Nowy użytkowniku - daj się poznać, przywitaj się!

Proza i Poezja października - plebiscyt na najlepszy tekst miesiąca

Selfpublishing, czyli...

Jak, co i gdzie wydać. Rynek wydawniczy i wydawnictwa, rozmowy o konkursach literackich i innych.
Deneve

Selfpublishing, czyli...

Post#11 » 4 sie 2015, o 17:54

Nie musisz być od razu uszczypliwy. Administracja i tak ukraca tutaj dyskusje w dziwny i niezrozumiały dla mnie sposób, ale, wracając: nie mam zamiaru dyskutować z tobą na temat tego, czy szanować tego typu wydawnictwo czy nie, bo Masz Jedyny Najsłuszniejszy Pogląd i choćbym ci przedstawiła dowody naukowe, to go nie zmienisz. Powiedziałeś, że szanujesz kogoś, kto potrafi wydoić autorów. Szanujesz też złodziei, którzy potrafią dorobić się "na wnuczka"? Bo przecież też doją, potrafią się łatwo dorobić na starszych ludziach, nie ma co, zaradni. ;) Ja powiedziałam, że takich ludzi nie szanuję, bo w moim systemie moralnym nie ma na to miejsca. I nie widzę sensu we wzajemnym udowadnianiu sobie, że "moja racja jest najmojsza". Nie lubię takich dyskusji, bo są jednotorowe, monotonne, męczące, nazwij to jak chcesz, dla mnie to rzucanie grochem o ścianę.
Ja naprawdę mogę się licytować do białego rana, ale po prostu nie widzę w tym sensu. Na cholerę mam dyskutować z kimś, kto i tak Ma Jedyny Najsłuszniejszy Pogląd i jeśli fakty mówią inaczej, to tym gorzej dla faktów. :P

Mszczuj
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 188

Selfpublishing, czyli...

Post#12 » 4 sie 2015, o 18:00

Nie porównywałbym legalnej działalności wydawniczej z oszukiwaniem starszych ludzi. I mógłbym ci odpowiedzieć w taki sposób. Ja przynajmniej próbuję nakreślić ci swój tok rozumowania, ty po prostu nazywasz mnie cebulakiem i twierdzisz, że masz rację.

Deneve

Selfpublishing, czyli...

Post#13 » 4 sie 2015, o 18:06

Nie nazywam cię cebulakiem, nazywam cebulactwem oszukiwanie ludzi. Nie mnie oceniać twoją moralność po tym, czy to popierasz czy nie.

Legalne nie równa się dobre. Weźmy na ten przykład służbę zdrowia w Polsce - trzeba płacić składki, żeby potem rzekomo móc korzystać, ale wiemy, jak wygląda próba leczenia się państwowo. I co, dobrze tak głupim ludziom, bo powinni iść prywatnie, ale dają się ZUSowi ruchać, płacąc składki? Wszystko odbywa się legalnie, a i tak na wizytę do lekarza państwowo terminy są na za trzy lata. Ale tak, bijmy brawo temu, kto się na tym dorabia (niby na nic nie ma pieniędzy, ale siedziba ZUSu jest ciągle rozbudowywana i modernizowana). W końcu robi to legalnie, więc wszystko jest okej, tak?
To, że coś jest legalne, nie znaczy, że powinno być.

Dla mnie okradanie ludzi, czy to na wnuczka, czy to przez wydawnictwo, to nadal okradanie ludzi. Simple as that.

Keegan
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 20

Selfpublishing, czyli...

Post#14 » 4 sie 2015, o 18:17

Self-pub czy nie, liczy się poczytność i jakość opublikowanych książek.
Wydawnictwa mają na głowie jakość tekstu pod względem pisowni, prezencji i badanie rynku czytelników. Z artykułu wynika, że niektóre wydawnictwa zupełnie o tym zapomniały.

Jak ktoś sam sobie publikuje książki, to on ma to wszystko na głowie. Proofreading, projekt okładki, marketing i inne takie. Dla sporej liczby pisarzy to jest nieco za dużo. Stąd też się biorą stereotypy o self-pubach.

Zaś jeśli pisarz ogarnia wszystkie aspekty tego biznesu, to będzie miał dużo lepiej niż ci, co tylko potrafią pisać. To jest normalne. W innych branżach mówią ma to "wyższe kwalifikacje".

Zaś co do wydawnictw "okradających swoich pisarzy": spójrz na to z innej strony. Pisarz daje tekst, domaga się wydania książki. Wydawnictwo nie ma bladego pojęcia czy ta książka w ogóle się sprzeda.
Przynajmniej to początkujące wydawnictwo. Te solidne mają:
- lata doświadczenia w badaniu rynku czytelnika, wiedzą co się sprzedaje, co jest popularne na zagranicznych rynkach
- ustabilizowaną renomę. Wydawnictwo, które publikuje książki światowych bestsellerów raczej nie wyda żadnego gniotu. Ten fakt daje stosunkowo stabilną bazę klientów -> pewność że książka się sprzeda W JAKIMŚ STOPNIU
- armię edytorów, marketerów, grafików, którzy dodatkowo ulepszają jakość druku, tym samym zwiększając sprzedaż książki

Wydawnictwa, które dopiero zaczynają istnieć na rynku, nie mają nic z tych rzeczy. A chcą, żeby biznes się kręcił. Nie chcą być stratni na swoim braku doświadczenia, więc owe "okradanie swoich pisarzy" trzeba tutaj potraktować jako formę zabezpieczenia przed ewentualnym bankructwem. Nie każdy chce wziąć pod swoje skrzydła pisarza, który dopiero zaczyna. Ryzyko strat jest tutaj bardzo wysokie, ale każdy chce mieć na swoim koncie dziesiątki bestsellerów.

Nie to, żebym pochwalał ten proceder, ale "każdy orze jak może".
Wikingów stworzył wiatr północy.

Cthulhu fhtaghn, jak cudownie to brzmi. Cthulhu fhtaghn, to nie byle bzik!

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4262

Selfpublishing, czyli...

Post#15 » 4 sie 2015, o 18:55

Administracja i tak ukraca tutaj dyskusje w dziwny i niezrozumiały dla mnie sposób

Ukraca, bo dyskusje tego typu nie są wartościowymi dyskusjami. I już pospieszę z wyjaśnieniem dlatego - pełne zawoalowanych adpersonamek, czepiania się słówek, przekomarzanek i odbiajania pingponga raczej nie służą niczemu poza satysfakcją osoby, która odbija pingponga lepiej. W tym przypadku wolałabym czytać o selfpublishingu, tu dyskusja świetnie się zaczęła, a przeszła w serię o czyimś tonie wypowiedzi albo tym, czemu jest albo nie jest komuś szkoda osoby w takim wydawnictwie wydanej. "Mi jest szkoda", "a mi nie ", "a dlaczego nie", "a dlatego", rzeczywiście wartościowa treść.
Proszę o zaprzestanie tej serii i powrót do tematu.


Najsmutniejsze jest to, że wydawnictwa selfpublishingowe genialnie zapełniają niszę pełną osób, które wydać by chciały, ale nikt tego nie chciał zrobić, więc właściwie to jest świetny sposób na biznes. Jest potrzeba - jest usługa. Szkoda przede wszystkim kilku rzeczy, spadku jakości literatury i generowania masy bezwartościowej treści, którą ktoś wyda i nazwie się pisarzem, ale szkoda też ludzi, którzy się w to wplątali, bo nie sprowadzałabym wszystkich do grafomanów-analfabetów, dla których to była jedyna szansa na druk. Na self decyduje się dużo osób nie tylko naiwnych, ale też zwyczajnie niezorientowanych w realiach lub np. niecierpliwych, którzy chcą już-zaraz, a dla których czekanie kilku miesięcy na odpis tradycyjnego wydawnictwa to niepotrzebnie stracony czas. Pomijając te aspekty, które już padły, to selfy w sumie wykorzystują psychologię pieniądza - bo sporo osób uważa coś za lepsze, jeżeli musi za to więcej zapłacić. Tyle że w tym przypadku niby płacą za coś, a otrzymują praktycznie nic. Za zapłatą powinna iść jakaś konkretna usługa, a w końcu za wydanie, skład etc. te wydawnictwa liczą sobie kilka-, nawet kilkanaście tysięcy złotych, rzędu 10 tysięcy w NovaeRes. To nie jest mała kwota, wysoka może również nie, ale, szczerze, w tej cenie oni oficjalnie oferują korektę - której nie ma, często redakcję - której nie ma, egzemplarze - których się na oczy nie widzi z jakiegoś względu. Czytałam ostatnio artykuł jeszcze innej osoby, z którego własnie najbardziej zapamiętałam to, że dostała do ręki tylko kilka wynegocjowanych egzemplarzy dla przyjaciół, o które łatwo nie było, a o reszcie nie usłyszała nic poza tym, że najpierw rzekomo wysłali je do księgarni, a po roku podobno wróciły do magazynu. I tyle po tych kilkuset egzemplarzach.
Selfy przede wszystkim oszukują, oferując niemal wszystko to, co tradycyjnie wydawnictwo, bo tak naprawdę tylko o braku reklamy uczciwie piszą, a i tak chyba nie na stronach, tylko po kontakcie mailowym. Moim zdaniem to jest forma oszustwa, naciągania.

Deneve

Selfpublishing, czyli...

Post#16 » 4 sie 2015, o 19:11

@Keegan
Zaś co do wydawnictw "okradających swoich pisarzy": spójrz na to z innej strony. Pisarz daje tekst, domaga się wydania książki. Wydawnictwo nie ma bladego pojęcia czy ta książka w ogóle się sprzeda.

W tej chwili bawisz się w adwokata diabła, bo NR, WFW i inne to nie są "początkujące wydawnictwa", które "nie umieją w wydawanie", tylko firmy wydające za pieniądze autora (o czym sam Pollak pisze w komentarzach), bo takie było ich założenie. Tu nie chodzi o nieumiejętność wydawania, serio.

- armię edytorów, marketerów, grafików, którzy dodatkowo ulepszają jakość druku, tym samym zwiększając sprzedaż książki

Ale wszystkie te pseudowydawnictwa też podobno mają taką armię i obiecują autorowi korektę, a potem do druku lecą książki z błędami ortograficznymi (http://spisekpisarzy.pl/2014/06/novae-res.html - tutaj link o tym, jak NR starało się pozbyć nieprzychylnej recenzji).

Poza tym nie nazwałabym Novae Res nowym wydawnictwem. Istnieją już od 2007 roku, osiem lat, jakby nie patrzeć.

@Camenne
W tym przypadku wolałabym czytać o selfpublishingu, tu dyskusja świetnie się zaczęła, a przeszła w serię o czyimś tonie wypowiedzi albo tym, czemu jest albo nie jest komuś szkoda osoby w takim wydawnictwie wydanej. "Mi jest szkoda", "a mi nie ", "a dlaczego nie", "a dlatego", rzeczywiście wartościowa treść.

Właśnie dlatego chciałam zrezygnować z tamtej dyskusji, bo nie widziałam sensu w przerzucaniu się piłeczką. Ale jak leci argument: "wycofujesz się z dyskusji, bo nie umiesz dyskutować", to ręce i cycki opadają.

Na self decyduje się dużo osób nie tylko naiwnych, ale też zwyczajnie niezorientowanych w realiach

Właśnie! I cały czas to zaznaczam (no, może innymi słowami), ale dla Mszczuja to i tak ludzie naiwni, więc problem jest chyba na linii tego, jaka dla kogo jest definicja naiwności.

Czytałam ostatnio artykuł jeszcze innej osoby, z którego własnie najbardziej zapamiętałam to, że dostała do ręki tylko kilka wynegocjowanych egzemplarzy dla przyjaciół, o które łatwo nie było, a o reszcie nie usłyszała nic poza tym, że najpierw rzekomo wysłali je do księgarni, a po roku podobno wróciły do magazynu. I tyle po tych kilkuset egzemplarzach.

Jest jeszcze problem wydawnictw typu RADWAN (nie wiem, czy jeszcze przędą), które w umowie zapisują zobowiązanie: tak, wydamy cię za darmo, ale MUSISZ sprzedać (sam, bez naszej promocji) 500 egzemplarzy. Jak nie, to dostaniesz taką karę pieniężną, że do końca życia się nie wypłacisz. Wyobraźcie sobie, jak ciężko debiutantowi jest sprzedać 100 egzemplarzy, co dopiero 500. Tym bardziej w przypadku, gdy korekta i redakcja nie istnieją, promocji brak, a okładka wykonana była w Paintcie (teraz hiperbolizuję, ale no, najlepszej jakości nie jest).

edit: w ogóle jakby gdzieś powstało mi totalnie niezrozumiałe zdanie, to alarmujcie, jestem po wykopach tak zmęczona, że już kilka razy łapałam się na poprawianiu posta, bo miejscami urywało mi od formy, momentami resztki mózgu mi się wyłączają. :P

Keegan
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 20

Selfpublishing, czyli...

Post#17 » 4 sie 2015, o 19:52

NR, WFW i inne to nie są "początkujące wydawnictwa", które "nie umieją w wydawanie"

obiecują autorowi korektę, a potem do druku lecą książki z błędami ortograficznymi

Poza tym nie nazwałabym Novae Res nowym wydawnictwem. Istnieją już od 2007 roku, osiem lat, jakby nie patrzeć.


Dziękuję za sprostowanie. Nie znam się za bardzo na polskich wydawnictwach, a i tak udzieliłem swojego zdania.
Szczerze - nie ma gorszej rzeczy na świecie niż wydawanie osądów opartych na złych założeniach.

Zgłębiłem się nieco w temat i stwierdziłem, że trzeba tu sprostować parę rzeczy. Vanity Press i self-publishing to dwie zupełnie inne rzeczy. "Wydawnictwo self-publishingowe" to jest oksymoron.

Self-publishing = won z wydawnictwem, wszystko zrobię sam. Włącznie z wrzuceniem książek do sklepu. Internetowego lub inaczej.
Vanity Press = Trzymajcie moje dzieło. Płacę, więc wymagam, że moja książka znajdzie się w księgarni.
Wikingów stworzył wiatr północy.

Cthulhu fhtaghn, jak cudownie to brzmi. Cthulhu fhtaghn, to nie byle bzik!

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4262

Selfpublishing, czyli...

Post#18 » 4 sie 2015, o 19:57

Zgłębiłem się nieco w temat i stwierdziłem, że trzeba tu sprostować parę rzeczy. Vanity Press i self-publishing to dwie zupełnie inne rzeczy. "Wydawnictwo self-publishingowe" to jest oksymoron.

Self-publishing = won z wydawnictwem, wszystko zrobię sam. Włącznie z wrzuceniem książek do sklepu. Internetowego lub inaczej.
Vanity Press = Trzymajcie moje dzieło. Płacę, więc wymagam, że moja książka znajdzie się w księgarni.


Przyznam szczerze, że nie znałam pojęcia vanity press, i rzeczywiście wychodzi na to, że utarło się nazywanie tego zjawiska zupełnie nieodpowiednie. Nazwa selfpublishing też mi nie odpowiadała, bo self tam jest co najwyżej płacenie (i ewentualna reklama).
Swoją drogą nazwa vanity press jest w pewnym sensie świetna, bo w zasadzie bardzo adekwatna, z drugiej strony strasznie negatywnie nacechowana. Mocno autoironiczna.

Deneve

Selfpublishing, czyli...

Post#19 » 4 sie 2015, o 20:34

Keegan pisze:Dziękuję za sprostowanie. Nie znam się za bardzo na polskich wydawnictwach, a i tak udzieliłem swojego zdania.
Szczerze - nie ma gorszej rzeczy na świecie niż wydawanie osądów opartych na złych założeniach.


Nie ma sprawy, nic się przecież nie stało. :)

Zgłębiłem się nieco w temat i stwierdziłem, że trzeba tu sprostować parę rzeczy. Vanity Press i self-publishing to dwie zupełnie inne rzeczy. "Wydawnictwo self-publishingowe" to jest oksymoron.

O, to, to! O Vanity Press trochę ciszej się mówi. Jakoś tak dziwnie się utarło, że self to ktoś z NR.

Vanity Press = Trzymajcie moje dzieło. Płacę, więc wymagam, że moja książka znajdzie się w księgarni.

Problem w tym, że książki z Vanity Press mało kiedy trafiają do tych księgarni. NR i inne nie mają raczej umów z Empikami, siecią Matras i innymi księgarniami (zresztą rzadko kiedy księgarnie chcą coś od takich wydawnictw brać w ogóle, bo to się po prostu nie sprzedaje). Chyba że mówimy o etatowych autorach (bo takich też mają). Na pewno trafiła książka, która była opkiem na blogasku (fanfik o Tokio Hotel, autorka go przerobiła po tym, jak zgłosiło się do niej wydawnictwo) i dobrze się sprzedała. Ale tam faktycznie był marketing, reklama, korekta, redakcja itp. Ale to i tak kropla w morzu.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4262

Selfpublishing, czyli...

Post#20 » 5 sie 2015, o 12:34

Mi się raz - dosłownie raz - zdarzyło widzieć książkę z vanity press w sprzedaży w sklepie i nawet nie w księgarni, a w stosie "tytułów za 5 zł" w Saturnie albo innym Media Markt. Książka, mimo okropnej treści (czytałam wcześniej w ebooku), była naprawdę ładnie wydana, to trzeba oddać, na grubym, dobrej jakości papierze, z porządnie wykonaną twardą oprawą, więc ta promocyjna cena prawdopodobnie nawet nie pokrywała kosztów wydruku egzemplarza.
Z drugiej strony ciekawe jest to, że zdarzyło mi się czytać zapewnienia "młodocianych pisarek" z NR, że ich książki trafiają do empików, ale po prawdzie chyba nigdy nawet nie leżały na księgarnianej półce.

Wróć do „O wydawaniu”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość