamykał się w domowym zaciszu, skupiając się na swoich najbliższych. Nie wszyscy jednak szykowali się wtedy do snu. Byli tacy, którzy wraz z odejściem Słońca, dopiero przecierali oczy…
Młody, postawny mężczyzna z burzą rudych, poplątanych włosów, kroczył dumnie brzegiem morza. Był nieustraszony – noc była jego najlepszą przyjaciółką. Naszyjnik ze złotych monet dzwonił głośno z każdym krokiem, a kołczan przewieszony przez ramię ocierał się o lnianą koszulę. Znad przeciwka nadciągała też i druga postać – łysy starzec o lasce, z trudem poruszający się po piaszczystej plaży.
— Waruna – powiedział młodzieniec, stając naprzeciwko starca.
— Witaj, Rudro – odparł uprzejmie Waruna, skinąwszy głową w stronę rozmówcy.
— Dlaczego chciałeś się ze mną widzieć właśnie teraz, kiedy wszyscy świadkowie zapadli w sen?
Starzec uśmiechnął się delikatnie.
— Drogi Rudro, spotykamy się o tej porze tylko i wyłącznie dla twego bezpieczeństwa.
Młodzieniec zmarszczył czoło i wydął usta. Był zgoła odmiennego zdania.
— O czym chciałeś ze mną rozmawiać?
— Doskonale wiesz o czym. Chcę, Rudro, byś zaniechał swych działań. Chaos, jaki ze sobą niesiesz, nie jest odpowiedzią. Żądam, byś przestał zabijać w imię własnej próżności. Nakazuję ci wyjść zza cieniutkiej powłoki wyższego celu, jakim jest ochrona swych poddanych. Drogi Rudro, nie chronisz nikogo poza sobą. – Młody mężczyzna patrzył na Warunę z coraz większym gniewem wymalowanym na twarzy. Księżyc zginął pomiędzy gęstymi chmurami; gdzieś daleko zabrzmiał pierwszy grzmot, a wiatr zmierzwił rude włosy Rudry. – Czekają cię konsekwencje, o, Wyjący! – wrzasnął starzec, starając się przekrzyczeć coraz głośniejszą wichurę.
— Zdrajca! – ryknął Rudra. – Zdrajca! – Jego twarz przybrała wstrętny wyraz, wykrzywiona w pogardzie i wściekłości. Włosy zaciekle miotały mu się wokół twarzy, a złoty naszyjnik szamotał się bezwładnie uwieszony u szyi. Waruna stał jednak niewzruszony jego wybuchem. – Bogowie upomną się o sprawiedliwość!
Morze wezbrało, a niebo rozbłysło dziesiątkami piorunów. Chmury uroniły pierwsze krople – grube i gęste – powoli i jakby niedbale.
— Wiem, Rudro. Upomną się i to całkiem niedługo.
Głośne jak trzęsienia ziemi grzmoty rozlegały się co chwilę, poprzedzane oślepiającym blaskiem piorunów. Deszcz rozpadał się na dobre, dziurawiąc zbity piasek, a morze szalało wściekle, co rusz wyrzucając na brzeg ogromne fale.
Waruna rzucił młodzieńcowi ostatnie, przeszywające spojrzenie i westchnął ciężko ze szczerym smutkiem. Nie doczekawszy się odpowiedzi, pokręcił delikatnie głową i powolnym krokiem wszedł do morza. Rudra patrzył na niego z wściekłością, życząc mu długiej i bolesnej śmierci, lecz starzec zniknął po prostu, przykryty ogromną, spienioną falą.

[center]~*~[/center]

Vasco da Gama nie chadzał do burdeli. Uważał, że jako osoba szlacheckiego pochodzenia i całkiem nienagannej postury, powinien trzymać się od takich przybytków z daleka. Poza tym, kobiet nigdy mu nie brakowało – wręcz przeciwnie: sądził, że to właśnie szlachcianki są o wiele bardziej wyuzdane od zwyczajnych wszetecznic. Kiedy więc Pêro wymyślił, by pójść do Letniego Lupanaru, chwilę musiał się zastanowić. Nie mógł się co prawda poszczycić nieposzlakowaną opinią – miał za sobą zdecydowanie zbyt wiele złamanych serc, awantur i bijatyk – lecz ojciec od zawsze powtarzał mu, że szanujący się mężczyzna nie chodzi do zamtuzów.
Pêro nie dawał jednak za wygraną i Vasco w końcu się złamał. Nie miał zbyt wiele do stracenia – ojciec wyjechał z Lizbony na kilka miesięcy, a on sam planował wkrótce gdzieś wypłynąć – więc pewnego wieczora wybrali się do usytuowanego nieopodal portu Letniego Lupanaru.
W środku znajdowało się wielu ludzi, pomimo stosunkowo wczesnej pory. Zazwyczaj klientami byli rybacy, żeglarze lub kupcy, mający jakieś załatwienia w porcie. Burdel nigdy nie uskarżał się na niedostatek interesantów, ponieważ Lizbona na brak ruchu nigdy narzekać nie mogła – zawsze znajdował się ktoś, pragnący cielesnych uciech.
— Dwa piwa – powiedział Pêro, podchodząc do kontuaru i rzucając na blat dwie miedziane monety. Gburowaty mężczyzna po drugiej stronie spojrzał tylko na niego znudzonym wzrokiem i chwilę później wręczył mu parę obciekających pianą kufli.
Vasco nie bez trudu znalazł wolny stolik. Gdzieś pod schodami ledwo co zwolniło się miejsce, więc z wielką ulga usiadł i rozpoczął lustrowanie reszty gości. Znalazł kilku Francuzów, z których języka zawsze się śmiał, i naburmuszonych Anglików, sączących leniwie piwo w kącie sali. Oprócz tego naliczył kilkanaście prostytutek – jednych ładniejszych, drugich mniej – i mnóstwo pracowników portowych, których znał z widzenia.
— Którą wybierasz? – zagadnął Pêro, również lustrujący pomieszczenie.
— Mój drogi, nic ciekawego tu nie widzę. Rudych mnóstwo, a wiesz, że ja rudych nie cierpię.
— Tamta jest całkiem w porządku – mruknął, wskazując kuflem przeciwległy kąt sali. Vasco parsknął, rozbryzgując pianę po całym stoliku.
— Lepiej się popraw, bo nigdzie ze mną nie popłyniesz. Ślepiec mi na pokładzie niepotrzebny.
— Zabawne…
Czas mijał, na stoliku co rusz pojawiały się kolejne puste kufle, humor dopisywał, a tematów do rozmowy nie brakowało. Lecz gdyby Vasco siedział tyłem do schodów, jak Pêro, zapewne wiele by tamtego wieczora stracił. Zbieg okoliczności sprawił jednak, że da Gama widział dokładnie każdą osobę, która po nich stąpała. Każdą.
— Hej, co jest? – Pêro, już wyraźnie wstawiony, obrócił się, chcąc zobaczyć w co, lub w kogo, tak natarczywie wpatruje się jego przyjaciel. Próbując jednak tego dokonać, złamał liche oparcie krzesła i wylądował na podłodze, boleśnie obijając sobie brodę.
— Zaraz wracam – mruknął Vasco, wstał, przeszedł bezpardonowo nad rozłożonym na posadzce przyjacielem i zniknął gdzieś między stolikami.

[center]~*~[/center]

Estêvão chodził dumny jak paw od chwili, w której król Jan zlecił mu odkrycie morskiej drogi do Indii. Jeszcze nikomu się to nie udało, nawet butnemu Kolumbowi i przebrzydłym Kastylijczykom. A on, ze szlachetnego i starożytnego rodu da Gama, on, od małego przygotowywany do wielkich czynów, miał przysporzyć sławy swojemu państwu, królowi i nazwisku!
Vasco wiedział, że jego czas miał jeszcze nadejść. Ojciec przez całe życie pracował ciężko, podróżując, pływając wszędzie, gdzie został wysłany, odkrywając nowe lądy i na stałe przyczyniając się do chwały swojego rodu. Odkrycie drogi morskiej do Indii miało być zwieńczeniem jego wspaniałej żeglarskiej kariery, dzięki któremu jego nazwisko miałoby zostać utrwalone w pieśniach i poematach po wsze czasy…
Niestety król Jan zmarł – a nikt nie wiedział jak i dlaczego. Mężny, rosły, w kwiecie wieku, nagle został złożony chorobą i po kilku dniach śmierć zabrała go z ziemskiego padołu. Cała Portugalia okryła się żałobą, atmosfera w państwie zrobiła się napięta – wszak król nie pozostawił syna. Nikt nie myślał wtedy o żegludze, o Indiach – ważne było tylko to, kto zostanie władcą.
W końcu padło na stryjecznego brata króla Jana, Manuela, młodego, przystojnego mężczyznę, do którego Estêvão udał się na audiencję tak szybko, jak tylko mu na to pozwolono.
— Mój kuzyn wiele o tobie mówił, da Gama. – Król Manuel siedział na tronie z ciężką koroną na głowie, dumnie wypinając pierś, odziany w kolorowe, bogato zdobione szaty. Jego kozia bródka zawinęła się figlarnie u końca, przez co król wydawał się być młodym, niedoświadczonym chłystkiem, mającym stać się marionetką w rękach możnych.
Nic bardziej mylnego.
— Twoje wsparcie dla mojej osoby zostanie sowicie wynagrodzone. Czy jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić, Estêvão?
Da Gama stał w bezpiecznej odległości od króla z potulnie spuszczoną głową. Nigdy nie miał do czynienia z Manuelem, nie wiedział, na co go stać oraz na co można sobie przy nim pozwolić. Owszem, król Jan wiele mu o nim opowiadał, lecz to jednak nie wystarczało. Estêvão musiał być ostrożny, wszak na szali położona została jego przyszłość!
— Wdzięczność i łaska Waszej Miłości jest dla mnie największą nagrodą – odparł skromnie. Manuel zaśmiał się i popatrzył na da Gamę rozbawionym wzrokiem.
— Drogi da Gama, obydwoje doskonale wiemy, co jest twoim największym pragnieniem.
Estêvão podniósł głowę i popatrzył wprost na rozłożonego na tronie monarchę.
— Popłyniesz do Indii. W styczniu przyjedź do Montemor-o-Novo, gdzie omówimy szczegóły.

[center]~*~[/center]

Zamek w Montemor-o-Novo majaczył majestatycznie już z oddali. Estêvão wraz z dwójką najstarszych synów – Paulo i Vasco – oraz orszakiem służby powoli, stępem kierował się w stronę wzgórza, starając się chłonąć całym sobą ten piękny widok i próbując przygotować się na to, co miało go spotkać.
— Jak myślisz, kto dostał królewskie zaproszenie? – zapytał Vasco, jadący tuż po prawicy ojca.
— Na pewno de Coimbra, on się wszędzie wepcha. – Paulo parsknął cicho. – Dias z pewnością, mój stary druh, nie widziałem go już tyle czasu!
— Jak myślisz, dlaczego Dias nie został mianowany dowódcą wyprawy? – spytał ostrożnie Vasco, wiedząc, że wchodzi na niebezpieczny grunt. Faktycznie, ojciec wydął lekko usta, lecz odpowiedział bardzo grzecznie, tak, jak zawsze miał w zwyczaju.
— A kto stanął murem za Manuelem, gdy przyszło walczyć o tron? Gdzie był wtedy sławny Bartolomeu Dias?
Vasco zmarszczył delikatnie czoło. No właśnie: gdzie?
Estêvão da Gama oraz jego synowie zostali przywitani bardzo uroczyście przy wjeździe do miasta. Naprzeciw wyszedł im kanclerz królewski wraz z markizem Bragançą oraz gwardia honorowa.
— Dotarliście ostatni, Estêvão – powiedział Bragança, czekając, aż da Gamowie zejdą z koni. Vasco podał lejce parobkowi i przybliżył się do ojca. – Msza rozpocznie się o siódmej.

[center]~*~[/center]

— Dwadzieścia tysięcy!
— No a ile?
Dwadzieścia tysięcy?!
— Za dwadzieścia tysięcy reali można opłynąć świat z pięć razy!
— Proszę, spróbuj!
— Och, na litość bos…
— Boga w to nie mieszaj!
JAK ŚMIESZ ODZYWAĆ SIĘ TAK DO KARDYNAŁA?!
— …siedem statków.
Siedem statków?!
— Plus zaopatrzenie.
— Ty chyba…
— SPOKÓJ!!!
Zamkiem w Montemor-o-Novo wstrząsnął ryk króla Manuela. Każdy z kłócących się szlachciców w porę ochłonął i nie wykrzyknął już ani słowa. Wszyscy wrócili spokojnie na swoje miejsca, dysząc ciężko jak po szybkim biegu.
— Drodzy panowie, to bardzo chwalebne, że aż tak zależy wam na powodzeniu naszej misji i pragniecie ją przygotować najlepiej jak się da – zaczął król z ledwo słyszalną nutką ironii. – Dajmy się jednak wypowiedzieć przywódcy całej wyprawy, panu Estêvão da Gamie.
Da Gama siedział bowiem cichutko od samego początku, przypatrując się uważnie wszystkim w środku. Przy niezwykle długim stole siedziało około trzydziestu osób, mających wiedzę lub tytuły uprawniające ich do podejmowania różnorakich decyzji związanych z przyszłością kraju.
— Przemyślałem wszystko na spokojnie, zaciągnąłem porady u moich synów i oto, co mam do powiedzenia: proponuję zakupić trzy duże statki oraz jeden zaopatrzeniowy. Bartolomeu, co ty o tym sądzisz? – zapytał starego przyjaciela, uważając go za bodaj jedyną osobę, będącą w stanie sensownie się wypowiedzieć.
— Wydaje mi się to racjonalną propozycją.
— Cztery statki zatem! – wykrzyknął król. – Wspaniale!

Narada w Montemor-o-Novo trwała do późnych godzin nocnych. Następne dni miały jednak osłodzić nieco jej trud, bowiem król postanowił zorganizować bal maskowy. Zaproszono kwiat portugalskiej szlachty – mnóstwo pięknych szlachcianek, przystojnych młodzieńców – sprowadzono z różnych zakątków świata ogrom rarytasów, a kuchmistrzowie przygotowali wiele egzotycznych potraw.
— Tylko nie spij się jak ostatnio – warknął Paulo do młodszego brata, stojąc z szeroko rozpostartymi ramionami i czekając, aż służący zapnie jego szatę. Vasco puścił tę uwagę mimo uszu.
— Gotowi? – Do komnaty wszedł Estêvão, odziany w piękną, karmazynową szatę, wspaniale kontrastującą z białą kryzą. Czarne, wysokie buty stukały głośno, uderzając o posadzkę, dodając da Gamie powagi i majestatu.
— Oczywiście.
Da Gamowie opuścili komnatę i ruszyli korytarzem w stronę schodów. Wtedy, ni stąd ni zowąd posadzka zaczęła się trząść, a na ścianach i kolumnach pojawiły się delikatne pęknięcia. Niebo w sekundzie pociemniało tak, że z dnia zrobiła się noc, a wiatr zerwał się tak silny, o jakim w Portugalii jeszcze nikt nigdy nie słyszał.
— Co się dzieje?
Estêvão rozglądnął się dookoła, chcąc sprawdzić, skąd dochodzi niebezpieczeństwo, ale korytarz nadal był pusty.
Puściła się ulewa, a trzęsienia ustały. Nagle w korytarzu rozległ się świst i Vasco usłyszał, jak ojciec wydaje dziwne stęknięcie. Odwrócił się w sekundzie, ale było już za późno.
Z piersi Estêvão wystawała jedna złota strzała, pięknie wyglądająca na tle jego karmazynowej szaty.

[center]~*~[/center]

Zza ogromnych, drewnianych skrzyń wychyliła się najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek widział. Ostatnio spotykał się z nią nader często, lecz zawsze, kiedy przebywała w jego pobliżu, nie mógł skupić się na niczym innym. Była wysoka i szczupła – zawsze stąpała dumnie wyprostowana – o nieskazitelnej cerze i aksamitnej skórze. Lniana suknia wyraziście uwydatniała jej jędrny biust, na który opadały kaskady czarnych, pofalowanych włosów. Szeroki, biały uśmiech podkreślał jedynie figlarne piegi, jakimi upstrzona była jej pociągła twarz, a gęste, długie rzęsy skutecznie przykuwały wzrok do jej dużych, orzechowych oczu.
— Wybiera się pan gdzieś, panie da Gama? – zagadnęła, podchodząc bliżej. Głos miała lekko zachrypnięty, co zawsze wydawało mu się niezwykle pociągające.
— Owszem, kochana. Niebawem wypływam – odparł, zawiązując jeden z worków.
— Gdzież to, szanowny konkwistadorze?
— Do Indii.
— Do Indii! – powtórzyła, spoglądając na niego z rozbawieniem. – Panie da Gama, cóż pan tam zgubił?
— Sławę, bogactwo i kobiety, kochana.
Zaśmiała się perliście, przez co w kącikach oczu zrobiły jej się niewielkie zmarszczki. Ostatkiem sił powstrzymywał się, by na nią nie popatrzeć. Nie wiedział, co sprawiało, że tak na niego działała – uzależniająco, wręcz chorobliwie – ale zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie ze sobą niosła.
Podeszła bliżej, tak, że niemalże dotykała go swoim biustem.
— Będzie pan za mną tęsknił, panie da Gama? – spytała, przygryzając dolną wargę i patrząc na niego spod wachlarza długich rzęs. Mężczyzna przegrał walkę z samym sobą i spojrzał wprost w jej piękne oczy.
— Oczywiście, kochana. Pod warunkiem, że ty będziesz tęsknić za mną.
Ponownie zaśmiała się, po czym odwróciła się na pięcie, smagając go po twarzy gęstymi włosami, i ruszyła ku wyjściu z portu. Vasco da Gama odprowadził ją wzrokiem, po czym poczuł mocne szturchnięcie w ramię.
— Daj sakwę, muszę opłacić powroźników. – Pêro podszedł do niego, ocierając czoło wierzchem dłoni, cały spocony i brudny.
— Masz – mruknął Vasco, sięgając za pazuchę, lecz pieniędzy nie było tam, gdzie je umieścił. Kiedy jego długie palce natknęły się jedynie na powietrze, bardzo szybko dodał dwa do dwóch. – A to franca.
— Co, znowu cię okradła? – Pêro nawet nie próbował udawać, że mu współczuje. Zawsze w takich przypadkach ogarniała go lekka irytacja – wszak ileż można dawać się oszukiwać jak dziecko tej samej kobiecie od wielu miesięcy?
Nie odpowiedział.

Lipiec przyszedł niezwykle szybko. Przygotowywanie podróży, której miał przewodniczyć, pochłaniało mnóstwo czasu i energii i ani się spostrzegł, już trzeba było wypływać. Król Manuel zebrał jeszcze raz wszystkich uczestników wyprawy oraz najwyższych dostojników świeckich i duchownych na zamku w Montemor, uroczyście żegnając ich i powtarzając frazesy o krzewieniu chrześcijaństwa oraz pokoju i konieczności odnalezienia Prezbitra Jana, który rządził bogatym krajem gdzieś na wschodzie Afryki.
Wtedy właśnie Vasco po raz pierwszy poczuł delikatne, ledwo wyczuwalne ukłucie lęku. A co jeśli zawiedzie? Co jeśli mu się nie uda? Co jeśli rozbije się gdzieś na południu i zginie zapomniany przez Boga? Przysiągł co prawda na klęczkach przed królem, że wykona wszystkie polecenia swojego monarchy, że odkryje ziemie wschodnich Indii; ucałował jedwabny sztandar zakonu chrystusowego, a nawet krzyż święty, więc jeśli Jedyny Bóg nie miał zamiaru mu pomóc, był stracony.
— Dobry wieczór, panie da Gama. – Do Vasco podeszła piękna, młoda córka markiza Bragança, ubrana w ciemnozieloną, powłóczystą suknię, z gorsetem bogato inkrustowanym drogimi kamieniami i wysokim kołnierzem. Bal pożegnalny trwał w najlepsze – muzycy grali jakąś żywą melodię, w rytm której kilkanaście par stąpało po parkiecie.
Vasco odwrócił się w jej stronę i ukłonił się nisko.
— Dobry wieczór.
— Jak nastroje przed podróżą, panie da Gama? – zapytała, uśmiechając się figlarnie.
— Wyborne – odparł.
— Naturalnie. Nie może pan nas przecież zawieść.
— Och! Dlaczegóż to?
— Cała Portugalia o panu mówi. Jest pan na ustach dosłownie każdej kobiety – odparła, zalotnie odwracając wzrok.
— Coś podobnego…

W lizbońskim porcie stało mnóstwo ludzi, wiwatujących na cześć Vasco da Gamy. Wierzyli, że ten niepozorny z wyglądu żeglarz, przyniesie chwałę ich państwu i wspaniałemu władcy. Tłum był różnorodny – od zwykłych parobków portowych po szare eminencje Lizbony – lecz Vasco da Gama szukał wzrokiem tylko jednej osoby.
— Co, nie ma jej? – Pêro czytał z twarzy swojego przyjaciela jak z otwartej księgi. Vasco nie był w stanie mieć przed nim tajemnic.
— Nie.
— No cóż…
Pêro popatrzył ze współczuciem na dowódcę i westchnął cichutko. Od ich pamiętnej wyprawy do Letniego Lupanaru, której skutki jego broda nadal odczuwała od czasu do czasu, Vasco da Gama uległ pewnej przemianie. Oczywiście nie stał się świętym – nadal pił, wszczynał bójki i uwodził kobiety, lecz teraz zaczął jeszcze chadzać do burdelu. Do tego jednego konkretnego, do wybranej przez siebie piękności, która zawładnęła jego sercem, umysłem i ciałem.
Ósmego lipca 1497 roku Vasco da Gama wraz z ze stu siedemdziesięcioma ludźmi płynącymi na czterech statkach, opuścił port w Lizbonie i wzdłuż rzeki Tag skierował się do ujścia Oceanu Atlantyckiego.
Morze już na niego czekało.

Vasco puścił balustradę i odwrócił się w stronę pokładu, a wtedy jego serce zamarło.
[center][/center] Na środku ze stoickim spokojem stał starzec wsparty o lasce. Był łysy i żółtoskóry, a na ramiona miał zarzucony złoty płaszcz, dzięki któremu jarzył się jak słońce w zenicie. Piękne oczy patrzyły wprost na Vasco niezmrużone, jakby nie działały na nie promienie słońca.
— C-co? Kim jesteś? – Vasco przygotowywał się do tej wyprawy od bardzo dawna. Wszystko miał zapięte na ostatni guzik, każda osoba, chodząca po pokładzie nie znalazła się tam przypadkowo, więc co, u licha, robił tam ten dziadek?
Starzec jedynie uśmiechnął się nieśmiało i spuścił wzrok.
— A, no tak. – Pêro doskoczył do przywódcy bez cienia zakłopotania. – Musiałem za coś opłacić powroźników, prawda? A on dawał dwa tysiące reali od ręki za miejsce na statku. Głupi by nie wziął.

Vasco zrobił szybki obchód i poczuł lekkość w sercu na widok podnieconych min swoich kompanów. Każdy cieszył się na myśl o podróży, która, oczywiście, nie miała być ani lekka, ani krótka, ale za to niezapomniana i chwalebna. Wszyscy wykonywali swoje obowiązki z należytą gorliwością – jeszcze sprawdzano stan techniczny karaki przed wypłynięciem na otwarte wody, ale wszystko wydawało się być w porządku. Da Gama z uśmiechem na ustach ruszył więc w stronę swojej kajuty, by po raz kolejny otrzeć się o zawał serca.
— Chyba sobie żartujesz.
Na jego pryczy siedziała piegowata, ciemnowłosa piękność, szczerząca zęby w szerokim uśmiechu.
— Nie możesz tu być. Gdy reszta załogi cię zobaczy, każe cię wyrzucić.
Udała, że robi smutną minę.
— Dlaczego?
— Bo kobieta na statku przynosi pecha. Poza tym, nie było cię na liście gości.
— Pecha? Panie da Gama, czy ja kiedykolwiek przyniosłam panu pecha? – spytała, spoglądając na niego figlarnie.
Vasco czuł mrowienie w członkach tak silne, że ledwo wytrzymywał. Zawsze tak się działo, gdy się denerwował. Musiał zebrać załogę statku i oświadczyć, że mają jednego towarzysza więcej, a co najważniejsze, tym towarzyszem jest kobieta. Prostytutka. Z Letniego Lupanaru. Miejsca, które było drugim domem dla połowy jego kompanów.
Poczuł się nieswojo.
— Jak się tutaj w ogóle dostałaś?
— Przyszłam w nocy.
— Przecież w nocy również było na statku mnóstwo ludzi.
— Ale o wiele mniej niż w dzień.
— Ale…
— Jestem złodziejką i prostytutką. Myśli pan, że nie potrafię stać się niewidzialna?

Sytuacja na pokładzie „São Gabriela” została opanowana całkiem szybko. Okazało się, że nie tylko Vasco da Gama czynił bardzo długie przygotowania do podróży w stronę Indii – jego ciemnowłosa przyjaciółka również wykorzystała swoje wszelkie znajomości i umiejętności, by umożliwić sobie rejs w nieznane statkiem pełnym mężczyzn.
Znała ryzyko. Od trzeciego roku życia, czyli od momentu, kiedy matka zostawiła ją na pastwę losu w lizbońskim porcie, by już nigdy po nią nie wrócić, ryzyko towarzyszyło jej każdego dnia. Musiała walczyć o przetrwanie, nie bacząc na okoliczności. Potrafiła dać sobie radę w każdej sytuacji.
A teraz zapragnęła wyruszyć na poszukiwanie przygody.
Przez dwa tygodnie płynęli na południe, mijając Wyspy Kanaryjskie i docierając do Archipelagu Zielonego Przylądka, a podróż mijała bez zbędnych ekscesów. Cztery statki: flagowy „São Gabriel”, „São Rafael”, którym dowodził starszy brat Vasco, Paulo, „Berrio” i „São Miguel” płynęły w bezpiecznej odległości od siebie, nie tracąc się ani na moment z pola widzenia. Kiedy jednak karaki wpłynęły pomiędzy Wyspy, nad pozornie spokojną taflą wody pojawiła się nagle gęsta, mlecznobiała mgła, która nie pozwalała dostrzec końca bukszprytu, a co dopiero sąsiedniego statku.
Załoga zaczęła powoli wpadać w panikę, miotając się po pokładzie i próbując przekrzyczeć mgłę.
— Dawaj mapy. – Vasco wpadł jak burza do pomieszczenia, w którym odbywały się obrady najważniejszych członków załogi i oparł się o stojący na środku stolik. Pêro wyciągnął z kredensu całe naręcze zwoi i rzucił je na blat. – Jesteśmy tutaj – powiedział, wskazując odpowiednie miejsce na mapie. – Jeśli wszyscy przestali płynąć w mniej więcej tym samym momencie, nie możemy być daleko od siebie. Jak tylko mgła opadnie, odnajdziemy się wzajemnie – orzekł hardo, spoglądając po kolei po twarzach swoich towarzyszy. Nie wyglądali na przekonanych.
Niestety, mgła wcale nie chciała zniknąć. Co więcej, Vasco wydawało się, że gęstnieje jeszcze bardziej, obłapiając statek coraz natarczywiej i wdzierając się do jego nawet najciaśniejszych zakamarków. Wszyscy przemokli i przemarzli do szpiku kości, próbując znaleźć jakieś miejsce, gdzie mgła nie była w stanie ich dosięgnąć.
— Jak się czujesz? – zapytała, podchodząc do niego od tyłu. Odwrócił się i zobaczył, jak bardzo była zmęczona.
— Lepiej niż ty wyglądasz, kochana.
— To nie było miłe, panie da Gama – mruknęła, a w jej głosie dało się słyszeć nutkę urazy.
— Nie dąsaj się, kochana – powiedział, podchodząc do niej i otaczając ją ramieniem. Przyciągnął ją do siebie i pocałował w czubek głowy. – Takie są uroki życia na morzu. Sama chciałaś! – zaśmiał się i wrócił do Pêra.
Tylko jedna osoba wydawała się być niewzruszona całym zajściem. Podczas gdy załoga biegała i krzyczała, a jej dowódca chodził wzburzony w tę i z powrotem po pokładzie, łysy, żółtoskóry starzec stał na środku z zamkniętymi oczami, oddychając głęboko i spokojnie. Przez twarz co chwilę przebiegał mu jakiś skurcz, jednak minę miał pogodną. Jego złota szata ociekała wodą, lecz mężczyzna nie wyglądał na zziębniętego.
— Dziwny człowiek – mruknął Pêro, spoglądając na starca kątem oka.
— Nawet nie wiem, jak się nazywa – odparł Vasco.
— Ja też nie.
— Wziąłeś człowieka na pokład, nie pytając go nawet o imię?
— Posłuchaj, jak ktoś ci wciska w dłoń dwa tysiące reali, nie pytasz o takie głupoty.
Twarz starca wykrzywiała się w coraz większym grymasie, jakby coś sprawiało mu ogromny ból. Dłoń opierająca się na lasce, drżała niebezpiecznie, ale ten nawet na moment nie otworzył oczu. Mgła poczęła go otaczać; pojedyncze języki białej materii oblepiły go z każdej możliwej strony.
— Nigdy nie widziałem tak dziwnej mgły… - mruknął Pêro, stojąc w niewielkiej odległości od starca.
Wtedy ten upadł z rozdzierającym krzykiem, ginąc we mgle. Pêro i Vasco zerwali się, by pomóc starcowi wstać, lecz ten leżał bokiem na deskach, z rękoma na klatce piersiowej, niezdolny wypowiedzieć słowa. Kiedy Vasco złapał go za ramię, próbując podnieść go chociażby do pozycji siedzącej, otworzył szeroko oczy i zaczął dyszeć jak po ciężkim biegu. Sekundę później mgła w niezwykłym tempie poczęła opuszczać statek. Uciekała tak szybko, jakby ktoś stał z drugiej strony i w nią dmuchał. Starzec zbierał jeszcze siły przez kilka minut, po czym wstał przy pomocy Vasco i Pêro. Podziękował im obu, ściskając ich dłonie, po czym usiadł, opierając się o nadburcie. Ci stali jeszcze lekko oszołomieni, po czym ocknęli się w mniej więcej tym samym momencie i wrócili do swoich zajęć.
Odnalezienie reszty statków zajęło im dłuższą chwilę. Kosztowało ich to wiele nerwów, ale przy wyspie Santiago kapitan każdego z okrętów odetchnął z ulgą. Zawinęli do portu na wyspie i zeszli na ląd, wszyscy zgodnie powtarzając, że nigdy w życiu nie widzieli czegoś podobnego, a przecież byli to żeglarze mogący pływać po tych wodach z zawiązanymi oczami.
Uzupełnili zapasy świeżej wody i ruszyli w dalszą podróż w kierunku południowym. Po kilku tygodniach flotylla znalazła się daleko od zachodniego wybrzeża Afryki – dookoła rozpościerał się jedynie ocean…
Bezkresne wody początkowo wydały się wszystkim niezwykle pociągające. Oto w końcu rozpoczyna się właściwa część przygody! Później jednak podniecenie opadło i wszechogarniające morze zaczęło wszystkich nużyć, a potem w końcu irytować. Ludzie zaczęli mieć dość.
— Idzie sztorm – rzekł Pêro pewnego wietrznego popołudnia.
— Nie mów!
— Potężny. – Granatowe ciemne chmury wisiały nisko na niebie. Ledwo Pêro skończył mówić, na nos spadła mu pojedyncza kropla deszczu. – Gabriel się rozchorował.
— Na co?
— Medyk mówi, że na szkorbut, ale ja tam się nie znam.
— Musi go postawić na nogi. Z językiem hindi u mnie słabo, potrzebujemy tłumacza.
— Zawsze mamy jeszcze Jawaharlala.
— No tak, ale co dwie głowy, to nie jedna. Gdybyśmy szli twoim tokiem rozumowania, twoja stopa nawet nie dotknęłaby pokładu.

Tej nocy na morzu rozpoczęło się istne piekło. Południowo – wschodni wiatr rzucał łajbami jak łupinkami orzecha, rozhuśtane fale wznosiły je na ogromne wysokości, a granica między wodą a niebem gdzieś znikła… Żagle i maszty zostały połamane, statki ponownie straciły się wzajemnie z pola widzenia, a woda dostawała się pod pokłady, siejąc panikę wśród mniej doświadczonych członków załóg. „São Gabriel” chybotał się niebezpiecznie to na prawo, to na lewo, co chwila przykrywany potężnymi, spienionymi falami, a z nieba spadały równomierne strumienie deszczu. Vasco chodził z zakrwawioną połową twarzy, ponieważ naciągnięta do granic możliwości lina zerwała się i uderzyła go prosto w łuk brwiowy.
— Schowaj się! – ryknął Pêro do starca, starając się przekrzyczeć wichurę. Ten stał, trzymając się jedną ręką wysokiej belki, a drugą opierając się na lasce. Jego oczy ponownie były zamknięte; ciało przebywało na pokładzie, ale znajdował się zupełnie gdzie indziej…
— Rudro! Zaklinam cię! Rudro! O, Wyjący! Zaprzestań swoich działań!
— Nigdy! Plugawi jawnogrzesznicy, bezwstydni, zaślepieni żądzą sławy i bogactwa… Nie ma dla takich miejsca w naszym domu!
— W czyim domu?!
— W naszym! Ludzie Indii nie chcą zarazy w swoim państwie. Niech te pluskwy wracają tam, skąd płyną, albo morze pochłonie je na wieki!
— Nie wiesz, co czynisz! Pochłoną cię naraki i już nigdy nie ujrzysz słońca!
— Naraka nie pochłonie bóstwa! A Rudra jest bóstwem wielkim i potężnym!
— Rudra jest głupcem. A naraki chłoną głupców.

Ruch na pokładzie był ogromny. Nikt nic nie widział, wszyscy biegali na oślep, starając się uratować statek przez zatonięciem. Cztery osoby wypadły za burtę w czasie jednego z wyższych podskoków i już więcej nich nie zobaczono…
Ciemnowłosa kobieta siedziała pod pokładem, kurczowo trzymając się belki. Wiedziała, że na nic nie przyda się u góry, więc zeszła załodze z drogi. Miotało nią po całej posadzce, a burta przeciekała, lecz nie stanowiło to jeszcze poważnego zagrożenia. Nie wiedziała, ile godzin minęło, nim wszystko się uspokoiło. Kiedy sztorm ustąpił, była cała zziębnięta, przemoczona i poobijana, a z rozcięcia na wardze lała się jej krew. Nie miała siły się podnieść, więc po prostu położyła głowę na wyprostowanej ręce i zapadła w sen.
— Witaj, kochana. – Vasco da Gama kucał przy jej głowie, odgarniając jej włosy z ubrudzonego czoła.
— Dzień dobry, panie da Gama – odparła spierzchniętymi, popękanymi wargami. Słona woda bardzo wysuszyła jej skórę.
— Chyba pora wrócić do góry – powiedział, podając jej dłoń. Nawet sztorm nie był w stanie pozbawić go jego naturalnego, nonszalanckiego uśmiechu.
Nigdy wcześniej nie wydał się jej aż tak przystojny jak wtedy, cały brudny, z zaschniętą krwią na twarzy i podartym ubraniem.
— Niech medyk cię opatrzy – powiedziała, wchodząc powoli po drabinie.
— Medyk już ma co robić.
Kiedy Vasco wychylił głowę tuż nad pokład, jedna beczka z winem, której majtek nie zdążył złapać, przeturlała się szybko w stronę kapitana, zatrzymując się dopiero na jego twarzy.

Siedziała u wezgłowia, machinalnie gładząc mu włosy, z policzkami zaczerwienionymi od płaczu. Jego twarz wyglądała tragicznie; złamany nos niewprawnie nastawiony prezentował się karykaturalnie, a granatowe sińce pod oczami nadawały Vasco upiornego wręcz wyglądu. Mijał już trzeci dzień, a dowódca nadal nie odzyskiwał przytomności. Chirurg nie był w stanie nic zrobić, należało zabrać kapitana na ląd, lecz ten czekał oddalony o miesiące drogi stąd…
Starzec chodził naburmuszony i po jego pogodnym nastroju nie został nawet ślad. Odkąd wypłynęli, nie odezwał się do nikogo ani słowem, chodząc niemal niezauważany po statku, nikomu nie przeszkadzając. Jakież było więc zdziwienie Pêra, gdy nagle, w czwartym dniu od nieszczęśliwego wypadku, ten podszedł do niego i powiedział:
— Pragnę widzieć się z kapitanem.
Pêro był w takim szoku, że nawet nie zapytał o cel wizyty, tylko od razu zaprowadził starca do kajuty da Gamy. Mędrzec bez zbędnych słów podszedł do łóżka, na którym leżał Vasco, i zza pazuchy swojej złotej szaty wyciągnął mieszczący się w dłoni skórzany worek. Nachylił się nad mężczyzną i przyłożył go do ust.
— Hej! – krzyknęli równo kobieta i Pêro. – Najpierw musisz powiedzieć, co to.
— Soma – odparł starzec. – Napój życia. On więdnie. Jego mózg umiera, a wraz z nim duch i ciało. – Uchylił nieco wargi kapitana i wlał do nich złoty płyn. – Jutro rano będzie jak nowonarodzony – rzekł, po czym opuścił pomieszczenie.
— To szaleniec – wyartykułowała bezdźwięcznie kobieta, gdy ucichł już stukot laski. Pêro tylko wzruszył ramionami.
— Nie mamy za wiele do stracenia, prawda?

Vasco faktycznie wrócił do pełni sił już następnego ranka. Nikt nie potrafił tego wytłumaczyć – ani chirurg, ani medyk, ale nos zrósł mu się prawie idealnie, sińce spod oczu zniknęły, a ból głowy ustał jak ręką odjął. Każdy traktował to jak cud. Boża Opatrzność czuwała nad wspaniałym, nieustraszonym dowódcą „São Gabriela”.
W końcu, czwartego listopada, po miesiącach wyczerpującej walki z morzem, długich chwilach zwątpienia i załamania, niezliczonej ilości kłótni i bijatyk, marynarz, stojący w bocianim gnieździe, krzyknął:
— Ziemia! Ziemia!
Na pokładzie od razu zaroiło się od ludzi, a wynędzniałe twarze członków załogi znowu rozbłysły nadzieją. Po trzech dniach dotarli do zatoki, którą Vasco nakazał powitać honorową salwą z dział. Chwilę później zaległa cisza, pył zaczął powoli opadać, a potem… Potem nastąpił wybuch euforii wśród załogi. Ludzie krzyczeli, tupali, ściskali się i otwierali beczki tego lepszego wina, zachowanego na specjalne okazje. Nikt nie myślał wtedy o tych, którzy stracili życie podczas minionych miesięcy – zabranych przez morze czy złożonych chorobą. Nagle to, co już minęło, straciło na wartości. Złe wspomnienia zaginęły w najdalszych zakątkach ludzkich umysłów.
— Jaką nazwę chcesz nadać nowemu lądowi? – zapytał kapelan dowódcy, gdy ich stopy dotknęły piaszczystej plaży.
— Ujrzeliśmy go czwartego listopada… Zatem będzie to Zatoka Świętej Heleny, patronki tego dnia.
Załoga ruszyła na poszukiwanie wody pitnej i na polowanie, po którym wszyscy zrobili sobie wyborną ucztę ze świeżym mięsem w roli głównej. Po kilku dniach majstrowie zabrali się za naprawianie szkód wyrządzonych statkom, a Zacuto, żydowski astronom płynący na „São Rafaelu”, zapoznał dowódców z nowym modelem astrolabium, które opracowywał od dnia opuszczenia Lizbony.
Ostatniego dnia kapelan odprawił uroczystą mszę na plaży, po której wszyscy mieli pożegnać się z lądem i wrócić na statki. W trakcie liturgii dobiegł ich jednak szum dobiegający z lasu i kiedy wszyscy poderwali się, by sprawdzić jego źródło, na plażę wyszła spora grupa Murzynów, przywiedzionych tam niespotykanym wcześniej w zatoce ruchem.
Vasco zastanawiał się bardzo krótko.
— Brać ich! – ryknął, a wszyscy, jak jeden mąż, rzucili się w pogoni za tubylcami. Udało im się schwytać tylko jednego.
Dowódca kazał przyprowadzić tłumacza, biegłego w językach wybrzeża Zatoki Gwinejskiej, lecz na niewiele się on zdał – jeniec mówił zupełnie w innym, nieznanym nikomu języku.
Przez kilka godzin dowódcy stali i debatowali, po czym ustalili, że ktoś musi udać się z Murzynem do jego wioski, by zbadać teren. Musiał być to ktoś pełen ogłady, kultury osobistej, o nienagannym wyglądzie i posturze, ale zarazem nikt z głównego dowództwa.
— Sebastiánie, nadszedł twój moment chwały – powiedział Pêro z udawaną powagą, kładąc głównemu rusznikarzowi dłoń na ramieniu. Vasco parsknął śmiechem gdzieś z tyłu, a wybraniec przełknął głośno ślinę. – Nie lękaj się!
— Miejmy nadzieję, że szybko biegasz – dodał da Gama, szczerząc zęby w uśmiechu.
Po kilku godzinach okazało się, że Sebastián naprawdę był niezłym sprinterem. Kiedy słońce już dawno zaszło, a Vasco szykował się do złożenia obozu, rusznikarz wybiegł z lasu z okrzykiem na ustach, wymachując dziko rękami.
— Na statki!!! Na statki!
Wszyscy patrzyli na niego z dziwnymi wyrazami twarzy, nie ruszając się z miejsca. Dopiero kiedy zaraz za nim na plażę wypadła chmara tubylców z dzidami, pochodniami i napiętymi łukami, wszyscy marynarze hurtem rzucili się do łajb. Pierwszy na pokład „São Gabriela” wpadł Pêro i sam począł odpalać lonty armat, czym skutecznie przeraził Murzynów, przeganiając ich tam, skąd przyszli. Gdy zagrożenie uznano oficjalnie za zażegnane, można już było swobodnie odetchnąć z ulgą, a nawet pozwolić sobie na śmiech. Vasco był jednak bardzo niezadowolony. Został delikatnie draśnięty w łydkę jedną z dzid, poza tym nigdy nie uważał armat i muszkietów za idealne metody negocjacji. Żałował bardzo, że nie dał rady się porozumieć z tubylcami, ale po części był w stanie ich zrozumieć – wszak oni tylko bronili swojej ziemi. To oni, Portugalczycy, byli intruzami.
A to nie wróżyło niczego dobrego.

Niedługo minęli Przylądek Dobrej Nadziei, kraniec Afryki, jeden z najdalszych punktów podróży drogiego Bratolomeu Diasa. Oznaczało to ni mniej, ni więcej, że od tej pory Vasco da Gama był zdany tylko i wyłącznie na swą wiedzę i intuicję. Zaraz potem zlikwidowali barkas transportowy, rozdzielając resztę zapasów pomiędzy pozostałe trzy statki i wszystko byłoby w całkowitym porządku, gdyby nie szkorbut. Ludzie zaczęli masowo umierać z wycieńczenia organizmu oraz na puchlinę wodną, której przyczyny ani medyk, ani chirurg nie potrafili wskazać. Zwłoki najczęściej wyrzucano do morza, odmówiwszy uprzednio różaniec. Nie dało się tego opanować. Potrzebowano wody i świeżej, zdrowej żywności, a tego właśnie brakowało najbardziej. Na domiar złego, morze również zaczęło się buntować – na styku oceanów Atlantyckiego i Indyjskiego podniosły się huragany, a niewielkie fale zamieniły się w szalejące, pieniste bałwany co rusz smagające i tak już zdezelowane statki. Flotylla ponownie wyszła z tego obronną ręką, chociaż ponownie ucierpiały żagle i maszty, a burty trzeba było łatać. Kiedy morze się uspokoiło, południowy wiatr począł dmuchać mocno w żagle i statki raźnie płynęły do celu.
— Potrzebujemy wody – mruknął Pêro, przechylając dnem do góry swój bukłak, z którego nie wypłynęła ani kropla. – Musimy gdzieś zacumować.
Jak sobie zażyczył, tak się stało – dwa tygodnie po Bożym Narodzeniu marynarz w gnieździe dostrzegł niezwykle urodziwą, lesistą zatoczkę, do której zadecydowano się wpłynąć. Kiedy podpłynięto bliżej, zauważono, że na brzegu czeka już spora liczba osób.
— Przygotuję armaty – powiedział Pêro.
— Ani mi się waż – warknął Vasco. Dowódca rozkazał majtkom przygotować prezenty – marynarki, kaptury i lniane płótna – i sam popłynął w pierwszej szalupie.
To, co zobaczył, zbiło go nieco z pantałyku. Tubylcy wyglądali zupełnie inaczej niż ci z Zatoki Świętej Heleny – na rękach, nogach, szyjach, a nawet we włosach nosili miedziane, lśniące pierścienie, byli zgrabni i dumnie wyprostowani, a co najważniejsze – powitali przybyszy z uśmiechami na ustach. Ich wódz wpadł w zachwyt na widok prezentów i od razu wcisnął na głowę czerwony kaptur, a następnie wręczył żeglarzom kurę, kaszę kukurydzianą oraz owoce i soki mango. Vasco przyjął dary z wdzięcznością, kłaniając się nisko i kiedy po powrocie na pokład, kartograf zapytał go, jak chce nazwać tę zatokę, odparł:
— Zatoka Dobrych Ludzi.

W trakcie kolejnych dwóch tygodni podróży na północ nigdzie się nie zatrzymywali. Dopiero gdy dopłynęli do krańca Zatoki Mozambickiej, zdecydowali się dobić do lądu i zostać tam na dłużej. Wszyscy byli już zmęczeni morzem, mieli dość słonej wody i nieprzyjemnego chybotania karaki. Cieszyła ich każda minuta spędzana na brzegu i na myśl o powrocie na pokład czuli niemiły ścisk w żołądku.
Miesięczny pobyt w Zatoce Mozambickiej dla wielu skończył się jednak tragicznie. Wśród załogi rozpanoszyła się straszna, nieznana im wcześniej choroba – malaria. Niektórzy padali jak muchy, wyczerpani długimi dreszczami i wysokimi gorączkami, inni męczyli się nieco dłużej, ale też przegrywali walkę z zarazą. Vasco w końcu zadecydował o podniesieniu żagli i dalszej podróży na północ. Płynąc rozległym Kanałem Mozambickim, mijali wielkie łodzie z żaglami z mat palmowych, których załogi składały się głównie z Arabów, co oznaczało, że w końcu byli w stanie zasięgnąć języka. Okazało się, że statki wypływały z bogatego portu w Mozambiku, utrzymującego częste kontakty handlowe z indyjskim portem w Kalikacie…
Vasco bez chwili zawahania zadecydował się obrać kurs na północny zachód, gdzie rządził sułtan Kilwy. Pierwszego wieczora Vasco ugościł go na swoim, podejmując iście królewską ucztą i starając się zrobić na nim jak najlepsze wrażenie. Piękna przyjaciółka przywódcy miała stanowić tutaj dodatkowy atut. I faktycznie, sułtan nie mógł oderwać od niej wzroku. Ta co prawda nie rozumiała ani słowa z tego, co mówi, więc uśmiechała się tylko najpiękniej, jak potrafiła, starając się jednak nie przekraczać granicy dobrego smaku. Później sułtan wkroczył na nieco grząskie, religijne tematy i Vasco musiał wzmóc czujność. To przecież byli Arabowie. Dwulicowi, znienawidzeni Maurowie, z którymi Portugalia tak często prowadziła wojny.
— Droga do Indii jeszcze daleka, a te morza są nam zupełnie nieznane – mówił Vasco. – Możemy potrzebować pomocy, by się nie zgubić i nie przepaść w nicości historii. Z pewnością w tak wspaniałym mieście jak wasze mieszka mnóstwo ludzi światłych i biegłych w sztuce żeglowania, którzy za odpowiednią opłatą pomogą przyjaciołom w potrzebie, prawda?
Piloci się znaleźli i to nie tylko światli i biegli w sztuce żeglowania, ale i bardzo przedsiębiorczy. Zażądali zapłaty z góry, w złocie, po czym ustalono datę wypłynięcia do Indii na dziesiątego marca. W ten dzień na pobliskiej wysepce kapelan odprawił uroczystą mszę świętą oraz dał załodze możliwość odbycia spowiedzi i przyjęcia komunii świętej po raz pierwszy od wypłynięcia z Lizbony.
Niestety, podniosły nastrój został zrujnowany przez nieuczciwych pilotów, którzy otrzymawszy zapłatę, rozpłynęli się w powietrzu.
Vasco był tak wściekły, że walił pięściami o ścianę kajuty, wbijając sobie drzazgi w dłonie. Już chciał wprawiać w ruch armaty i rozdawać załodze muszkiety, kiedy piękna przyjaciółka ujęła jego twarz w swoje drobne dłonie i popatrzyła wprost w piękne, zielone oczy.
— Panie da Gama, jest pan już niemal u kresu swojej podróży – powiedziała delikatnie. – Niech pan nie pozwoli, by największe osiągnięcie pana życia zostało zaprzepaszczone przez złodziejskich Maurów.
Vasco westchnął ciężko, ale musiał się z nią zgodzić. Nie było sensu walczyć. Poszedł więc do Pêra, by zorganizował poselstwo do sułtana, mające wymusić na nim przydzielenie nowego pilota, po czym wrócił do kajuty.
To, co tam zobaczył, poprawiło mu humor na długi czas.

Nowy pilot również okazał się zdrajcą. Pokierował flotyllą na całe zastępy podwodnych raf, które podziurawiły burtę „São Rafaela”, kusząc Vasco zmyśloną chrześcijańską osadą, mającą znajdować się nieopodal. Został za to ukarany chłostą, którą, ku zdziwieniu wszystkich zebranych żeglarzy, zniósł ze stoickim spokojem, za co da Gama znienawidził go jeszcze bardziej.
Niedługo później zawinęli do Mombasy – kolejnego miasta, które Vasco znienawidził właśnie ze względu na arabską pazerność…
Miasto wyglądało już nieco inaczej niż inne spotykane do tej pory. Było o wiele bardziej „ucywilizowane” od reszty – spotykali domy budowane z kamienia, poprzecinane solidnymi, twardymi ulicami. Kiedy statki stanęły na redzie portu, zaczęły się do nich zbliżać łodzie z tubylcami, pragnącymi dostać się na pokład. Vasco zaprosił jednak tylko tych, którzy wyglądali najschludniej i mieli przy sobie podarunki – pomarańcze, barany i kury. Po wymienieniu z nimi kilku zdań, zdecydował się wysłać do miasta zwiadowców. Nie starał się już jednak zrobić dobrego pierwszego wrażenia – oddelegował tam zesłańców, którzy wyruszyli z nim w rejs właśnie po to, by spełniać takie zadania.
Po dwóch godzinach czwórka rosłych, barczystych mężczyzn wróciła na pokład „São Gabriela” z podnieceniem wymalowanym na twarzach.
— Wspaniały, tolerancyjny władca!
— Mnóstwo pysznych potraw!
— Piękny pałac!
— Pokazał ołtarz i mnóstwo różańców.
— Korzenie za pół darmo.
Arabowie przebywający na pokładzie, słuchali z uwagą tłumaczy i po każdym zdaniu ochoczo potakiwali głowami.
— Myślę, że możemy mu zaufać – oznajmił Vasco. – Jeśli jest tu jakaś chrześcijańska enklawa, musimy do niej koniecznie dotrzeć.
Pêro chcąc, nie chcąc, zgodził się z przyjacielem i rozpoczął przygotowania do wpłynięcia do portu i zarzucenia kotwicy. Niestety, statek utknął na mieliźnie. Da Gama wszczął alarm, co spowodowało całkiem niespodziewany ciąg wydarzeń: Arabowie krzyknęli i zerwali się z miejsca, następnie podbiegli do końca nadburcia i jeden po drugim zaczęli wskakiwać do wody. Juan, jeden ze szkutników, całkiem przytomnie złapał jednego za tył szaty tak, że ten upadł na posadzkę, a drugiemu… podłożył nogę Pêro.
— A gdzie to, mili goście? Gdzieś się pali?
Vasco poczuł drętwienie w członkach. Znowu dał się nabrać na arabskie sztuczki.
— Pedro, przynieś, proszę kocioł z oliwą! – krzyknął do jednego z majtków. – Zabawa się skończyła.
Niedoszłych uciekinierów zakneblowano i przywiązano do pala. Vasco nic nie mówił, czekał tylko, aż oliwa w kotle zacznie wrzeć.
— Dobra, dawaj – powiedział po chwili do Pêra.
— Którego?
Vasco popatrzył na przyjaciela spode łba.
— Wybierz sobie.
Dwójka majtków postawiła przy kotle wskazanego przez Pêra jeńca i odeszła od niego na kilka kroków.
— Nuno, tłumacz, proszę, najlepiej jak potrafisz – zwrócił się Vasco do jednego z mężczyzn biegłych w języku arabskim. – Pytanie pierwsze – tutaj przeszył więźnia lodowatym wręcz spojrzeniem – dlaczego uciekaliście?
Kiedy Arab milczał jak zaklęty, rzekł do majtków:
— Niech nasz kolega trochę sobie powisi.
Majtkowie związali jeńca grubymi sznurami tak, by nie mógł wierzgać nogami oraz rękami i zawiesili go ostrożnie na haku, a później wciągnęli do góry tak, że dyndał swobodnie tuż nad kotłem z wrzącą oliwą.
Po kwadransie spuszczania go w dół i wyciągania z powrotem do góry w momencie, gdy wydawało się, że Arab po prostu zedrze sobie gardło, jeniec w końcu zaczął mówić.
— Spisek – wysapał. – Szejk chciał tylko waszych statków. To wszystko co wiem, przysięgam! Chciał was zwabić do miasta i wziąć wasze statki.
— Są tu jacyś chrześcijanie?
— Nie. Kiedyś byli, ale bardzo krótko.

Obydwaj Arabowie zostali bezceremonialnie wyrzuceni za burtę, kotwicę podniesiono, a cała flotylla ponownie wypłynęła na otwarte morze. Następny arabski statek, jaki dostrzegła załoga Vasco da Gamy, brutalnie napadnięto i ograbiono ze wszystkich zapasów i kości słoniowej, po czym zażądano od Maurów przewodnika do Indii. Takiego jednak tam nie było. Ich dowódca polecił Vasco spróbować pozyskać pilota w niedalekim Malindi.
— Dużo tam Hindusów – powiedział. – Często przypływają z towarami.
Vasco długo musiał debatować na ten temat z bratem, Pêrem i Nicolao de Coelho, dowódcą trzeciej karaki. W końcu jednak zdecydował się na spróbować, jak obiecał sobie, po raz ostatni.
Vasco nie musiał długo czekać na pierwsze poselstwo od tamtejszego władcy. Szejk przysłał do niego swojego najwyższego dygnitarza z pięcioma skrzyniami owoców, sokami oraz własnym pierścieniem. W czasie podejmowania gościa zdarzyło się jednak coś, czego nikt chyba nie był stanie przewidzieć – do da Gamy podszedł starzec o lasce, złapał go za ramię i powiedział spokojnie:
— Zaufaj mu.
Da Gama popatrzył na niego z konsternacją, ale poczuł jednocześnie dziwną, niewytłumaczalną błogość i spokój.
— Spotkam się z waszym szejkiem, lecz nie mogę tego uczynić na lądzie.
Dygnitarz skinął głową z ciepłym uśmiechem i powrócił do swojego pana.
Ustalono, że Vasco spotka się z szejkiem na morzu. Arab wybrał się na spotkanie z przybyszem bajecznie kolorową łodzią, zaprojektowaną z przepychem i ozdobioną orientalnymi wzorami. Oprócz tego, wziął ze sobą tuzin towarzyszy. Vasco nie pozostał dłużny szejkowi i również ubrał się w swoje najpiękniejsze szaty, przywdział po raz pierwszy od dłuższego czasu kryzę i kazał wypastować sobie buty. On również zabrał ze sobą swoich najbliższych przyjaciół.
Po krótkiej wymianie uprzejmości, Vasco przypomniał sobie słowa starca. Nie zastanawiając się za bardzo nad tym, co mówi, zdecydował się zaprosić szejka na swój statek. Tam wydano ucztę tak huczną, jakiej jeszcze nikt nigdy nie widział na żadnym statku. Wino lało się strumieniami, potrawy ułożono starannie na pięknych, srebrnych talerzach, a muzycy zaczęli grać żwawą muzykę, jakiej Arab jeszcze nigdy w życiu nie miał okazji słyszeć.
Po kilku godzinach władca Malindi nachylił się ku Nuno i powiedział mu coś bardzo szybko. Ten wyprostował się nienaturalnie, a przez jego twarz przebiegł dziwny skurcz.
— Pyta, za ile mu ją sprzedasz – powiedział do Vasco, wskazując delikatnie na jego przyjaciółkę.
— Mnie? – zdziwiła się. Szejk wręcz pożerał ją wzrokiem.
Vasco poczuł delikatne ukłucia w czubkach palców.
— Nie jest na sprzedaż.
— Mówi, że jest w stanie dać ci wszystko, co tylko sobie zażyczysz.
— Powiedz mu, że kupiłem ją za parę wielbłądów i nie chcę jej stracić, bo za bardzo ją lubię.

Nazajutrz ten sam dygnitarz szejka przedstawił Vasco rosłego, muskularnego Araba z twarzą ociosaną słońcem i dłońmi szorstkimi tak, jak na wprawnego żeglarza przystało.
— To Ahmed ben Madżid. Wasz pilot – rzekł.
Pierwszy i ostatni naprawdę dobry i poczciwy muzułmanin, jakiego spotkali na swojej drodze do Indii.

[center]~*~[/center]

Niebo tliło się miliardem gwiazd, dokładnie oświetlając piaszczystą plażę. Wzburzony Rudra biegł w szaleńczym pędzie, z grymasem wściekłości wymalowanym na twarzy. Chciał zabić, rozszarpać, zatłuc i udusić.
— WARUNA! – ryknął, gdy z oddali zobaczył łysinę błyszczącą w świetle księżyca, i przyspieszył znacznie. Starzec wyciągnął jednak wolną rękę przed siebie i Rudra uniósł się kilka stóp w powietrze, niezdolny się poruszyć. Młodzieniec zawył z wściekłości.
— To koniec – powiedział Waruna z lodowatą furią w głosie. – Koniec z mąceniem ludziom w głowach. Koniec ze wzburzaniem morza, sianiem chorób i apatii.
— Dlaczego aż tak ci na nich zależy?
— Nie zależy mi na nich – odparł gorliwie starzec. – Zależy mi na ich wolności. Zapracowali ciężko na to, gdzie teraz są. Kosztowało ich to wiele bólu i wyrzeczeń. To nie są źli ludzie, Rudro.
— DAŁEŚ IM SOMĘ!!! – ryknął. – Boski napój! DAŁEŚ BOSKI NAPÓJ CZŁOWIEKOWI!
— Uratowałem go przed śmiercią. Śmiercią, którą sam na niego zesłałeś. Rudro, miałeś wiele czasu na to, by się zmienić. By przestać czynić zło. Zawiodłeś. Zawiodłeś siebie, mnie i wszystkich swoich poddanych. Powinieneś się wstydzić – rzekł starzec, po czym wszedł do wody.
— Co ty robisz? – W głosie Rudry dało się słyszeć panikę.
— To, co powinienem był zrobić już dawno temu – odparł Waruna, po czym postawił młodzieńca koło siebie i pozwolił, by spieniona fala przykryła ich obu.

[center]~*~[/center]

Odkąd Ahmed powiedział im, że ląd, który majaczy przed nimi, to Indie, prawie wszyscy członkowie załogi stali bez ruchu i wpatrywali się w to, co na nich czekało.
— Widziałeś gdzieś dziadka? – zagadnął Pêro, patrząc po zebranej gawiedzi. Vasco pokręcił przecząco głową, co Pêro przyjął jedynie wzruszeniem ramion. – Jego strata.
Anabell stała dumnie wyprostowana z gęsią skórką na rękach i oczami pełnymi łez podniecenia. Dokonała tego. Dopłynęła do Indii. Znalazła swoje miejsce na ziemi.
Przed oczami zaczęły jej przebiegać wspomnienia z lat wcześniejszych. Jej biedna, zmarnowana matka stojąca w morzu maków, port w Lizbonie, pierwsza noc w Letnim Lupanarze, pierwszy klient, dni, kiedy ledwo żywa plątała się po dokach w poszukiwaniu chociażby ości, nieprzespane noce na plaży…
Ale to wszystko już minęło. Zostawia to za sobą. Naprzeciwko przecież czekały wymarzone Indie, oferujące jej nowe, lepsze życie.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4265

Pojedynek 6: Pryvian vs whatsername.

Post#3 » 18 sie 2014, o 09:18

Niestety, jako że TEKST B nie został dostarczony, starcie kończy się walkowerem.
Pojedynek wygrywa whatsername, natomiast Pryvian niestety otrzymuje rangę Słomiany Zapał. Gratulacje dla zwyciężczyni.

Awatar użytkownika
whatsername
Furia Pustyni
Furia Pustyni
Posty: 1517
Wiek: 24

Pojedynek 6: Pryvian vs whatsername.

Post#4 » 18 sie 2014, o 21:49

; )
Wszelkie opinie odnośnie powyższego tekstu są oczywiście bardzo mile widziane; będę wdzięczna za każde słowo. :)
why must the weakest be sacrified?

Awatar użytkownika
Monivrian
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 172
Wiek: 29

Pojedynek 6: Pryvian vs whatsername.

Post#5 » 19 sie 2014, o 23:14

A masz może ochotę na pojedynek dalej? :D

Selander
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 118

Pojedynek 6: Pryvian vs whatsername.

Post#6 » 20 sie 2014, o 13:25

Bardzo ciekawe opowiadanie, oparte na bardzo oryginalnym pomyśle. Do tej pory Vasco da Gama kojarzył mi się jedynie z suchym nazwiskiem w podręczniku i nawet do głowy by mi nie przyszło, by choć przez chwilę zastanowić się nad jego losami, jak to czasem bywa w przypadku barwniejszych postaci historycznych. A ty w tego niepozornego człowieczka, znanego jedynie z pojedynczej daty w kalendarium świata, tchnęłaś życie. Interesujący jest również wątek bogów i ich nie do końca jasne pobudki, w których ochrona jednego szczepu wiąże się ze zniszczeniem innego. Czytałam z przyjemnością, od początku chciałam wiedzieć co będzie dalej i nie zawiodłam się.
I tak, jak fabuła mi się podoba, tak samo wykonanie wydaje się być technicznie niedopracowane.
Np. to zdanie:
wszak ileż można dawać się oszukiwać jak dziecko tej samej kobiecie od wielu miesięcy?

Kupy się nie trzyma.
Napotkałam też wiele powtórzeń, głównie: być, jest, dzień. Ale ze względu długość tekstu i na własne, bezczelne lenistwo już nie wypisałam w komentarzu każdego z osobna. Poza tym, wyglądają mi na typowe przeoczenia i z pewnością czytając tekst po raz drugi czy trzeci sama wyłapiesz je bez problemu.

Awatar użytkownika
whatsername
Furia Pustyni
Furia Pustyni
Posty: 1517
Wiek: 24

Pojedynek 6: Pryvian vs whatsername.

Post#7 » 20 sie 2014, o 18:22

Monivrian pisze:A masz może ochotę na pojedynek dalej? :D


Każde poprawnie rzucone wyzwanie rozpatrzę. :D Więc jeżeli masz czas - zapraszam. :)


Selander pisze:Bardzo ciekawe opowiadanie, oparte na bardzo oryginalnym pomyśle. Do tej pory Vasco da Gama kojarzył mi się jedynie z suchym nazwiskiem w podręczniku i nawet do głowy by mi nie przyszło, by choć przez chwilę zastanowić się nad jego losami, jak to czasem bywa w przypadku barwniejszych postaci historycznych. A ty w tego niepozornego człowieczka, znanego jedynie z pojedynczej daty w kalendarium świata, tchnęłaś życie. Interesujący jest również wątek bogów i ich nie do końca jasne pobudki, w których ochrona jednego szczepu wiąże się ze zniszczeniem innego. Czytałam z przyjemnością, od początku chciałam wiedzieć co będzie dalej i nie zawiodłam się.
I tak, jak fabuła mi się podoba, tak samo wykonanie wydaje się być technicznie niedopracowane.
Np. to zdanie:
wszak ileż można dawać się oszukiwać jak dziecko tej samej kobiecie od wielu miesięcy?

Kupy się nie trzyma.
Napotkałam też wiele powtórzeń, głównie: być, jest, dzień. Ale ze względu długość tekstu i na własne, bezczelne lenistwo już nie wypisałam w komentarzu każdego z osobna. Poza tym, wyglądają mi na typowe przeoczenia i z pewnością czytając tekst po raz drugi czy trzeci sama wyłapiesz je bez problemu.


Szczerze powiedziawszy, gonił mnie czas. Miesiąc to bardzo mało czasu na napisanie tego opowiadania tak, jak należy. Zrobienie porządnego researchu do tekstu zajęło mi chwilę, a i tak nie dałam rady przeczytać tyle, ile bym chciała. Z pisaniem też było ciężko. :D Wiem, że tekst aż kipi od lapsusów, ale cóż począć? :D Poprawię go kiedyś, to na pewno. Tylko jeszcze nie wiem, kiedy konkretnie.
why must the weakest be sacrified?

Wróć do „Pojedynki”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość