Dagor-Kel: Wymiar Cudów

Okiem wyobraźni. Proza spod znaku fantastyki: fantasy, science fiction oraz horror.
Kalypsol
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 28

Dagor-Kel: Wymiar Cudów

Post#1 » 20 lut 2016, o 20:44

Uwaga! Tekst zawiera wulgarne słowa, brutalność i obsceniczne sceny, dlatego proszę moderatorów o przymknięcie oka na moją historyjkę i nie czytanie przez osoby wybitnie pruderyjne lub wrażliwe. Zamieszczam tu raptem kilka stron tej opowieści - jeśli ktoś chce, mogę wysłać na priv 35 stron z około 130-stu. Nie nakłaniam jednakowoż nikogo do spożywania narkotyków, a wręcz odradzam. Miłej lektury i proszę komentować, nawet źle.
P.S.: nie umiem gramatyki i nie mam zamiaru się jej uczyć, ponieważ ogranicza płynność moich wypowiedzi, dlatego proszę o wyrozumiałość.

„Kręciłam się z ziemią o poranku
Gdy niebo było mglistym płomieniem
Widziałam mroczny, ziejący wszechświat
Gdzie czarne planety kołysały się bez celu
Gdzie kołysały się w przerażeniu, zlekceważone
Bez wiedzy, połysku czy imienia”
H.P. Lovecraft - „Nemezis”

„Chodź w moje sny
Pozwól mi pokazać ci, gdzie byłam”
Foggy – „Come Into My Dreams” (UK Extended Mix)

[center][/center]W POCZĄTKACH...

[center][/center]I

To, co początkowo nosiło znamiona realnego cudu – otwarcie bramy międzyplanetarnej – szybko przybrało formę koszmaru osiemnastoletniej dziewczyny imieniem Cheyenne. Trwał upalny, lipcowy wieczór, typowy dla miasta Sao Paulo, położonego na północnym skraju Meksyku. Okoliczną młodzież ogarnęła tak zwana „gorączka sobotniej nocy”, toteż wszyscy przedstawiciele młodego pokolenia zgromadzili się w najmodniejszym tutaj klubie – Santana. Zabawa była przednia – głośna muzyka, pokazy kolorowych świateł, alkohol oraz nieograniczone ilości egzotycznych narkotyków. Brakowało jedynie Huntera Thompsona.
Gdyby Rodriguez miała świadomość, iż wkrótce ujrzy prawdziwych kosmitów, będzie goniona przez szamana z nożem, a przede wszystkim – zostanie zgwałcona, darowałaby sobie odwiedzin tego miejsca. Okrutnym zrządzeniem losu nie posiadała zdolności chiromancji - imprezowe szaleństwo dotknęło także ją, dlatego siedziała teraz przy barze, popijając zimniutką colę. Wnętrze klubu przepełniały tłumy nastolatków; tu młody chłopak całował czarnoskórą kobietę bez koszuli czy stanika, gdzieś indziej trzech rastafarianin urządziło sobie konkurs, kto głębiej zaciągnie się skrętem marihuany. Mnóstwo osób uprawiało seks, wciągało nosem narkotyki, rechotało i tańczyło, czasem nawet jednocześnie.
Dwie przyjaciółki Indianki rozmawiały z wysokim, ciemnowłosym romeo obok przepełnionego parkietu. Michelle, ta chudsza, o wielkich, zielonych oczach właśnie dawała mu swój numer, podczas gdy Shila – gruba oraz brzydka – wypatrywała czegoś ciekawego do roboty, jakby towarzystwo ją znudziło albo chłopaka interesowała tylko jej ładniejsza towarzyszka.
- Hej, dziewczyny! - wykrzyknęła Cheyenne groźnym, acz delikatnym głosem, dziwne połączenie. - Tu jestem! Chodźcie, już późno!
Obie przedstawicielki płci pięknej zrobiły zdezorientowane miny, prawdopodobnie przez głośną muzykę niedosłyszały, co tamta mówiła. Rodriguez dostrzegła to, wstała, położyła obok szklanki parę meksykańskich peso i ruszyła ku drzwiom wyjściowym, koniec końców siedziały tam mniej więcej sześć godzin, od dwudziestej; zegar właśnie wybijał drugą nad ranem. Normalnie zabawa trwałaby drugie tyle, gdyby jutrzejszego dnia trójka nie miała ciężkiego treningu koszykówki przed nadchodzącymi zawodami.
Nastolatka otworzyła drzwi. Świat zewnętrzny, jak zawsze wczesnymi, ciepłymi rankami, wyglądał super urzekająco: na wprost rozciągała się przestrzeń gigantycznej pustyni, ponad którą górowało dżdżyste niebo, przy czym zamieszkane tereny Sao Paulo widniały dokładnie za jej plecami. Nic nadzwyczajnie ważnego. Dlaczego miałaby obchodzić ją ta głupia mieścina, skoro właśnie teraz wciągała nozdrzami świeży zapach przyjemnie chłodnego powietrza, tudzież oglądała kolorowe neony szyldu Santany?
Cholera wie. Kobieta spostrzegła, że obie przyjaciółki, zaprawione dobrym nastrojem, opuściły właśnie teren dyskoteki.
- Kim był ten gość? - chciała wiedzieć ofiara przyszłej tragedii, poświęcając im relatywnie mało uwagi. Rozmarzonym wzrokiem nadal oglądała pustkowie.
- Nikt szczególny. Czemu? - zapytała Shila bez widocznych rezultatów. - Wiesz, ostatnio dziwnie się zachowujesz.
- Mam złe przeczucia. Idziemy?
Bardziej uraczyła owym twierdzeniem samą siebie, niż najlepsze koleżanki, ostatni raz staksowała przeogromną taflę piasku, zrobiła obrót, po czym zaczęła, albo raczej zaczęły, iść naprzód. Zostawiły samochody przy domach (wiedziały, że dzisiejszej doby wypiją więcej, niźli pół piwa), więc teraz czekała je długa, groźna droga.
Wyglądała dość zwyczajnie - ot długi, kręty kawałek betonowego, oświetlonego czasem światłami ulicznych lamp węża. Poza nią widać było jedynie ciemność przerywaną blaskiem księżyca. Ledwo dziewczyny odeszły kilkanaście metrów od miejsca balang, ich uszy dobiegło specyficzne, mało przyjemne brzęczenie. Michelle przypominał on... właśnie... cóż takiego? Wszystkie zrozumiały nagle, iż nie potrafią sprecyzować dokładnie, jaka istota go wydaje.
- Cheyenne, co to, kurwa, jest? - zagadnęła Shila drżącym głosem.
- Skąd mam wiedzieć? Komar? Chrząszcz?... Pełno tu tego cholerstwa...
Jasna sprawa, głośność owego dźwięku przewyższała zwykłe hałasowanie dowolnego robaka, chyba że miałby dwumetrowe skrzydła. Trójka jednocześnie, bez używania słów, postanowiła zignorować odrażające wrażenia akustyczne, jednak kobiety coraz bardziej odczuwały irracjonalny strach; jego źródło zbliżało się i oddalało, pozostawiając głuchą ciszę. Raz dochodziło z prawej, lub lewej strony, innym razem - góry tudzież przodu, pośród gęstej ciemności.
- Moim zdaniem trener powinien wywalić Islę. Ona tylko psuje nam całą grę. - zaczęła wywód Michelle, celem odwrócenia swoich myśli od irytującego brzęczenia. - Ostatnio, wyobraźcie sobie, nazwała mnie kurwą, bo przypadkowo szturchnęłam ją ramieniem. Bez przerwy gada o tym, iż kupiła sobie nowe buty, wielka księżniczka.
Wnet, przez krótką chwilę, odgłos uległ zwielokrotnieniu, po czym zupełnie ustał.
- Masz rację. Pewnie wyrzuciłby sukę już pierwszego dnia, gdyby miała znacznie mniejszy tyłek. - skwintowała wściekła Rodriguez. - Wobec ciebie, Shila, też wysnuwała obiekcje?
Zero odzewu - teraz absolutnie nic nie zagłuszało tajemniczej, spowijającej owe miejsce ciszy. Dwie dziewczyny spojrzały tam, gdzie wcześniej szła brzydsza koleżanka oraz z przerażeniem stwierdziły, że miejsce grubaski zastąpił wiatr. Serce panny Rodriguez podeszło bliżej gardła. Ja pierdole, pomyślała sobie.
- Hej, gdzie, psia krew, jesteś?! Przestań pajacować!! - wrzasnęła Michelle piskliwym tonem.
- Skończ te durne gierki! - zawtórowała Cheyenne. - Wyłaź stamtąd!
Znowu brak reakcji. Wcześniejsze obawy kobiet zastąpił paniczny strach. Ile sekund minęło odkąd widziały ją ostatni raz? Dziesięć? Piętnaście? Góra dwadzieścia. Przez ten krótki czas nie mogła uciec tak daleko, żeby jej uszy omijały gorączkowe nawoływania. Szczególnie tego typu. Diabelnie głośne.
Rodriguez omiotła wzrokiem teren dookoła. Ani żywej duszy. Chociaż wydawało się to idiotyczne, miała wrażenie, iż ten cholerny dźwięk jest sprawcom całego zamieszania. Właśnie, a propos: znowu zamajaczył za plecami ślicznotek, tam, gdzie stała Michelle. Dla sprawdzenia, jaki wywiera wpływ na istoty żywe, przekrwionymi oczyma próbowała uchwycić ostatnią znajomą. BACH! I ni ma nikogo. Adie, piękna.
Panika przepełniająca serce Cheyenne zniknęła, zastąpiona dojmującą trwogą. Chryste panie, co jest? Ostatnim razem bała się tak pod wpływem LSD-25, gdy jej sypialnię nawiedził dawno zmarły dziadek; posiadał siną skórę, rozcięty czymś tępym brzuch, flaki wypływające spomiędzy fałdów ciała. Oczywiście wtedy doświadczała jedynie potężnych halucynacji – aktualnie wszystkie wydarzenia nosiły znamiona prawdy.
- Dziewczyny, kurwa, powiedzcie coś! - krzyknęła zrozpaczona. - Przestańcie robić sobie jaja, błagam was! Czując bezpośrednią Obecność czegoś dzikiego, szkaradnego, zaczęła biec przed siebie, jakby gonił ją sam książę podziemi, Astaroth. Niedługo przebierała zmęczonymi tańcem nogami - zaledwie trzydzieści zgięć obu kolan później, znowu usłyszała przerażające brzęczenie. Źródłem owego fenomenu – teraz to wiedziała – był latający koszmar, który coraz bardziej skracał dzielącą ich odległość.
Nagle ŁUP! Wstrętny, pokryty rzadkimi, acz twardymi włosami, humanoidalny stwór, wciąż lecąc góra metr nad ziemią, złapał Cheyenne oburącz i wylądował, aby następnie przygnieść ofiarę do asfaltu własnym cielskiem. Aktualnie obaj leżeli przytuleni, niczym kochankowie przed lub po stosunku - kobieta bez skutecznie próbowała się wyrywać, albowiem kosmita odwrócił ją na plecy oraz chwycił za przeguby, boleśnie ściskając. Dopiero teraz dokładnie zlustrowała jego powierzchowność.
Osobnik ten przypominałby człowieka (miał dwie nogi, ręce, głowę), gdyby nie ohydna, czarna, robacza skóra, wielkie, komarze skrzydła, zakończone pazurami kończyny, trzy pary pajęczych oczu plus długi, dyndający między udami penis. Właśnie on najbardziej zaszokował ślicznotkę. Cheyenne znała już rodzaj snutych wobec niej planów: śmierć mogłaby jeszcze przełknąć, ale gwałt przez tego typu paskudne monstrum był ponad siły steranego życiem organizmu.
- Zostaw mnie, brudne ścierwo! - łkała zrezygnowana.
Jakby wyzwiska stanowiły dlań podniecający element gry wstępnej, szkarada lewą dłonią, zerwała Rodriguez krótką spódniczkę razem ze stringami. Dziewczyna poczuła falę nudności, zamknęła oczy. To jedynie sen, zaraz się obudzisz. Złym zbiegiem okoliczności pole widzenia zalał aniołowi mrok, a skoro tak, świat zewnętrzny mogła odbierać głównie bodźcami dotykowymi.
Właśnie zrozumiała, iż pozaziemska istota wsuwa swojego nabrzmiałego członka między ścianki jej dziwnie mokrej macicy. Humanoid najwyraźniej czuł przyjemność, ona – ciężko powiedzieć. Niby perspektywa bycia wykorzystaną seksualnie wydawała się zatrważająca, jednak sprawiała kobiecie enigmatyczną satysfakcję. Wielkie monstrum zaczęło mechanicznie poruszać dolną częścią tułowia do przodu oraz tyłu; akt ten wywołało u kobiety falę bólu. Nagle wewnątrz siebie poczuła nieprzyjemną część dotyku lekko pofałdowanego penisa.
Czasem widywała ekscentryczne prezerwatywy, ozdobione gumowymi kolcami, prążkami lub innymi rzeczami: lubiła takie odmiany, tylko jakoś wspomniane udziwnienie ciężko było zaakceptować. Tempo wzrastało. Anioł miał wrażenie, że wkrótce zwariuje i kiedy wreszcie robaczywe nasienie zalało wnętrze jego ośrodka przyjemności wiedział, iż tortury będą trwać znacznie dłużej. Może nawet wiecznie.

[center][/center]II

Dziki Sokół zawdzięczał sobie opinię najważniejszego szamana klanu Mohawków wieloma różnymi rzeczami: uzdrawiał ziołami śmiertelnie chorych, zabijał dziesiątki wrogich mu Indian, wielokrotnie zażywał trujące dawki przenajrozmaitszych substancji halucynogennych, raz nawet odbierał porody dwóch kobiet naraz. Rewelacja jak na liczącego sobie ponad czterysta lat starca.
Złym zbiegiem okoliczności wiedział, iż żaden nabyty dotychczas zespół doświadczeń nie ułatwi mu stawienia czoła obecnym problemom. Właśnie, u progu nowego millenium świadomości ludzkiej, maszerował przez szereg diabelnie długich, tkwiących pod górą Erabol korytarzy; wprawdzie lewą ręką trzymał sporych rozmiarów pochodnię, lecz dość kiepsko rozjaśniała ona meksykańskie ciemności.
Starożytna cywilizacja Ameryki Południowej drążyła te tunele około siedmiu wieków – wszystkie, oprócz jednego (oznaczonego glifami) prowadziły Donikąd i akurat tymi runicznymi znakami kierował się mężczyzna, szukając upragnionego celu owej żmudnej podróży. Komnatę Pradawnych odwiedził tylko raz, wiele lat temu, fascynował go również fakt, że dzięki inteligencji przodków nikt inny jej nie oglądał, tym lepiej dla reszty ludzi zresztą.
Wreszcie podszedł bliżej ogromnego, wykutego w litej skale znaku. Oto dotarł; już wyłącznie metry dzieliły go plus te wiekopomne wydarzenia. Z monstrualnym postanowieniem dobrego zachowania zgasił pochodnię, zrobił kilka kroków, obierając prawy korytarz, wreszcie stanął jak wryty. Ilekroć miał zaszczyt oglądać wnętrze Sali, tylekroć serce zaczynało bić mu szaleńczym tempem.
Widział teraz dokładnie kunszt jej mozolnego wykonana. Znajdował się pośród mroków gigantycznej groty o idealnie gładkim, półkolistym suficie oraz ścianach wysokich niczym jedenastopiętrowe bloki. Zapomniane już ręce pokryły je zastraszającą wręcz ilością płaskorzeźb, przedstawiających obrazkowo najważniejsze dzieje wszechświata od jego początków, po czasy przed chrystusem - tu czterej obserwatorzy dostrzegali powołanie Ilis, królowej; gdzie indziej wyryto scenę zabójstwa wcześniejszego władcy Dagor-Kel przez pustynnego trolla czy kłótnię między Sil i jej ojcem, Ashodronem.
Jednakże najważniejszą atrakcję tutaj stanowili trzej potwornie wychudzeni, przykuci łańcuchami do centralnie położonego klejnotu, starzy mężczyźni. Ów kamień szlachetny, przypominający kryształ, emitował własny, purpurowy blask - znak, że zaklęcie wiążące tu ciała plus dusze staruszków nadal działa. Rozumiejąc, iż Sokół zechciał odwiedzić tę żałosną bandę, otworzyli oczy, jakby zakłócił im wieczną drzemkę; byli odrobinę zaskoczeni niespodziewaną wizytą.
- Oho! Czyż to nasz ukochany Długowieczny? - zapytał ironicznie, dość złośliwie, ten pośrodku imieniem Balor. Reszta milczała.
- Tak. Miło mi cię widzieć. - mędrzec powstrzymał swój cięty język. - Was również, Mezarze i Nifrenie. Mamy spory problem.
- Ciągle przynosisz tylko złe wieści. Dlaczego zawsze skąpisz nam wesołych nowin? - podjął rozmowę tamten. - Wasze plugawe uszy nie godne są słuchania radosnych rzeczy. Skupcie uwagę, bo musimy zadecydować o losach kosmosu... - mężczyzna przerwał, próbował odpowiednio dobrać słowa, znowu kontynuował: - Wczoraj wieczorem Kamienna Brama została otwarta. Do naszego świata dostał się plugawy stwór, który zgwałcił dziewczynę, Cheyenne... Widocznie mieszkańcy Dagor- Kel odkryli sekretny portal prowadzący tutaj. Rozmawiałem z Ilis – potwierdziła moją oczywistą tezę... Chyba powinniśmy zareagować.
Szaman nienawidził tych zaplutych skurkowańców całym sercem, złym zbiegiem okoliczności właśnie oni figurowali jako najmądrzejsi ludzie na świecie, toteż musiał – według tradycji – zasięgnąć ich rad. Starsi, mając za sobą ponad osiem tysięcy lat życia i gigantyczną wręcz wiedzę, zrozumieli powagę obecnych wydarzeń; jeżeli rasa Nun-tai, będąca integralną część uniwersum, zdecyduje odwiedzić niebieską planetę, zabije tam wszystkie żywe istoty. Być może też martwe.
- Najpierw ukatrupmy tą całą Cheyenne. Dalej zburzymy Bramę. - zasugerował Mezar, wyraźnie podniecony własną propozycją.
- To bardziej skomplikowane, niż można przypuszczać. Ilis mówiła mi o wybuchu wojny. Chyba nasi bracia mają pewne problemy natury dyplomatycznej. Czy należy im pomóc?
- Ja... eee... popieram. - wtrącił Nifren. - Swoją drogą przyprowadź nam tą Indiankę. My się nią zajmiemy. Słysząc słowa kolegi, pozostali dwaj mężczyźni zaczęli chichotać. Wyszczerzyłby zęby może również Sokół, gdyby nie znał owych gburów tak dobrze, jak teraz.
- Spierdalaj szmato. - powiedział groźnym tonem.
- Czyżbyś zapomniał, kto nauczył cię wszystkiego, co obecnie wiesz? Obdarzył wiedzą? Długowieczny myśli, że pozjadał wszystkie rozumy!
Tego było za wiele. Początkowo mędrzec miał zamiar załatwić sprawę pokojowo, aktualnie jednak postanowił olać wszelkie zasady dobrego wychowania; spod szykownego stroju rdzennych Amerykan wyciągnął długi, ząbkowany nóż i ruszył ku Balorowi. Mało fortunnym zrządzeniem losu, pośród odmętów gniewu zatracił zdolność racjonalnego myślenia, wszelako zatrzymał się, przyłożył mu ostrze do wychudzonego, kościstego gardła, widząc beznamiętne oblicze.
Oczekiwał zgoła innej reakcji, niż uzyskał: chciał widzieć, jak ten błaga go o oszczędzenie życia, podczas gdy naczelny Starszy tylko zarechotał. Świadomy jego obezwładniającego spokoju, pogardy obecnej wewnątrz przekrwionych oczu, poczuł jeszcze większą złość - nawet pieprzone groźby nie ruszają tych cholernych capów. Co gorsza, czasem będzie musiał ich widywać przez wiele, wiele lat. Zrezygnowany opuścił nóż.
- Daj sobie spokój. Śmierć to nader kusząca propozycja, biorąc pod uwagę fakt, iż tkwimy tu bez jedzenia, picia czy kobiet od ośmiu tysiącleci. - przypomniał inicjator wcześniejszych kłótni. - Pamiętasz, prawda?
Owszem. Generalnie rzecz biorąc przypominał sobie, dlaczego ta trójka została uwięziona, z opowiadań jego zmarłego ojca. Dawno temu podobno Meksyk był państwem-miastem, potężną „fortecą” całej Ameryki Północnej. Władzę objął tam bezimienny król, którego – wedle legend Indian – zesłał księżyc, żeby sprawiedliwie oraz inteligentnie rządził miejscową ludnością. Ów człowiek wysługiwał się trzema najznamienitszymi umysłami tamtejszej epoki; najczęściej służyli mu właśnie dobrą radą.
Złym zrządzeniem losu któregoś dnia jego umysłem zawładnęły mroczne pragnienia – aby powstrzymać go przed sianiem zła, Mezar, Balor plus Nifren zawiązali przeciwko swojemu królowi tajemniczy spisek. Wkrótce potem ci bestialsko zamordowali pana tej krainy, przejmując nad nią odpowiedzialność i wszystko byłoby super, gdyby kilka klanów, sądzących, iż choroby psychiczne potrafi leczyć część roślin, nie stanęło na czele rebelii przeciwko nowym, samozwańczym władcom Meksyku.
Zginęło wielu bezbronnych ludzi, głównie przez te trójkę. Kiedy wreszcie wewnętrzny konflikt został opanowany, najpotężniejsi czarnoksiężnicy postanowili – za karę – zniewolić dusze lub ciała Mędrców. Przynajmniej tak to wyglądało, jeśli wierzyć starym, przekazywanym drogą ustną opowieściom.
- Jak załatwimy sprawę Cheyenne? – podjął wnet Sokół. - Mówiąc „pozbądźmy się”, chodzi wam o morderstwo?
- Masz inny pomysł? - odpowiedział pytaniem Nifren.
Szaman, zwany czasem Dzikim Sokołem, wysilił swoje szare komórki. Oczywiście jego podwładni zabili dziś rano dagor-kel`ską bestię, ale pozbawienie życia młodej dziewczyny jest totalnym przegięciem, tym bardziej zważywszy, ile już wycierpiała. Musiał wymyślić coś zupełnie odmiennego od wcześniejszego planu.
Pod kopułą kotłowały mu się oznaczające różne rzeczy słowa: Pokrzyk wilcza jagoda, Alzheimer, Bieluń dziędzierzawa, kwas domonowy, uraz głowy, udar, delirium, alkohol – wszystkie te wyrażenia bezwiednie połączył z utratą pamięci. Właśnie! Nagle go olśniło!
- Mam!.. Lobotomia! - prawie to wykrzyknął, zadziwiony potęgą swego intelektu.
- No, dobry pomysł, tylko trochę krzywdzący, prawda? - Mezar storpedował jego myśl. - Człowiek bez wspomnień jest żałosną, głupią karykaturą tego, czym był dawniej. Osobiście wybrałbym śmierć.
- Rób, co chcesz. - udzielił mu pozwolenia Balor. - Idź już. Daj nam odpocząć.
Wedle życzenia Przedwiecznych, Sokół uniósł do góry wcześniej zgaszoną pochodnię i wlepił weń swój wszechwiedzący wzrok. Nagle, jakby pod wpływem dziwnego zaklęcia, owinięta nasączoną parafiną szmatą, końcówka drewnianego przedmiotu zapłonęła żywym ogniem, a skoro tak, wypraszany mężczyzna powinien opuścić sekretną komnatę, więc polazł ku ciemnemu korytarzowi, skąd wcześniej przyszedł.
Niedługo musiał wyczekiwać jakiegoś urozmaicenia: wnet poczuł dziwne, przyprawione bardzo silnym wrażeniem odrealnienia, imitujące początek fencyklidynowej fazy zawroty głowy. Mimo wciąż nasilających się doznań, maszerował dalej, wiedząc, cóż ów stan oznacza, aż wreszcie doświadczył meritum enigmatycznego zjawiska - zaczął słyszeć przepiękny, bez wątpienia kobiecy głos. Rozpoznał go. Pani wszechświata miała chęć uciąć sobie małą pogawędkę.
- Witaj ponownie, mój drogi. - rzekła telepatycznie uwodzicielskim tonem Ilis . - Potrzebuję, żebyś ściągnął mi kogoś jeszcze, oprócz dwójki mężczyzn oraz zabójczyni.
- Tak? Kogo?

III

Jako dwudziestolatek, Ray Booth, poznał swoją miłość – Fencyklidynę. Zażywał ją prawie codziennie, przez następne sześć wiosen, kiedy wreszcie zdołał ukończyć studia z chemii organicznej oraz dostać pracę w Silo Laboratories. Prawdę powiedziawszy syntetyzowanie dla ogromnego koncernu farmaceutycznego nowych, przydatnych medycznie substancji było jedynie przerwą między kolejnymi syntezami nieznanych narkotyków.
Obecnie, mając lat trzydzieści cztery, cieszył się reputacją największego producenta legalnych środków psychoaktywnych całego Sao Paulo: rankami zasilał szeregi naukowców służących dobru, wieczorami zaś wykorzystywał skradzione odczynniki do produkcji halucynogenów. Młodzieńcza fascynacja odmiennymi stanami świadomości przyniosła mu krocie profitów i gdyby nie szalony plan bogini Ilis, najprawdopodobniej resztę życia poszerzałby listę research chemical, wiodąc bogatą, dostatnią egzystencję.
Wszystko uległo zmianie pewnej lipcowej nocy. Ray oraz jego najlepszy kolega – Marques Ortega, zamiłowany ćpun, siedzieli przy dużym stole u tego pierwszego. Przed sobą mieli spory arsenał chemikaliów: chloroform, aceton, cyjanek potasu, bromek fenylomagnezu, piperdynę... wszystko, czego potrzebował geniusz ciemnych interesów, plus dużą ilość szkła. Od ścian odbijały się dźwięki wesołych piosenek rumuńskiej wokalistki – Inny, telewizor wyświetlał ruchome obrazki nagich kobiet, gdzie indziej talerz gościł nadjedzone kawałki pizzy. Ogólnie mówiąc, chatę Bootha opanował bałagan.
- Co dzisiaj próbujemy? - zapytał znajomy biznesmena podnieconym głosem.
- Para-metylo-DMT.
Przodownik szarego rynku chwilę przeglądał butelki o ciemnych strukturach, zajmujące przestrzeń drewnianego mebla. Wreszcie znalazł - opatrzył ją białą etykietą z czarnym wzorem strukturalnym relatywnie skomplikowanej molekuły. Chwycił lewą ręką naczynie, unosząc je do góry.
- Wczoraj moja ekipa próbowała stworzyć bezpieczniejsze odpowiedniki używanych już Tryptanów, leków przeciwmigrenowych. W ramach tamtego procederu musiałem wyprodukować kilkanaście pochodnych 2,3-benzopirolu, głównie obecny tutaj 1-(4-metyloindol-3-ylo)-2- chloroetan. Poddając go wpływowi C2H7N, otrzymamy nieznany wcześniej związek, prawdopodobnie silny halucynogen pod postacią soli chlorowodorowej.
Po minie młodego meksykanina, chemik wiedział, że ten słabo rozumie jego naukowe wywody, Ortega wyznawał wszak zupełnie odmienną filozofię życiową - wedle niego powód, dlaczego coś działa miał drugorzędne znaczenie, ważne, iż daje solidnego kopa. Właśnie różnice umysłowe tej dwójki powodowały między nimi często irytujące spięcia.
Ten mądrzejszy użytkownik dragów wziął dodatkowo małą buteleczkę wspomnianej dimetyloaminy, tetrahydrofuranu oraz pustą, jednolitrową kolbę. Mimo małych rozmiarów naczyń, ledwo uniósł je obiema rękami, bez zastanowienia skierował się również ku umiejscowionej raptem dziesięć metrów dalej kuchni. Piecyk gazowy, najbardziej podstawowy sprzęt domowy, służył mu jedynie do podgrzewania wszelkiej maści mikstur, reszta wyposażenia spełniała jeszcze mniej funkcji.
Ray delikatnie położył wszyściusieńkie przedmioty na ladzie koło tegoż urządzenia. Obecnie Marques obserwował, jak przyjaciel kolejno: zapala gaz, zakrywa go żaroodpornym szkłem, wlewa tam blisko dwieście mililitrów rozpuszczalnika, doprawia to całą zawartością pozostałych butelek, następnie jednym, płynnym ruchem dłoni, zrzuca wszystko z lady. Zużyte pojemniki wylądowały w stojącym obok koszu, wśród resztek jakże zdrowych fast-foodów - widząc jego zawartość, oboje zastanowili się, czemu u licha tak bogaty facet żre byle co, przecież może sobie zapewnić dobrej jakości jedzenie...
- Mógłbyś załatwić nam kilka gramów Kokainy? - spytał diler, przerywając zadumę. - Odkąd mój dostawca, Diego, zarobił kulkę cienko tu przędę. Straciłem też mnóstwo klientów. Poleć mnie znajomym. Robię przecież najlepszy towar.
- Masz super farta. - drugi facet zaczął iść ku swojemu koledze. - Jutro wieczorem „U Shantee” będzie Rave. Znam tam paru wpływowych ludzi. Może dadzą zarobić ci trochę forsy, kto wie?
- Dobra. Będę. Dzięki.
Znowu zapanowała niezręczna cisza, przerywana czasem głośniejszym bulgotaniem roztworu, mającego teraz konsystencję ohydnej, szarej brei. Ach, ta alchemia, pomyśleli obydwaj. Odkąd Booth sięgał pamięcią wstecz, dragi zawsze zastępowały mu wszelkie wygody: czuł się zmęczony - brał Koks, chciał obejrzeć ciekawy film - wciągał nosem sproszkowane kryształy Ketaminy; miał ochotę wypić owocowy napój, rozpuszczał w wodzie Mefedron o smaku dojrzałych wiśni. Właśnie one były dla niego spełnieniem marzeń, pal licho pieniądze, sławę czy przyjaźń.
Od rozpoczęcia gotowania minęło jakieś pięć-sześć minut. Swoim przekrwionym wzrokiem Raymond zlustrował tarczę zegarka; stracił dodatkowe siedem sekund, potem dziesięć, dwadzieścia trzydzieści... „Czas przemija” - brutalna prawda. Reakcja miała trwać trochę ponad kwadrans, niestety ów czas, komuś u progu wypróbowania nowego narkotyku, leci wyjątkowo powoli. Dwójka zastanawiała się, nad czym mogliby tu podyskutować, aż wreszcie zrezygnowani podjęli znany, oklepany temat. Cóż... brak innych zainteresowań zobowiązuje.
- Próbowałeś kiedyś antagonistę NDMA?
- Że co, kurwa?
- Że, kurwa, dysocjanta.
Ortega chwilkę wysilał swoje szare komórki.
- Żarłem Metoksydynę, Tiletaminę, Benocyklidynę, więc chyba owszem. - powiedział ironicznie; strasznie denerwował go naukowy język przyjaciela.
- Tutaj faza będzie bardzo podobna, tylko kilkakrotnie silniejsza. Możesz jeszcze się wycofać.
Wiadomo, taką opcję mógł wykluczyć, dlatego również czekali dalej. Wnet ciepłe powietrze wypełniające ową placówkę przebił odrażający smród acetonu i czegoś wyraźnie chlorowanego - biznesmen wyłączył gaz, chwycił oburącz żaroodporną, pełną chemikaliów kolbę, popędził ku kranowi, aby wsadzić ją do umywalki. Zrobił to zastraszająco szybko, bo rozgrzany materiał parzyło mu dłonie.
Zaledwie odkręcił pokrętło oznaczone dookoła niebieskim kołem, lodowata woda natychmiast zalała otoczenie szklanego zbiornika, chłodząc jego wnętrze. Proces zwany krystalizacją przebiegał prawie natychmiastowo; minął raptem moment, a już pośród szarej mazi wstydliwie zamajaczyły przezroczyste formy stałe koloru brązowo-żółtego. Produkt posiadał niską czystość - wszyscy o tym wiedzieli, mimo tego postanowili zaryzykować spróbowaniem. Dalsze oczyszczanie towaru Ray mógł przeprowadzić najwcześniej jutro koło wieczora, mając odpowiedni sprzęt, wszak domowe metody puryfikacji mogli sobie wsadzić.
Zadowolony, gołymi palcami, szybciutko, wyciągnął stamtąd kryształek wielkości końcówki naostrzonego ołówka. Kolejnymi dwoma rzeczami, jakie dobył, były: zapalniczka oraz specjalna lufka, zakończona okrągłym zbiornikiem, gdzie narkomani umieszczali crack, aczkolwiek palił zeń absolutnie wszystko, nawet głupa.
- Usiądź. Ja pierwszy.
Wedle rozkazu podekscytowany Marques zajął pustą przestrzeń kuchennej podłogi. Równie przejęty producent wsadził do środka fifki kryształ, objął ustami i zaczął płomieniem ogrzewać okrągłą końcówkę. Źródło ciepła nie niszczyło materiału, jedynie zmieniało stan skupienia - dym, taką przyjęło formę. Booth zaciągnął się gryzącymi oparami, oddał oba przedmioty koledze, usiadł.
- Matko przenajświętsza. Chyba ostro daje, hę? - zapytał Ortega.
Ledwo chemik zdążył wypuścić to, co wciągnął, już cały świat diametralnie zmienił swoje oblicze. Przestał widzieć. Przestał słyszeć. Zobaczył wszechogarniającą ciemność, jakby zwyczajnie zamknął oczy, tylko, że miał je otwarte.
Dopiero teraz zmrużył powieki, robiąc głęboki wydech. Jego umysł zalała fala dojmującej
euforii, silniejsza niż pod wpływem dziesięciu gramów suszonych grzybów Stropharia (gdyby przez nowy narkotyk oślepł, pewnie zignorowałby ów fakt, byle owe magiczne uczucie trwało całą wieczność) dodatkowo jeszcze, poza szczęściem, odbierał też coś innego - obecność wyższej, diabelsko mądrej istoty, prawdopodobnie kobiecej, bardzo pięknej, sprawującej nad nim kontrolę.
Wśród odmętów czerni poczuł, iż traci swoje ciało. Obecnie posiadał wrażenie, że unosi się gdzieś w przestworzach, daleko za swoim domem, Sao Paulo, Meksykiem, czy problemami wszechświata; chciał słowami, rymami, piosenką wyrazić zachwyt, ale odebrano mu zdolność mowy. Gdy zapragnął halucynacji, dostał je - bez żadnego ostrzeżenia przodownikowi szarego rynku pokazano ogromną, skąpaną blaskiem zachodzącego słońca pustynię. Po afrykańskich równinach gnało stada wesołych tygrysów, te również miały przewodnika.
Bardziej przypominał wybryk natury, niźli normalną osobę. Wyglądał jak trzymetrowy, umięśniony mężczyzna o łysej głowie, wielu zagojonych, długich ranach (najokazalsza zdobiła twarz stworzenia), skórze porośniętej krótką, lwią sierścią: na nogach, rękach oraz boku tułowia ciemniała, tworząc czarne, ozdobne paski niby u zebr. Jasna sprawa najbardziej szokował całkowity brak ust. „Ciekawe, czym ten typ żre?”, pomyślał diler, zdumiony fantazyjnością wizji.
Ten obraz zniknął, zastąpiony innym, być może piękniejszym, jeżeli patrzący wyznawał religię, zwaną heteroseksualnością. Mężczyzna dostrzegł roześmiane oblicze śliczniutkiej dziewiętnastoletniej dziewczyny, która miała latynoskie korzenie, wielkie, niebieskie oczy i grube, czerwone dredy, upstrzone ogromną ilością kolorowych ozdób, głównie metalowych pierścieni, trzymających razem włosy. Jej imię brzmiało Taringa. Właśnie, psia krew, skąd on to wiedział? Nie miał zielonego pojęcia.
Jakaś tajemnicza siła wyższa podszepnęła chemikowi dziwny wyraz. Dagor-Kel. Kurwa, słyszał już tą nazwę. Doprawdy, czy może raczej doznawał indukowanego zażyciem wspomnianego psychodeliku deja-vu? Kolejne pytanie bez odpowiedzi.
Widząc te majaki poczuł budzące się w nim ukryte pragnienia dalekich podróży oraz miłości. Zawsze wiódł samotne, przepełnione bólem życie, stronił też od przygód. Ciągle tylko harował, by pod koniec dnia wszelkimi możliwymi substancjami oszukiwać siebie samego, że jest dobrze, skoro ewidentnie czegoś mu brakowało. Teraz postanowił diametralnie zmienić własny los: wraz z nadejściem trzeźwości odwiedzi kilka najmodniejszych tutaj klubów, pozna ciekawą kobietę, weźmie ślub, wybuduje sobie dom, zacznie zwiedzać świat...
...Bla, bla, bla... Ile razy chciał tego dokonać? Raz, dwa... około pięciuset. Chociaż takie plany snuł średnio co cztery tygodnie, teraz ziści swój sen o idealnej przyszłości, nawet gdyby miał poświęcić temu resztę swojej nędznej egzystencji.

Tagi:

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1954
Wiek: 37

Dagor-Kel: Wymiar Cudów

Post#2 » 21 lut 2016, o 20:26

Gramatycznie i składniowo wszystko u ciebie gra, więc nie wiem, skąd te lamenty.

mala_gente
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 113

Dagor-Kel: Wymiar Cudów

Post#3 » 21 lut 2016, o 20:36

Nie moje klimaty, ale czytało się całkiem nieźle. Wartka akcja. Trochę zbyt obrzydliwe jak dla mnie. I dużo tekstu na raz. No i Meksykanin, a nie meksykanin:)

Mszczuj
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 188

Dagor-Kel: Wymiar Cudów

Post#4 » 21 lut 2016, o 20:53

Myślę, że z taką wyobraźnią stać cię na ciekawszą historię. Pilnuj merytorycznego sensu tego o czym piszesz. Gardło nie może być kościste. Biznesmen wsadził butlę pod kran zastraszająco szybko - bez sensu. Dosyć topornie idzie Ci nazywanie bohaterów w kolejnych akapitach. Jesteś w tym mało oryginalna - stworzyłaś dziewczynę przy kości, więc nazywasz ją potem grubaską albo brzydulą. Każdy laik by tak zrobił, pogrzeb w odmentach nieprzeciętnej wyobraźni i nadaj jej więcej charakteru. Osobiście nie przepadam za sposobem w jaki używasz przekleństw. Mam wrażenie, że sama nie stosujesz ich w codziennej mowie.
To chyba tyle. Poza tym główny wątek kojarzy mi się z horrorem klasy B pt martwe zło czy jakoś tak.

Kalypsol
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 28

Dagor-Kel: Wymiar Cudów

Post#5 » 21 lut 2016, o 21:43

Jestem chłopakiem mszczuj ;)
Zastraszajaco szybko bo parzył go rozgrzany roztwór nowego narkotyku :) Tzn. ta część książki pochodzi sprzed ponad dwóch lat (kupa czasu dla początkującego autora) także sam widzę, że nie wszystko jest tak, jak być powinno a że jestem leniuchem nie mam ochoty nic poprawiać :( Z tą gramatyką nie wiem - ktoś kiedyś zarzucał mi nieumiejętność jej stosowania, dlatego ostrzegłem na wstępie. Być może już ją ogarnąłem.

Historia jest dużo ciekawsza, ale dopiero jak się rozwinie bo to raptem kilka stron z ponad 900. W każdym razie dziękuję wam, kochani, za słowa krytyki i komentarze. Dacie mi jakieś cyferki? 1/10? 2/10 czy coś?

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1394

Dagor-Kel: Wymiar Cudów

Post#6 » 23 lut 2016, o 23:29

Prosiłem w PW abyś dopisał parę komentarzy pod tekstami innych ludzi. Na razie tekst trafia do nieregulaminowych publikacji.

EDIT: Napisałeś parę komentarzy. Tekst wraca do właściwego mu działu.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Kalypsol
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 28

Dagor-Kel: Wymiar Cudów

Post#7 » 26 lut 2016, o 19:43

Dziękuję :) Niech bóg ci wynagrodzi...

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1394

Dagor-Kel: Wymiar Cudów

Post#8 » 26 lut 2016, o 19:46

Oby nie w dzieciach...
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Kalypsol
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 28

Dagor-Kel: Wymiar Cudów

Post#9 » 26 lut 2016, o 19:49

To w majątku i pięknej żonie/chłopaku, azaliż zaprawdę powiadam Wam, wielki jest Twój majestat.

Kalypsol
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 28

Dagor-Kel: Wymiar Cudów

Post#10 » 13 wrz 2017, o 22:57

Do wszystkich zainteresowanych - pełną wersję tej "książki" możecie znaleźć pod podanym niżej linkiem:
https://chomikuj.pl/Kalypsol

Wróć do „Fantastyka”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości