Nowy użytkowniku - daj się poznać, przywitaj się!

Proza i Poezja października - plebiscyt na najlepszy tekst miesiąca

Pojedynek nr 12: Echolalia vs agathas

Wyzwij lub zostań wyzwany do literackiego pojedynku.

Głosuję na

Czas głosowania minął 8 kwie 2016, o 10:00

Tekst A
4
80%
Tekst B
1
20%
 
Liczba głosów: 5

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4265

Pojedynek nr 12: Echolalia vs agathas

Post#1 » 23 lut 2016, o 22:04

Długość: minimum 6000 znaków
Temat: Opowiadanie grozy
Słowa-klucze: maki, las, deszcz
Termin: 23 marca 2016 r.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4265

Pojedynek nr 12: Echolalia vs agathas

Post#2 » 25 mar 2016, o 08:58

Tekst A
Kałuża maków rozlewała się nieregularnym okręgiem, ogarniając cztery smukłe buki. Światło, wdzierające się przez korony drzew, nadawało płatkom jaskrawości tętniczej krwi. Reszta, schowana w cieniu gałęzi, pozostawała pokryta popielim odcieniem. Źdźbła traw, wystające z miękkiego posłania, srebrzyły się kroplami porannej rosy. Kornelia wpatrywała się zauroczona rozciągającym się przed nią obrazem. Wyglądał jak wyjęty żywcem z kart starych baśni, w których zaczytywała się, będąc dzieckiem.
W zamyśleniu weszła w zakazaną część lasu. Gdy zorientowała się, że otaczające ją drzewa okryte są ciemnym kożuchem, zaczęła szukać drogi powrotnej. Wtedy kątem oka dostrzegła czerwony punkt i dała się skusić. A jeszcze nigdy nie zboczyła z utartych ścieżek... Mimo że daleka była od wiary w gusła, nie wchodziła na teren czarownicy. Tak ją nauczono, wmawiano od dziewiętnastu lat życia; tak się przyjęło wśród społeczności.
Wydawało jej się dotychczas, że podszycie nie jest odpowiednim podłożem do wyrośnięcia maków. Może jednak ten kawałek lasu jest zaczarowany, przemknęło jej przez myśl, ale zaraz uśmiechnęła się z ironią — realizm powrócił.
Trzask gałęzi wyrwał ją zimnymi szponami z objęć magii. Spłoszona, rozejrzała się uważne dokoła, gotowa uciekać bez opamiętania przed groźnym zwierzęciem. Niczego jednak nie dojrzała. Odetchnęła głośno z ulgą, starając się uspokoić rozszalałe serce.
Nie zastanawiając się dłużej, zerwała kilka włochatych łodyżek. Ujęta czarem, nie zorientowała się, że las zamilkł.

[center]*[/center]

Zakradały się. W tej przerażającej ciszy słyszała wyraźnie odbijający się echem tupot dziecięcych stóp. I drwiący śmiech, gdy odwróciwszy się, nikogo nie było; tylko ciemna, zamglona pustka. Mimo to, uparcie starała się je odnaleźć, rozglądając się dokoła. Wystarczyło jednak, że wychynęły z nicości, by pożałowała swoich prób.
Stały tam, otaczając ją półokręgiem, kredobiałe, wpatrując się w nią uparcie z ustami zastygłymi w drwiącym uśmiechu. A wszystkie wyglądały jak żywcem wyjęte z makabrycznej groteski — jednym trudno było utrzymać się w miejscu na nodze o posturze sękatego kija, innym z ramion wystawały długie, niczym pajęcze odnóża, palce.
Nagle zerwały się do biegu, a mimo mankamentów ciał i marionetkowych ruchów, były niezwykle szybkie.
Wykręcone chorobami ręce wyciągały się w jej kierunku, smagając lodowatymi palcami. W końcu chwyciły za kończyny i ciągnęły tak długo, aż poczuła rwący ból pękających chrząstek. Nogi i ręce oderwały się od ciała, pokrywając je gorącą posoką.
Budziła się przerażona, wciąż słysząc zastygły w powietrzu dziecięcy śmiech, który opadał zbyt powoli. I tak było co noc od kilku dni.

[center]*[/center]

Wiatr powiewał zdecydowanie zbyt delikatnie, by dawać jakikolwiek chłód. Jednak od czasu do czasu udawało mu się zakołysać doniczkami begonii, zawisłymi na cienkich łańcuchach pod dachem tarasu.
Powieki opadały co chwilę, ciężkie jak ołów, ale Kornelia nie miała ochoty na ponowne wpadnięcie do dziury z koszmarami. Dlatego dołączyła do robiącej na drutach rodzicielki.
— Nie wyglądasz dobrze — stwierdziła zatroskana kobieta. — Znowu nie mogłaś spać?
Dziewczyna skinęła głową, po czym zanurzyła ręce w wiklinowym koszyku w poszukiwaniu miękkiego kłębka wełny.
— Pewnie to przez gorąco... Spróbuj się jeszcze położyć.
— Położę się w nocy, może zrobi się trochę chłodniej.
Nie zająknęła się nawet o treści snów. Głęboko wierząca w zabobony matka z pewnością doszukałaby się niejednego ukrytego znaczenia.
Kobieta co chwilę podnosiła oczy znad robótki, uważnie przypatrując się córce, czasem nawet otwierała już usta, jednak nie pokusiła się o wyduszenie żadnego dźwięku. W końcu odważyła się:
— Może to przez te kwiaty...
Na te słowa dziewczyna tylko westchnęła, nie chcąc wchodzić w konwersację, która z pewnością sprowadziłaby się do sprawdzenia, czy wie, ile razy należy splunąć przez ramię, gdy jej drogę przetnie czarny kot.
— Wiesz, lasy to wielkie cmentarzyska — kontynuowała, najwyraźniej zachęcona brakiem odpowiedzi, dziergając zawzięcie — nikt nie wie, co chowa się pod poszyciem. A ty jeszcze weszłaś w tę część, gdzie nie powinniśmy się zapuszczać. Kto wie, co tam się dzieje — zamilkła na moment, a nie doczekawszy się żadnych słów ze strony Kornelii, dodała, jakby na potwierdzenie swoich racji: — Podobno córka Marianny widziała niedawno dziwne zwierzę wybiegające spomiędzy tamtych drzew, coś jak wilk z rogami i na dwóch nogach!
Dziewczyna wybuchnęła śmiechem, nie mogąc się nadziwić emocjonującemu tonowi, jakiemu poddała się matka. W dodatku uwierzyła w opowieści największej plotkary i kłamczuchy we wsi.
— Mamo! Przestań opowiadać historie żywcem wyjęte ze średniowiecza! Mamy dwudziesty pierwszy wiek!
— A jednak wolałabym, żebyś się tam nie zapuszczała. Las to potęga. Włóczyłaś się po nim od zawsze i myślisz, że ją oswoiłaś, ale to niemożliwe. Zwłaszcza że teraz wdepnęłaś na to diabelskie terytorium i Bóg jeden wie, co na siebie sprowadziłaś.
Kornelia słuchała tego demonizowania kobiety, mieszkającej w środku lasu, od kiedy tylko pamiętała. Ponoć lata temu była ważną osobistością, poważaną wśród tubylców. Ludzie odwiedzali ją zamiast lekarzy, po pierwsze — dlatego że było bliżej, a po drugie — bardziej ufali leczeniu ziołami niż chemią, jak mawiali z odrazą. Skutecznie zwalczała gorączkę, ocaliła też kilka istnień. Na leczeniu jednak się nie kończyło. Zawsze można było do niej wpaść z trapiącymi pytaniami, a ona, rozkładając na stole wysłużone cygańskie karty, czytała z nich jak z otwartej księgi.
Wszystko zmieniło się wtedy, gdy zaszła w ciążę. Ludzie z podejrzeniem patrzyli na jej brzuch, gdy stał się bardziej widoczny. Nie miała przecież męża, o kochanku również nikt nic nie wiedział (a przecież w takich małych miejscowościach zawsze COŚ wiadomo). Apogeum nastąpiło, kiedy dziecko przyszło na świat. Podobno odbierająca poród akuszerka uciekła z krzykiem, porzucając krwawiącą kobietę na pastwę losu. Niektórzy twierdzili, że zapłodnił ją szatan, a na pamiątkę zostawił dziecku zniekształconą twarz i kopyta zamiast stóp.
Czarownicy zabroniono wstępu do wsi, a las podzielono. I od wielu lat nikt jej tak naprawdę nie widział (oprócz kilku osób, które wciąż ją ukradkiem odwiedzały, bo co zioła, to jednak zioła, a i przyszłość czasem warto poznać wcześniej).
— W dodatku te kwiaty... Widziałaś kiedyś maki, rosnące w lesie? I to tak nienaturalnie wielkie?
Dziewczyna westchnęła głęboko, zmęczona niewyspaniem i ciągnącym się absurdalnym tematem. Faktycznie, czerwone kielichy były znacznie większe niż te, które spotykała do tej pory. Ale właśnie to było w nich piękne. Stanęły w wazonie przy jej łóżku — miło było się rozbudzać, mając przy sobie aksamitny kawałek natury.
— Możesz mi obiecać, że twoja noga już tam nie postanie? — Kobieta wbiła w nią ostre spojrzenie. — Nie na tym splugawionym kawałku ziemi.
— Tak, mamo — odparła z niechęcią, byle tylko mieć spokój.

[center]*[/center]

Las przywitał Kornelię upragnionym chłodem; istne błogosławieństwo przy spływającym z nieba żarze. Zapach igliwia zawsze ją uspokajał, a miękkie podłoże było odpoczynkiem dla stóp. Dlatego kochała to miejsce — mogła odetchnąć i uspokoić myśli. Zawsze wydawało jej się, że wychodzi stamtąd lżejsza, zostawiając złe emocje za sobą. W otoczeniu drzew tak wysokich, że trudno było je ogarnąć wzrokiem, czuła się bezpieczna.
Przemierzała wydeptane w pamięci ścieżki. Minęła wysypisko jagodzich krzaków, kuszących ciemnymi główkami owoców, przytulające się do buków złowrogie pokrzywy oraz paprocie, smagające nogi delikatnymi listkami.
Weszła między drzewa, po których mech piął się chyba aż po sam czubek. Przez to kosmate okrycie wyglądały bardziej upiornie, a to wystarczyło ludziom rozpowiadać brednie o nawiedzonym lesie.
Nie pamiętała dokładnie drogi, obawiała się, że nie odnajdzie siedliska maków. Jednak, gdy już zaczynała tracić nadzieję, wyłoniły się zza ściany ciemnej zieleni. Stały tam dostojnie, wyciągając czerwone kielichy ku słońcu. Uśmiechnęła się, zadowolona z siebie.
Ledwie jednak przerwała delikatną łodyżkę jednego z kwiatów, z nieba lunął deszcz. Bez żadnej zapowiedzi w postaci dyskretnej mżawki czy chłodniejszego powietrza.
Ciężkie krople były lodowate. Nie wiedziała, jak szybko zdoła odnaleźć drogę do domu, a może przez zacierający widok deszcz będzie miała błądzić po tym siedlisku drzew aż do nocy? A jeśli zbliżała się burza?
Jej wzrok szybko napotkał prawdziwe zagrożenie.
Stały w półokręgu, dokładnie tak jak w snach. Zamazane kontury w niczym nie przeszkadzały — pamięć Kornelii doskonale dorysowywała niewyraźne elementy. Zbliżały się powoli, jak kukiełki, którymi kierują niewidzialne ręce.
Nie czekała, aż będą obok. Odwróciła się i pobiegła przed siebie jak w amoku, z trudem łapiąc oddech; płuca zaczęły wkrótce boleć od zimnego powietrza. Gnana strachem przedzierała się na oślep przez drapiące jej nogi krzewy i atakujące zewsząd gałęzie. Drzewa zdawały się nigdy nie kończyć, miała wrażenie, że las plącze ścieżki, starając się zamknąć ją w pułapce.
Nagle otworzyła się przed nią polana z przycupniętą na środku chatką. Drzwi otworzyły się, a na progu stanęła młoda kobieta, machając zapraszająco ręką.
Trudno było pozostawać obojętnym na to zaproszenie, gdy zostało się celem pogoni sennych koszmarów. Kornelia wbiegła na drewniane schody werandy, gdzie zadaszenie chroniło przed deszczem. Obejrzała się za siebie, oddychając ciężko, ale po marach nie było śladu.
Zdrętwiała z zimna i drżąca ze strachu, weszła do środka, w dłoni wciąż kurczowo trzymając kwiat.
Pachniało ciepłem rozpalonego kominka i suszonymi ziołami.
— Cała przemokłaś. — Dziewczyna zmierzyła ją wzrokiem. Miałaby piękną twarz porcelanowej lalki, gdyby nie wyłupiaste oczy, w tym jedno pokryte niebieskawą mgłą. — Przyniosę ci coś do przebrania.
— Naprawdę nie trzeba — odparła zmieszana propozycją nieznajomej, walcząc z chęcią podbiegnięcia do okna, by obserwować, czy koszmarne postacie nie wyłaniają się spośród drzew.
— Kapie z ciebie woda — zauważyła z uśmiechem, który jednak nie przykrył cierpkości jej tonu.
Nic więcej nie mówiąc, zniknęła na chwilę w głębi sąsiedniego pokoju i wróciła z ręcznikiem i naręczem ubrań. Kornelia, poinstruowana wskazaniem palcem, odnalazła łazienkę, gdzie zostawiła mokre rzeczy. Gdy wróciła, na stoliku przed kominkiem, zaraz obok jej kwiatu, stał kubek z naparem.
— Zbierałaś zioła? — zagadnęła dziewczyna.
— Słucham? — spytała, zajęta strachem opanowującym jej myśli. Bała się tego, co ją spotka, kiedy opuści to miejsce. Czy znowu zaatakują? A jeśli tym razem nie zdoła się nigdzie ukryć? Może to jednak były tylko omamy? Albo zwierzęta, zniekształcone przez ulewę...
— W lesie. W naszej części lasu ludzie zbierają zioła, których brakuje po waszej stronie. Podobno są tu też smaczne jagody, ale nigdy ich jeszcze nie spotkałam. Może nie zapuściłam się wystarczająco daleko...
Jej wywody przerwały kroki — wyraźne stukanie obcasów na drewnianej podłodze. Podniosła głowę na przybyłą.
— Zaskoczył ją deszcz — wytłumaczyła.
— Rzeczywiście, strasznie leje — powiedziała kobieta, opierając się na parapecie i wyglądając przez okno.
Czarownica, pomyślała Kornelia, a po jej ciele przeszły kolejne dreszcze. Nie wyglądała jednak zbyt demonicznie, raczej jak zwykła, zmęczona życiem kobieta. Hebanowe włosy straciły blask i zmatowiały, a zebrane w ciasny kok postarzały jeszcze bardziej ziemistą i pooraną zmarszczkami twarz.
— Nie wiedziałam, że ma pani jeszcze jedną córkę — zaczęła, czując, że panująca cisza ją przygniata.
— Owszem — odparła oschle, po czym jej wzrok skierował się na kwiat. — Widzę, że spodobały ci się nasze maki — zauważyła z gorzkim uśmiechem. — Wiem, że są ładne, ale nie powinnaś była ich zrywać.
— Dlaczego? — spytała Kornelia.
— Najpiękniejsze maki podlane są krwią. A to nigdy nie wróży nic dobrego.
Nagle pokój zaczął się kręcić przed jej oczami, powietrze stało się na tyle gęste, że ciężko było złapać oddech. Wkrótce zapadła się w ciemność.

[center]*[/center]

Coś gładziło ją po czole i włosach. Wilgotna chropowatość. Jak kora po deszczu. Jednak w tym dotyku wyczuwała ostrożność i delikatność. Z trudem uniosła powieki. Przed oczami miała okrągłą twarz z orlim nosem i nie mieszczące się w ustach dziąsła, z których wystawały zalążki zębów. Dwa jasne warkocze z różowymi kokardami nadawały koszmarnej groteskowości. Krzyk sam wymknął się z gardła.
Kornelia czuła pod sobą niewygodę drewnianego stołu. W nogi i przeguby rąk wpijały się pasy, krępujące ruchy. W oczy raziło ostre światło lampy. W okół unosił się zapach wilgoci.
Wkrótce widok przesłoniły jej wzbierające się łzy. Przeklinała się w myślach za to, że przekroczyła próg tego domu i za to, że skłamała matce, że wybiera się do miasta. Teraz nikt mnie nie odnajdzie. Ani mnie, ani tego, co ze mnie zostanie.
— Nie powinnaś była naruszać ich spokoju. — Czarownica zbliżyła się do niej powoli, wzdychając. — Naprawdę nie chcę tego robić, ale inaczej będą się mścić na mnie. To kara za moje przewinienia, nic to, że czynione w dobrej wierze.
— Nie rozumiem... — wyszeptała drżącym głosem. — Nie wiedziałam, że robię coś złego...
— Oczywiście, że nie wiedziałaś. Inaczej uciekłabyś od razu, zobaczywszy grób pokryty makami.
— To nie wyglądało jak grób. — Szarpnęła rękami ze złością, ale skórzany materiał jeszcze bardziej wbił się w skórę.
Kobieta westchnęła głęboko.
— Rodzice na pewno cię uczyli, że nie wolno wkraczać na teren czarownicy. Gdybyś posłuchała, nie znalazłabyś tego miejsca pełnego bólu. Musisz być wyjątkowo mało wrażliwa, skoro go nie poczułaś! — podjęła ostrym tonem, by zaraz złagodnieć: — Pogrzebałam tam dzieci, które były dla swoich rodziców ciężarem. Myślałam, że i ich życie jest tak trudne, że lepiej im będzie umrzeć. Dlatego pomogłam im odejść... A jednak one chciały żyć. Teraz chcą się mścić za tę niesprawiedliwość, a jeśli ktoś naruszy ich spokój, są nieubłagane...
Wepchnęła jej szmatę do ust tak głęboko, że drażniła gardło. Kornelia poczuła mdłości.
— Będziesz musiała poradzić sobie z życiem w okaleczeniu — zawyrokowała, pochylając się nad dziewczyną i dmuchając jej pyłem w twarz.
Otępiała słodkawym zapachem ziół, odpływała w nicość. Ostrze siekiery, błyskające w świetle lampy, było ostatnim, co zobaczyła.

[center]*[/center]

Czuła zapach mokrej trawy, a w ustach smak ziemi i krwi. Ze zgrozą zorientowała się, że jest naga. Wilgoć podłoża ziębiła skórę, co było właściwie kojące, bo całe ciało piekło.
Chciała zwilżyć spierzchnięte wargi i wtedy właśnie poczuła, że w ustach jest dziwnie pusto. Z języka został jedynie marny strzęp.
Próbowała się podnieść. Po chwili bezowocnego kręcenia się dotarło do niej, że koszmary ostatnich nocy, ziściły się.
W gardle urosła gula, a oczy zapiekły od łez. Nigdy wcześniej nie czuła się tak bezsilna. Miała nadzieję, że umrze, nim ktokolwiek ją odnajdzie. Nie mogłaby znieść przerażenia i odrazy wypisanych na ludzkiej twarzy wywołanych jej widokiem. Musiała przecież wyglądać jak sklepowy manekin — ten wybrakowany, bez rąk i nóg.
A mama? Nie mogłaby spojrzeć jej w oczy. Nie mogłaby znieść jej cierpienia.
Pierwszy raz od niepamiętnych czasów zaczęła się modlić. O śmierć.

[center]*[/center]

Przeżyła.
Znaleziono ją przy drodze do miasta. A póki komunikacja z dziewczyną była trudna, nie brano pod uwagę innej możliwości, jak zaatakowanie w tamtej okolicy.
Dni spędzała, wpatrując się w szpitalny sufit, bez sił do życia. Lato zbliżało się ku końcowi, niedługo miała wyjechać na upragnione studia. I plany legły w gruzach.
Czuła się jak potwór, najchętniej nigdy nie opuszczałaby sterylnego łóżka. Nie potrafiła patrzeć na ten kawałek ciała, który jej pozostał. Z pewnością czekały na nią współczujące i pełne odrazy spojrzenia, a także pełne ciekawości wskazywania palcami. Czasem zapominała, że nie może mówić, a wtedy z jej ust wychodziły niezrozumiałe jęki. Wtedy ogarniała ją fala obrzydzenia i zamykała się w sobie na resztę dnia.
Zresztą, odpływała w głąb myśli bardzo często. Nie widziała dla siebie żadnej przyszłości i spędzała czas, ubolewając nad swoim losem.
— Wiem, co mówiłam o lesie, ale jak się okazało, nie miałam racji. — Matka wyrwała ją z kolejnej podróży w nicość. — Nieszczęście może zdarzyć się wszędzie. — Wyciągnęła przed siebie z uśmiechem bukiecik maków. — Widzisz, jeszcze tam rosną. Trudno było mi znaleźć to miejsce, ale w końcu się udało. Chciałam to zrobić dla ciebie, bo wiedziałam, jak bardzo ci się spodobały...
Kornelia poczuła, że brakuje jej powietrza. Wydawało się, że słyszy złowrogi dziecięcy śmiech.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4265

Pojedynek nr 12: Echolalia vs agathas

Post#3 » 25 mar 2016, o 08:59

Tekst B
Ponieważ wiosna zawitała już do Krakowa, doszedłem do wniosku, że z tej okazji wypada wybrać się na kilka tygodni w moje ukochane góry. Nie chciałem jednak spędzać czasu samotnie, dlatego postanowiłem zabrać ze sobą mojego ulubionego, bo i jedynego siostrzeńca, aktualnie będącego w wieku dwudziestu-trzech lat. Jak tylko ta myśl zaświtała mi w głowie, natychmiast zadzwoniłem do niego, by podzielić się z nim tym niespodziewanym pomysłem, i, na szczęście, Mateusz zgodził się od razu, by mi towarzyszyć przez kilka dni w pieszych wycieczkach.
Chociaż byłem już grubo po pięćdziesiątce, kolokwialnie i po młodzieżowemu mówiąc, nadawaliśmy na tych samych falach; rozumieliśmy się prawie bez słów. Gdy byłem w jego wieku słuchałem takiej samej muzyki, jakiej on słucha w tej chwili, interesowałem się tymi samymi zagadnieniami, którymi on interesuje się obecnie. Dlatego często się spotykaliśmy, gdyż lubiliśmy swoje towarzystwo, a mając wiele wspólnych tematów, dyskutowaliśmy o życiu godzinami, aż do późnych godzin nocnych, przy szachach, kartach lub winku i dobrej kawce z expressu.
Z tej też przyczyny mój siostrzeniec z wielką chęcią przystał na moją propozycję, i dwa dni później jechaliśmy już w kierunku górskiego powietrza i wycieczek, które czekały i kusiły nas swoimi zapachami.
Do Białki Tatrzańskiej dotarliśmy późnym wieczorem. Zdążyliśmy nawet dostać jeszcze kolację. Taki obrót spraw bardzo nas ucieszył, ponieważ ssało nas już porządnie w dołu, a żołądek domagał się pożywienia, najlepiej jakiegoś smacznego. Po posiłku zdecydowaliśmy się na kawiarnię, ponieważ nie chcieliśmy spędzać wieczoru w pokoju, ale z ludźmi, nawet jeśli mieliby tylko tworzyć tak zwany sztuczny tłum. Zamówiliśmy sobie kawę i po koniaczku, i rozsiedliśmy się wygodnie w fotelach, które obite były tapicerką w maki.
Właśnie rozmawialiśmy na temat teorii czarnych dziur, gdy niespodziewanie zaczepił nas pewien starszy, elegancki pan:
- Przepraszam, czy mają Panowie ogień?
- Niestety nie mamy. Nie palimy. - odparłem.
- Jaka szkoda – powiedział zawiedziony.
Do dziś nie wiem, dlaczego wtedy nie pozwoliłem mu odejść, dlaczego zagadnąłem:
- A może zechciałby Pan się do nas przysiąść?
Spojrzał zaskoczony, ale szybko odpowiedział:
- Bardzo chętnie, dziękuję. - I usiadł na trzecim fotelu.
Przedstawiłem mu siostrzeńca i siebie samego, i wytłumaczyłem powód naszej obecności w tym pensjonacie.
- Jesteśmy tutaj dopiero od dwóch godzin, a Pan, od kiedy w Białej Tatrzańskiej?
- Przyjechałem kilka dni temu. Zajmuję się tutejszymi legendami. Zbieram materiały do swojej książki i robię zdjęcia lasu i okolicy.
Przyznam szczerze, że towarzysz mnie zdumiał, ponieważ nie spodziewałem się spotkać aż takiej interesującej postaci.
- Czy zna Pan jakieś ciekawe historie mrożące krew w żyłach?
- Jak najbardziej. Ale najpierw zamówię dla Panów po koniaczku. - I skinął na kelnera.
- Jest jedna bardzo intrygująca lecz dramatyczna historia – zaczął - Tutejsi wierzą, że zdarzyła się naprawdę. Dla nich jest to oczywista i ciągle żywa legenda, która wydarzyła się niedawno, jakieś 20 lat temu. Starsi jeszcze pamiętają osoby, które były zamieszane w tę tragedię. Niektórzy nawet twierdzą, że widują dziewczynę, która zginęła w nieszczęśliwym wypadku, nad rzeczką, w tym lesie, podczas ulewy.
Atmosfera się zagęściła i wydawało nam się, że w kawiarni jesteśmy tylko we trójkę, nastawiliśmy więc z siostrzeńcem uszu i z wielkimi oczami łykaliśmy każde jego słowo.
- Ponad dwadzieścia lat temu piękna dziewczyna, imieniem Faustyna, zakochała się ze wzajemnością w Marcinie z sąsiedniej wioski. Ona miała siedemnaście lat, on był kilka lat starszy, ale bardzo ją kochał i szanował. Mieli się pobrać. Najczęściej spotykali się na rzeczką Białą. Pewnego dnia chłopak nie przyszedł na umówione spotkanie. Faustyna długo czekała, ale narzeczony się nie zjawiał. W końcu, jak zwykle, Marcinek zajechał nad rzeczkę na swoim ukochanym koniu, Herkulesie. Bez słowa pomógł jej dosiąść ogiera, przywitali się czule i pognali w kierunku wrzosowisk...
- Ale skąd Pan to wszystko wie? Skąd Pan zna takie szczegóły? - przerwałem mu zaintrygowany.
- Od dziewczyny – odparł spokojnie, a ja zdziwiłem się jeszcze bardziej, ale czekałem cierpliwie na wyjaśnienie tej zagadki. - Gdy się pożegnali, a Faustyna wróciła do chaty, zastała domowników szlochających, jakby zdarzyło się coś bardzo złego.
- Matulu, co się stało? Dlaczego płaczesz? Czy malutki Grześ jest chory? Czy Agatka znowu coś zbroiła? - zadawała pytania, ale matka ciągle zaprzeczała. - Mamusiu, powiedz wreszcie co się stało?
- Marcina przywaliło drzewo w lesie – zaszlochała.
Faustyna zaśmiała się beztrosko:
- Mamuś, co ty mówisz, coś ci się pomyliło. Przed chwilą go widziałam.
- Moje drogie dziecko, jak to możliwe? Musiało ci się coś przyśnić. Ciało Marcinka leży w chacie. Przed chwilą go przynieśli.
Faustyna zwątpiła i pomyślała, że może faktycznie zasnęła nad rzeczką, jednak po chwili znowu się zaśmiała:
- Mamuś, przecież pojechaliśmy razem na wrzosowiska, na Herkulesie.
Gdy tylko wypowiedziała te słowa, jak strzała pobiegła do sąsiedniej chaty, by upewnić się, że to fatalna pomyłka, jednak, niestety, matka mówiła prawdę. Na łóżku leżał nieżywy Marcinek.
- Co Pan mówi? - znowu mu przerwałem podekscytowany. - Jak to możliwe, że dziewczyna poszła z nim na schadzkę?
- Przecież zna pan powiedzenie: są na tym świecie rzeczy, które nie śniły się nawet filozofom. - Przytaknąłem i czekałem na dalszy ciąg opowiadania. - Faustyna rzuciła się na ukochanego i rwała włosy z głowy. Ludzie mówią, że serce im się krajało z litości i współczucia na ten tragiczny widok lamentu i rozpaczy wdowiej narzeczonej. Przez kilka miesięcy nie było kontaktu z dziewczyną, aż powoli zaczęła dochodzić do siebie. Rok później, kilka dni przed rocznicą śmierci Marcinka, wybrała się nad rzeczkę, by zapalić świeczkę ku pamięci ukochanego. Na drugi dzień ludzie znaleźli ją całą przemoczoną i przemarzniętą nad brzegiem Białej. Bidulka majaczyła w gorączce, że Marcinek przyjechał do niej na Herkulesie i zabrał ją w kierunku wrzosowisk. Kilka dni później zmarła na zapalenie płuc.
Przez chwilę trwała cisza, gdyż czekaliśmy na ciąg dalszy, ale okazało się, że to już koniec tego opowiadania.
Umówiliśmy się na wspólną wycieczkę i rozeszliśmy się do swoich pokoi.
Spałem długo, a gdy wstałem, zauważyłem, że jestem sam. Łóżko Mateusza było zasłane, stwierdziłem więc, że prawdopodobnie wyszedł na poranny spacer. Śniadanie zjadłem w towarzystwie eleganckiego pana. Przed dwunastą wyszliśmy z pensjonatu, a Mateusz nadal się nie pojawił. Dopiero gdy usiedliśmy do obiadu, mój siostrzeniec wrócił z wojaży, i dołączył do nas do stołu.
- Gdzie byłeś, Mateuszu? - zapytałem zainteresowany.
- Wyszedłem nad rzeczkę. Wczorajsza opowieść zmotywowała mnie, by obejrzeć to miejsce.
- Przyzna Pan, że Biała i krajobrazy robią wrażenie? - zagadnął starszy pan.
- Oczywiście, ale jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie pewna dziewczyna, którą spotkałem na spacerze. - Zerknąłem na niego badawczo i stwierdziłem, że mój siostrzeniec jest widocznie poruszony. - Jest bardzo ładna i miła.
- A jak ma na imię ta nimfa? - zapytałem filuternie.
- W sumie to nawet nie wiem. Nie zapytałem.
- Oj, oj – zaśmiałem się pobłażliwie. - Widzę, że dziewczyna zawróciła ci w głowie, skoro zapomniałeś zapytać ją o imię, i z tego co wnioskuję, ty też zapomniałeś się przedstawić. - Zachichotałem.
- Może wujek się podśmiewywać. Nie mam wujkowi tego za złe. - powiedział życzliwie i ciepło. Było widać, że jest w bardzo dobrym humorze.
- Czy umówiłeś się z panną na następne spotkanie? - zapytałem, a w jego oczach pojawiła się panika. - Nie umówiłeś się, ty melepeto?
- Totalnie wyleciało mi z głowy! - krzyknął, i z bezsilności i rozczarowania, osunął się na krzesło.
- No, no – zażartowałem – chyba wpadłeś jak śliwka w kompot.
- Tak, wujku, jak śliwka w kompot...- I pokiwał głową.
- Nie martw się. Jak macie się spotkać, to się spotkacie. Los tak ułoży, że znowu na siebie wpadniecie. - pocieszyłem siostrzeńca i wróciliśmy do konsumowania obiadu.
Następnego dnia znowu obudziłem się sam w pokoju. Pewnie poszedł szukać tej panny – pomyślałem i uśmiechnąłem się pod nosem – Ach, ta młodość – powiedziałem na głos i wstałem.
Kiedy obiadowaliśmy ze starszym panem, Mateusz wpadł na stołówkę jak burza.
- Odnalazłem ją! - zawołał uradowany.
- Ach tak – odparłem – a gdzie ci się „jąona” zgubiła? – sarknąłem, ale z życzliwością.
Mateusz nawet nie zwrócił na mnie uwagi, tylko dodał:
- Nie spotkałem jej nad rzeczką, więc zrezygnowany poszedłem na wrzosowiska, i tam się na nią natknąłem.
- Yhym, i co dalej? Poszliście pod rączkę nad rzeczkę jak Faustyna z Marcinkiem?
Tym razem spojrzał na mnie ostrzegawczo.
- Wujek to lubi ciężkie żarty – skwitował – Wreszcie wiem, jak ma na imię.
- No jak? Faustyna? - zadeklarowałem zupełnie pewny siebie.
- A wujek skąd wie? - zapytał wielce zdumiony.
- Doświadczenie? – odpowiedziałem pytaniem, co bardzo lubiłem robić, a on dobrze o tym wiedział.
- Ma na imię Faustyna i mieszka w Białej Tatrzańskiej. Jest bardzo ładna, wujku – zignorował moje pytanie, za co nie miałem ochoty się gniewać.
- No dobrze, ale dobrze wiesz, że wygląd nie jest najważniejszy.
- Wiem, wujku, ale ona jest też bardzo miła.
- To już lepiej. - zakpiłem – Ładna i miła. Idealne połączenie.
- Wujku! - W końcu się zbuntował. - Nie musi wujek ze mnie kpić.
- No dobrze, już dobrze – skapitulowałem – No i co z tym ideałem – Nie mogłem się powstrzymać, by ukąsić mojego ulubionego siostrzeńca.
- Wujek dobrze wie, że ideały nie istnieją – zawyrokował i zrobił minę profesora filozofii. - Dziewczyna jest bardzo miła i zgodziła się na jutrzejszy spacer.
- No, no, idziesz jak huragan, mój ty ancymonku – stwierdziłem z przekąsem, ale jednocześnie cieszyłem się z jego szczęścia.
Tym razem, gdy się obudziłem, zastałem Mateusza w łóżku. Zjedliśmy śniadanko we trzech, jednak chwilę potem siostrzeniec szybko opuścił pensjonat, a ja ze starszym panem przenieśliśmy się do kawiarni na poranną kawkę z kilkoma kroplami prądziku.
Mateusz dołączył do nas dopiero po kolacji. Widać było, że ma dużo do opowiedzenia, chociaż my udawaliśmy, że to nas wcale nie interesuje.
- Ale miałem ciekawe spotkanie. – zaczął – Nie uwierzycie. Po tych słowach rozpaliła się w moich oczach iskierka ciekawości. Poprawiłem się na kawiarnianym fotelu i z uwagą spojrzałem na siostrzeńca. - Wyobraźcie sobie, że poznałem kolejną Faustynę, ale co ciekawszego, dziewczyna czekała na narzeczonego nad rzeczką.
- No i...? - zapytałem, raczej niezainteresowany.
- No i...? - odpowiedział pytaniem, lekko zirytowany – Narzeczonemu na imię Marcin.
Patrzyłem na niego niewidzącymi oczami, gdy odezwał się elegancki pan:
- No, mój drogi panie, Faustyna i Marcin, czy to Panu nic nie mówi? - zapytał uprzejmie i ze współczuciem dla mojej kiepskiej pamięci, a mnie dopiero oświeciło.
- Faktycznie! - krzyknąłem podekscytowany – Ale dziwny zbieg okoliczności.
- Zbieg okoliczności? - zapytał mój towarzysz – Zbiegi okoliczności nie istnieją. Jest to udowodnione matematycznie.
Spojrzeliśmy na niego z siostrzeńcem jak na wariata, chociaż wiele razy dyskutowaliśmy przy szachach na tego typu tematy do rana.
- Jak wyglądała ta Faustyna? - zapytał poważnie.
- No, jak to dziewczyna – siostrzeniec odpowiedział dość dziecinnie, ale szybko się zreflektował – Długie blond włosy, niebieska sukienka...
- Czy miała pieprzyk koło ust? - Pytanie mnie zdziwiło, ale czekałem na odpowiedź Mateusza.
- Pieprzyk? - zapytał zamyślony, jakby w pamięci próbował przywołać więcej szczegółów. - Tak... - potwierdził najpierw niepewnie – Tak, tak – następnie wykrzyknął podekscytowany, a po chwili mina mu zrzedła. - Czy to znaczy...? Spojrzał na eleganckiego pana błagalnymi oczami.
- No, młody człowieku, chyba spotkałeś ducha Faustyny – powiedział, jak gdyby mówił o zbieraniu grzybów.
- Ale skąd pan zna tyle szczegółów? - wyskoczyłem jak Filip z konopi.
- Bo jestem jej ojcem – odpowiedział, a myśmy zbaranieli.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4265

Pojedynek nr 12: Echolalia vs agathas

Post#4 » 25 mar 2016, o 09:00

[center]Zapraszam do czytania pojedynkowych tekstów! Na najlepszy tekst pojedynku można głosować poprzez oddanie głosu w ankiecie do 8 kwietnia. Zachęcam gorąco do komentowania - autorki na pewno są bardzo ciekawe, co sądzicie o ich opowiadaniach.
Powodzenia![/center]

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1954
Wiek: 37

Pojedynek nr 12: Echolalia vs agathas

Post#5 » 25 mar 2016, o 21:58

Hejo, ej tam!
Opowiadanka nie są aż takie długaśne...
Hejno, głosujta!!!

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1390

Pojedynek nr 12: Echolalia vs agathas

Post#6 » 25 mar 2016, o 23:10

TekstB
Dla nich jest to oczywista i ciągle żywa legenda, która wydarzyła się niedawno, jakieś 20 lat temu.

- Ale skąd Pan to wszystko wie? Skąd Pan zna takie szczegóły? - przerwałem mu zaintrygowany.
- Od dziewczyny – odparł spokojnie, a ja zdziwiłem się jeszcze bardziej,

Kilka dni później zmarła na zapalenie płuc.


To trochę za szybki spoiler poleciał i można się było domyślić, że rozmawiał z duchem.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
Anna Nazabi
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 825

Pojedynek nr 12: Echolalia vs agathas

Post#7 » 27 mar 2016, o 09:06

Tekst A - Napisany bardzo dobrze,płynnie,naprawdę trudno byłoby się do czegoś przyczepić.Z fabułą gorzej,ale to zapewne dlatego,że bardzo krótka forma nie jest dobra dla horroru,niemniej jakieś emocje poczułam, gorzej ze zrozumieniem ogółu sensu.To też zwalam na karb zbyt krótkiej formy.Słowem, tekst na poziomie, gdyby był dłuższy i miał więcej stopniowania napięcia,nie przyczepiłabym się do niczego
Tekst B- w ogóle mi się nie podobał.Nudny,nienajlepiej napisany

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4265

Pojedynek nr 12: Echolalia vs agathas

Post#8 » 9 kwie 2016, o 11:28

[center]Przewagą głosów zwyciężył tekst A, którego autorką jest Echolalia. Gratulacje!

Serdeczne podziękowania pojedynkującym za udział w starciu, a głosującym i komentującym za poświęcenie czasu na przeczytanie pojedynkowych opowiadań.[/center]

Awatar użytkownika
Echolalia
magiczna kosa
magiczna kosa
Posty: 559

Pojedynek nr 12: Echolalia vs agathas

Post#9 » 11 kwie 2016, o 07:34

Również dziękuję za głosy i komentarze, to miło, że ktoś jednak poświęcił czas, żeby to zrobić. I oczywiście dziękuję agathas za pojedynek :) Co prawda milej byłoby wygrać tekstem godnym uwagi, ale dzięki pojedynkowi udało mi się wrócić do pisania po kolejnej dłuższej przerwie, więc to zawsze jakiś plus.
A kolorek dostanę? :D

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1390

Pojedynek nr 12: Echolalia vs agathas

Post#10 » 11 kwie 2016, o 13:35

Dałem kolorka ;)
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Wróć do „Pojedynki”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość